Reklama

Generał Andrzejczak: pokonana rosyjska armia jest największym zagrożeniem dla Kremla

Reklama
TYLKO NA

Mijają dziś cztery lata od wybuchu pełnoskalowego konfliktu zbrojnego na Ukrainie. Czego nauczyła nas ta wojna? Jakie są najważniejsze wnioski dla Polski? Na te i inne pytania odpowiada generał Rajmund Andrzejczak, szef Sztabu Wojska Polskiego w latach 2018–2023.

artykul_glowne-foto-1
Jakie są najważniejsze wnioski z czterech lat wojny na Ukrainie? (fot. fot Oleksandr Klymenko SIPAUSA/NEWSPIX.PL / fot. Daniel Krakowiak Kazał Zero / Zero.pl)

Radosław Ditrich, Zero.pl: Panie generale, właśnie mija czwarty rok od wybuchu pełnoskalowej wojny na Ukrainie. Czy pamięta pan tamten dzień? Jak wyglądało to z perspektywy szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego? Czy był pan zaskoczony?


Reklama

Generał Rajmund Andrzejczak, szef Sztabu Wojska Polskiego w latach 2018–2023: Cóż – wiele osób może zawieść moja odpowiedź, ponieważ nie wygląda to tak emocjonująco jak w filmach. Gdy wybuchła wojna, spałem w swoim domu. Około godziny czwartej nad ranem obudził mnie telefon od generała Tomasza Piotrowskiego (dowódcy operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych – red.). Odebrałem telefon i usłyszałem: “Panie generale, melduję, że Rosjanie właśnie rozpoczęli operację wojskową”. Założyłem mundur, a następnie udałem się do Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Czy byliśmy zaskoczeni? Mieliśmy informacje od wywiadu i sojuszników, więc sama inwazja jako taka nie była dla nas szokiem.

Trudno, abym nie zadał zatem tego jednego, stale powtarzanego pytania – kiedy ta wojna się zakończy?

To świetne pytanie, natomiast odpowiedzieć na nie powinni politycy, a nie wojskowi. Nieustannie i niezmiennie od czasów zdefiniowania tego przez Clausewitza, wojna jest sprawą polityczną. Ona zaczęła się w obszarze politycznym i tam się zakończy. Na tę chwilę jest to równanie z bardzo dużą liczbą niewiadomych.


Reklama


Reklama

Wojna trwa już cztery lata, a dziś możemy retrospektywnie prześledzić jej kolejne odsłony. Możemy rzecz jasna oceniać wojnę w obszarze operacyjnym czy użytych technologii, ale pomijamy najważniejszy aspekt, czyli to, jak wygląda ona na poziomie politycznym. Mówimy tutaj np. o zmianie postawy amerykańskiej administracji prezydenta Bidena. Ta miała dużo dylematów dotyczących kontroli eskalacji. Początkowo język amerykański był bardziej defensywny – sami malowali sobie czerwone linie, aby później przekraczać je jedna po drugiej. Wydaje się tutaj, że jest pewne opóźnienie, ponieważ systemy polityczne świata są bardzo duże, ale jednak także Europa jest w stanie się obudzić i de facto to ona jest dziś głównym sponsorem i dostawcą uzbrojenia oraz pomocy dla Ukrainy.

Panie generale, czy nie jest tak, że przyjdzie moment, w którym którejś ze stron skończą się siły i środki, choćby ludzkie lub finansowe, a wtedy walki na froncie ustaną? A może, dopóki cele nie zostaną osiągnięte, walki będą trwać do ostatniego naboju i żywego żołnierza?

Od czterech lat prowadzę na własny użytek taką osobistą analizę, kiedy Rosjanom skończą się środki, kiedy sankcje okażą się zbyt kosztowne dla Kremla, kiedy rosyjskie społeczeństwo się zmęczy? Wszystkie analizy pokazują, że Rosjanie zdają się nie spełniać naszych standardów – społeczeństwo wspiera reżim, a rosyjska gospodarka się nie załamuje. Mnie jednak interesuje co innego.


Reklama

Mianowicie?


Reklama

Spójrzmy na ostatnie 200 lat rosyjskiej historii. Mamy rok 1825, gdy rosyjska armia wracała spod Paryża i Berlina, widząc demokracje, parlamenty czy konstytucje. Jej powrót do ojczyzny zakończył się buntem dekabrystów i potężnymi wstrząsami w systemie politycznym. Później mamy przegraną wojnę krymską, po której kraj zalała fala chłopskich buntów. W 1905 r. Rosjanie przygrywają z zacofaną wtedy postfeudalną Japonią, a w kraju wybucha rewolucja. Porażki na froncie I wojny światowej są katalizatorem dla rewolucji październikowej. Radziecka interwencja w Afganistanie doprowadziła do rozpadu ZSRR. Pokonana i wracająca do ojczyzny armia jest fundamentalnym zagrożeniem dla reżimu rosyjskiego. Powrót żołnierzy po przegranej wojnie w Czeczenii był ogromnym problemem dla Putina i szybko starał się złagodzić skutki porażki, brutalizując kolejną wojną w tym kraju. Wielką nerwowość wywołał marsz zbuntowanej grupy Wagnera, która nie będąc właściwie niepokojoną, przemieszczała się w kierunku Moskwy. Rosjanie boją się przegranej i niezadowolonej armii.

