"Wciągając w konflikt kolejne państwa Bliskiego Wschodu, Teheran chce zmusić USA do jego zakończenia" – pisze dla Zero.pl Karolina Wójcicka z "Dziennika Gazety Prawnej".

Ajatollahowie przyzwyczaili świat do tego, że na ciosy ze strony przeciwników odpowiadają zazwyczaj działaniami obliczonymi na deeskalację. Tak było choćby w czerwcu 2025 r. podczas wojny dwunastodniowej – po amerykańskim uderzeniu w ośrodki nuklearne Teheran przeprowadził ograniczony atak rakietowy na obsługiwaną przez USA bazę lotniczą Al Udeid w Katarze, wcześniej jednak uprzedzając Amerykanów o swoich planach.
W atakach Iranu oberwał nawet Oman
Prezydent USA Donald Trump zapewne zakładał, że tym razem reakcja Teheranu również będzie ograniczona. Po sobotnich bombardowaniach przeprowadzonych przez koalicję amerykańsko-izraelską, która otwarcie deklaruje dążenie do zmiany reżimu, republika islamska odpowiedziała jednak szeroko zakrojonymi atakami na cele w całym regionie – nie tylko w Izraelu, lecz także m.in. w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Kuwejcie, Katarze i Arabii Saudyjskiej. Oberwało się nawet Omanowi, który w poprzednich tygodniach pełnił rolę mediatora w rozmowach nuklearnych między Iranem a USA.
Seyed Hossein Mousavian, który pracował jako negocjator nuklearny w zespole Hasana Ruhaniego, przekonuje nas, że irański odwet był wymierzony wyłącznie w amerykańskie bazy wojskowe w regionie, a nie w konkretne państwa. – Bazy te są traktowane jak terytorium Stanów Zjednoczonych, podobnie jak ambasady. Iran poinformował te kraje z wyprzedzeniem – podkreśla.
W rzeczywistości irańskie pociski i drony trafiły także w cele cywilne. Uszkodzone zostały m.in. luksusowe hotele czy lotnisko w Dubaju, będące jednym z najważniejszych międzynarodowych hubów przesiadkowych.
Strategia przetrwania – koszty dla sąsiadów
Już w niedzielę – drugiego dnia konfliktu – tamtejsze ministerstwo obrony poinformowało, że w ZEA wycelowano ponad 540 dronów, 165 pocisków balistycznych oraz dwa pociski manewrujące. "Większość z nich została przechwycona, jednak 21 dronów trafiło w cele cywilne" – podano w komunikacie.
Według Juliena Barnes-Daceya z European Council on Foreign Relations (ECFR) Teheran postępuje w ten sposób, bo uważa, że jedynym sposobem na utrzymanie swojej pozycji jest znaczące podniesienie kosztów dla wszystkich stron. – Iran liczy, że dzięki temu państwa Zatoki wywrą silną presję na Waszyngton, zmuszając go do zakończenia konfliktu – wyjaśnia. W końcu bogate kraje Bliskiego Wschodu mają wiele do stracenia: wielka wojna może nie tylko wywołać gwałtowne wstrząsy na rynkach energetycznych, lecz także pozbawić je statusu bezpiecznych przystani, które oferują życie w luksusie ekspatom z całego świata.
Tyle że każdy kij ma dwa końce – ataki na Zatokę mogą równie dobrze pogłębić izolację Iranu. Państwa, w które dziś uderza, przed wybuchem wojny dążyły do odbudowy relacji z Teheranem. W 2023 r. Arabia Saudyjska podpisała z Iranem porozumienie o wznowieniu stosunków dyplomatycznych, zerwanych w 2016 r., a ZEA stawiały na rozwój kontaktów handlowych.
Również sami ajatollahowie w ciągu ostatnich dwóch lat włożyli ogromny wysiłek dyplomatyczny, próbując przekonać państwa Zatoki, że to Izrael, a nie Iran, jest główną siłą destabilizującą region. "Irańskie ataki podważają te osiągnięcia. Konfrontacja zbrojna zmusza ZEA do przyjęcia stanowiska znacznie bliższego USA i Izraelowi, niż same by chciały" - ocenia think tank Atlantic Council.
Inna sprawa, że władze w Teheranie doszły do wniosku, iż ich wysiłki na rzecz deeskalacji jedynie zachęcają Waszyngton i Tel Awiw do sięgania po więcej. – Teheran odrzucił propozycje kontaktów ze strony Trumpa. Powodem jest przekonanie, że popełnił błąd, zgadzając się na zawieszenie broni w czerwcu, bo pozwoliło to USA i Izraelowi uzupełnić zapasy i ponownie przygotować się do wojny – wskazuje Trita Parsi, wiceprzewodniczący Quincy Institute for Responsible Statecraft. I dodaje: "Gdyby Irańczycy zgodzili się teraz na zawieszenie broni, prawdopodobnie zostaliby ponownie zaatakowani za kilka miesięcy".
Trump nie wyklucza wysłania amerykańskich żołnierzy
Jeśli dodać do tego przygotowania ajatollahów na scenariusz, w którym Izraelczycy i Amerykanie zabiją ich kluczowych przywódców, okazuje się, że obalenie reżimu nie będzie prostym zadaniem. Już latem zeszłego roku, podczas wojny dwunastodniowej, najwyższy przywódca Iranu Ali Chamenei (który zginął w ubiegłą sobotę w izraelskim nalocie przeprowadzonym przy wsparciu USA) wyznaczył trzech potencjalnych następców na wypadek swojej śmierci. Według doniesień amerykańskich mediów niedawno ustalił także cztery poziomy sukcesji dla kluczowych stanowisk rządowych i wojskowych, starając się w ten sposób zapewnić przetrwanie reżimu w obliczu ataku USA i Izraela.
Być może dlatego Trump, który jeszcze niedawno zapewniał, że chce przeprowadzić wyłącznie krótką i sprawną operację powietrzną, powoli sygnalizuje, że sytuacja może potoczyć się zupełnie inaczej. W poniedziałek stwierdził, że wojna może potrwać nawet cztery tygodnie, a w wywiadzie dla "New York Post" nie wykluczył wysłania do Iranu amerykańskich żołnierzy. – Nie mam oporów, jeśli chodzi o wysłanie wojsk. Każdy prezydent mówi: "nie będzie żołnierzy na miejscu". Ja tego nie mówię – powiedział.
Obejrzyj też materiał Arlety Bojke w Kanale Zero:
