Reklama
Kraj

Berek do Trybunału, Gibała do wyborów, a imprezowicze do hotelu. Podsumowanie tygodnia

Koalicji Obywatelskiej się udało i Sejm przyjął kandydaturę Macieja Berka. Łukaszowi Gibale się udało i pomimo wpadki złożył w Krakowie wymaganą liczbę podpisów. Polsce 2050 się udało i rząd przyjął autopoprawkę do ustawy regulującej najem krótkoterminowy. Prokuratura stwierdziła więc, że i jej się uda, toteż ogłosiła: przesłuchamy prezydenta. Oto cotygodniowy, subiektywny przegląd wydarzeń.

Kasjan Owsianko
Opinia autorstwa: Kasjan Owsianko
Wczoraj 09:26
8 min
Mogło być gorzej. Berek do Trybunału, imprezowicze do hotelu, prokuratura do prezydenta (fot. TEDI / JAKUB GRUCA / FOKUSMEDIA / Newspix)
TYLKO NA

Kocham Kraków. Oczywiście, mieszkając od lat w Warszawie, nie mówię tego zbyt często na głos, ale nie wstydzę się tego: szczerze kocham Kraków. To nie tak, że lubię być regularnie podtruwany smogiem czy że jestem fanem przepłacania za niedziałający transport miejski. To coś więcej, coś niedefiniowalnego. Albo po prostu lubię tamtejsze knajpy.

Ale jest ktoś, kto kocha to miasto po stokroć bardziej niż ja – Łukasz Gibała. Niech świadczy o tym fakt, że trzykrotnie przegrał wybory na prezydenta Krakowa, a i tak wydał blisko 2 mln zł na kampanię referendalną, żeby tylko móc wystartować po raz czwarty.

Wyobraźcie więc sobie, jak wielkie musiało być zdziwienie Gibały, kiedy na kilkadziesiąt godzin przed ostatecznym terminem składania kart z podpisami poparcia do miejskiej komisji wyborczej okazało się, że większość z nich nadaje się jedynie do kosza. Powód? Zabrakło jednego krótkiego słowa. O ironio: „Kraków”.

Być może ktoś po prostu stwierdził, że skoro przez lata na wszystkie kampanie poszło już tyle kasy, to równie dobrze można od razu zbierać podpisy poparcia pod wybory na prezydenta Polski. Tyle że to dopiero za trzy i pół roku. Na razie Małopolska.

Reklama
Reklama

Czytaj też: Słowa, podpisy i zerwany pakt antysprzętowy. Wyborczy Kraków dał lekcję demokracji

Na szczęście dla Gibały, mimo bardzo ograniczonego czasu podpisy udało się zebrać, i to ze sporą nadwyżką. Podpisał się nawet Michał Drewnicki, kontrkandydat z Prawa i Sprawiedliwości. O krok dalej poszła jedynie Marianna Schreiber, która od razu ogłosiła rezygnację i przekazała Gibale swoje poparcie, dzięki czemu jego potencjalny wynik wyborczy zwiększył się o trzy głosy.

Pierwszą turę przedterminowych wyborów zapowiedziano na 27 września. Druga – o ile będzie potrzebna, a będzie – odbędzie się dwa tygodnie później. A jeżeli i ona jakimś cudem nie przyniesie odpowiedzi, to proponuję, żeby wytypowana do niej dwójka kandydatów zagrała w berka. A nie, nie mogą. Berek ma teraz inne zadanie.

Stanowcza deklaracja i mniej stanowcze działanie Lewicy

„Jeżeli to się wydarzy (a raczej nie), to do niedawna czynny polityk nie dostanie głosów klubu Lewicy, gdyż obiecaliśmy naszym wyborcom, że politycy nie trafią do TK” – pisała przed miesiącem Anna Maria Żukowska, kiedy pojawiły się pierwsze plotki mówiące o tym, że Maciej Berek, dotychczasowy minister nadzoru nad wdrażaniem polityki rządu, nazywany przez premiera Donalda Tuska jego prawą ręką, zostanie kandydatem Koalicji Obywatelskiej do Trybunału Konstytucyjnego.