Żołnierze radzieckich wojsk specjalnych (Specnaz) w trakcie działań w Afganistanie w 1988 r. (fot. Mikhail Evstafiev / CC BY-SA 2.5 Wikipedia)

Warto w tym miejscu przypomnieć – Rosjanie przez dziesięć lat w Afganistanie stracili 15 tys. żołnierzy. Dziś, po czterech latach na Ukrainie, liczba ofiar śmiertelnych wynosi już 300 tys., a licząc z rannymi, jest to grubo ponad milion żołnierzy. Pobita armia rosyjska jest jej potężnym problemem wewnętrznym.


Reklama

Jedyny wyjątek we współczesnej historii Rosji stanowi rok 1945. Armia Czerwona nie stała się wtedy zagrożeniem, ponieważ wojna była wygrana, a żołnierze nie wrócili do ojczyzny, zostając częściowo na terenie okupowanych państw bloku wschodniego. To właśnie dlatego to zwycięstwo jest dziś tak eksponowane – to jedyny przypadek w ciągu ostatnich 200 lat, gdy armia wróciła zwycięsko i nie stanowiła zagrożenia dla reżimu, tylko go wzmocniła. Należy zatem zadać sobie inne pytanie – czy wyobrażamy sobie dziś powrót rosyjskiej armii, która już straciła 300 tys. żołnierzy? Jakie musiałyby być warunki zwycięstwa, aby można było ten powrót przełożyć na wzmocnienie, a nie osłabienie reżimu.


Reklama

Czyli dzisiaj dla Kremla to rosyjska, a nie ukraińska armia jest największym zagrożeniem?

Taki paradoks, że jeśli armia wróci bez zwycięstwa, a ono jest obecnie niemożliwe, to jest ona śmiertelnym zagrożeniem dla rządzących. Myślę, że warto by spojrzeć na to w ten sposób, bo ekspertów, którzy przewidują kolejne fazy i koniec wojny, jest wystarczająco dużo i ja zostawiam te tematy dla nich. Ta obserwacja jest o tyle ciekawa, że może ona tłumaczyć, z czego wynika ta ostrożna amerykańska postawa. Waszyngton woli kontrolować tę eskalację, ponieważ najgorszym wariantem, jaki może być, jest eskalowanie na kraje bałtyckie lub Rzeczpospolitą po przegranej wojnie na Ukrainie. Na tę chwilę najbardziej prawdopodobny scenariusz to oczywiście wojna hybrydowa, czyli wszelkie działania pod progiem konwencjonalnego konfliktu zbrojnego. To jest zagrożenie, na którym powinniśmy się obecnie skupić.

Należy zatem zadać sobie kolejne ważne pytanie. Czy Polska jest dziś bardziej, czy mniej bezpieczna niż w momencie wybuchu wojny na Ukrainie?


Reklama

Cóż – obawiam się, że na złożone pytanie nie będę w stanie udzielić prostej odpowiedzi. Przede wszystkim bezpieczeństwo jest stanem emocji. Liczba czołgów sama w sobie nie zbuduje naszego bezpieczeństwa. Doskonałym przykładem może być dziś Izrael, który został zaatakowany 7 października 2023 r. Byłbym daleki od budowania narracji dobrego samopoczucia. Jeżeli Rosja od czterech lat prowadzi pełnoskalową wojnę u naszego sąsiada, to nie można w żadnym scenariuszu powiedzieć, że jesteśmy bezpieczniejsi. W tym miejscu warto wspomnieć o jednej istotnej kwestii.


Reklama

Czyli?

Bardzo często mówi się o liczbie dywizji, czołgów czy samolotów, a cały czas brakuje nam nowej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, czyli ogólnego pomysłu na samych siebie. Realizujemy ogromne zakupy, teraz kolejne 43,7 mld euro z projektu SAFE będzie do wykorzystania, a strategii jak nie było, tak nie ma.

Czołg M1A2SEPv3 Abrams podczas poligonowego treningu ogniowego. Dzięki szybkim zakupom sprzętu wojskowego w latach 2022-2023, możliwe było szybkie zastąpienie przekazanych Ukrainie czołgów oraz artylerii lufowej. (fot. 1 Warszawska Brygada Pancerna / 1 Warszawska Brygada Pancerna)


Reklama

Zachowujemy się jak ktoś, kto kupił już gwoździe, cegły, glazurę i tapety, a jeszcze nie podjął decyzji o tym, jak chce mieszkać. Czy to ma być dom dla osób na emeryturze? A może mieszkanie wielopokoleniowe lub dobre miejsce do pracy? Uważam, że jest to strategicznie niedojrzałe zachowanie i tutaj swoje słowa krytyki kieruję do elit politycznych.


Reklama

Wojna obnażyła słabość Rosji czy pokazała siłę ukraińskiej armii?

Jedno i drugie. Na pewno użycie armii rosyjskiej było obarczone błędem strategicznej oceny przeciwnika. Rosyjska armia miała za zadania wywrzeć polityczną presję, a następnie bez walki wejść na Ukrainę, licząc na upadek rządu. Daleki jestem od jednoznacznej krytyki, ponieważ, jeżeli dowódcy pułków czołgów dostali zadanie, że mają wjechać bez niszczenia infrastruktury i zajmować poszczególne rejony, to trudno było oczekiwać, że będą walczyć, ponieważ takiego zadania nie dostali. Błędy popełniono na szczeblu politycznym. Jeżeli żołnierze dostali rozkazy na 48 godzin przed wykonaniem zadania, to ani nie mogli się przygotować, ani zsynchronizować, ani też dobrze zrozumieć polecenia. Nie jest winą widelca, że nie nadaje się do zjedzenia zupy.

Rosyjski czołg w czasie inwazji na Gruzję w 2008 roku. (fot. Yana Amelina / CC BY-SA 3.0 Wikipedia)


Reklama

Jeżeli chodzi o ukraińską armię, to chyba wystarczy wspomnieć, że Ukraina cztery lata walczy z przeciwnikiem o niewspółmiernie większym potencjale. Tym, co zasługuje na docenienie, jest świetna zdolność do adaptacji.


Reklama

Jaka jest dzisiaj największa słabość ukraińskiej armii?

Największym problemem ukraińskiej armii jest dziś czynnik demograficzny. Rosjanie, mimo 300 tys. straconych żołnierzy, nadal mają nieporównywalnie większe rezerwy w tym aspekcie.

Są dziś obszary, w ramach których możemy liczyć na dużą pomoc sojuszników i takie, gdzie musimy dziś posiadać możliwie dużą samowystarczalność – jakie by pan wymienił?


Reklama

Odwracamy porządek spraw. Jeżeli na poziomie politycznym państwo zdefiniuje, jak chciałoby zapewnić bezpieczeństwo, czyli określi wielką strategię, to łatwiej byłoby nam dyskutować o konkretnych potrzebach i potrzebnych narzędziach do jej realizacji,


Reklama

Czyli wracamy do braku Strategii Bezpieczeństwa Narodowego.

Tak. Jeżeli naszym adwersarzem są Rosjanie, a to dziś już chyba nie ulega wątpliwości, to musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, jak my chcemy zwyciężyć na poziomie politycznym, państwowym, ekonomicznym i wojskowym. Jak poznamy odpowiedź na to pytanie, to możemy mówić o konkretnych potrzebach. Jeżeli wybierzemy model obrony proaktywnej, to możliwe będzie zdefiniowanie naszych potrzeb. To bardzo ważne.

Dzisiaj oczekuje się od generała, żeby określił strategię państwa, a politycy zajmują się komentowaniem tego, ile ma być dywizji, jak dużo Borsuków nam potrzeba oraz jakie czołgi są dla nas lepsze.


Reklama

Kluczowe jest pytanie – co zamierzamy zrobić z Królewcem? Czy zamierzamy budować dylematy strategiczne w innych miejscach? Razem ze Sławomirem Dębskim (byłym dyrektorem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych – red.) piszemy o tym w naszej nowej książce "Algorytm Strategiczny Polski". Dopiero znając odpowiedzi na te pytania, możemy określić potrzeby w zakresie liczebności armii, liczbie Borsuków czy zasadności zasadniczej służby wojskowej. Zamiast odpowiadać na kluczowe pytania, toczymy debaty, kłócąc się o liczbę Borsuków i Baobabów.


Reklama

Jakie są trzy najważniejsze wnioski dla Polski z wojny na Ukrainie?

Po pierwsze, wojnę prowadzi państwo. Armia jest jedynie jednym z wielu istotnych elementów. Potrzeba nam nie tylko sprawnych Sił Zbrojnych, ale także silnej, odpornej na zakłócenia gospodarki, sprawnych instytucji oraz zdrowej demografii.

Tutaj można płynnie przejść do drugiego najważniejszego wniosku – jeżeli państwo nie chce się bronić, to nikt nie będzie chciał za nie umierać. Gdyby naród ukraiński nie chciał się bić, to niezależnie od tego, ile byśmy wysłali tych Patriotów, to nic by z tego nie wyszło. Nikt nie obroni Polski za nas.

Trzeci wniosek to kluczowe znaczenie sojuszy. Najlepiej broni się w sojuszu, a nie samodzielnie. Ukraina dziś de facto prowadzi wojnę sojuszniczą i tylko dzięki wsparciu innych państw, zarówno politycznym, gospodarczym, finansowym, jak i wojskowym, może nadal bić się z Rosjanami.


Reklama