Reklama
Reklama

I nie zgadniecie co. Wśród 18 posłów Lewicy biorących udział w głosowaniu zaledwie jeden zagłosował przeciw – marszałek Sejmu i lider partii Włodzimierz Czarzasty. Głosu nie oddały za to Daria Gosek-Popiołek, Wanda Nowicka i, co trzeba podkreślić, Żukowska.

Na miejscu pozostałych przedstawicieli klubu poczułbym się lekko wykorzystany. Fakt – nikt nie mógł ich zmusić do głosowania za kandydaturą Berka, ale wątpię, żeby realnie mieli większy wybór. Olaboga! Co to by się działo, gdyby ta kandydatura upadła głosami Lewicy. Przecież jakby się Tusk wściekł, to nie byłoby co po niej zbierać.

A marszałek? On zagłosował przeciw, bo i tak jego głos nic nie ważył, a jak przyjdzie co do czego, to będzie mógł powiedzieć z czystym sumieniem: – Berek to nie mój wybór. Analogicznie niegłosująca trójka.

Czytaj też: Czy Berek spełniał warunki, by zostać sędzią TK? Konstytucjonalista wskazuje na problem

Efekt jest jednak jeden. Sejm, głosami większości, wybrał Berka do Trybunału. Tej samej większości, która będąc w opozycji, najgłośniej krzyczała przeciw politycznym nominatom Prawa i Sprawiedliwości – Stanisławowi Piotrowiczowi, Bogdanowi Święczkowskiemu czy Krystynie Pawłowicz. Tej samej większości, która niecałą dekadę temu szła ramię w ramię ze słusznie protestującymi przeciw destrukcji praworządności Polakami.

Reklama
Reklama

Cóż. Jak to mówią, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Lub, jak dzisiaj mówi Żukowska, „TK już zawsze będzie tej albo innej strony sceny politycznej”.

Prokuratura do prezydenta, imprezowicze do hotelu

Ciekawe, jak na ten wybór zareaguje prezydent Karol Nawrocki.

Gdyby ktoś miał wątpliwości, to pozwolę sobie je rozwiać: tak, to był żart. Zresztą prezydent ma teraz inne zmartwienia dotyczące ślubowania sędziów Trybunału. Jak ogłoszono w połowie tygodnia, prokuratura zwróciła się do głowy państwa ws. przesłuchania go w charakterze świadka w ramach śledztwa dotyczącego niedopuszczenia sędziów Trybunału do orzekania. – Już dzisiaj zapraszam – odpowiedział Nawrocki.

Reklama
Reklama

Na miejscu prokuratury bym nie zwlekał. Nie dlatego, że prezydent może uciec czy zmienić zdanie, tylko dlatego, że bardzo bym chciał zwiedzić Pałac Prezydencki – i mam ku temu solidny powód: to musi być super mieć chatę w centrum Warszawy wynajętą na jednolitych warunkach na pięć lat, z jasno określoną możliwością przedłużenia o kolejne pięć. Brzmi jak marzenie, a nawet nie wspomniałem o miesięcznym czynszu.

Być może i mnie się kiedyś uda znaleźć podobną ofertę. Zwłaszcza kiedy w życie wejdą regulacje dotyczące najmu krótkoterminowego – a wraz z tym tygodniem są one znacznie bliżej niż dalej i, o dziwo, przyjmują z każdą chwilą coraz bardziej sensowną formułę.

Walki o tę ustawę było co niemiara. Walczyła przede wszystkim Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, ale i Lewica nie pozostawała bierna. Co prawda na drugim froncie walczyło także lobby, ale okazało się słabsze nawet od ściany z karton-gipsu rozdzielającej kolejne kupione za gotówkę, niszczejące kamieniczne mieszkanie. I to takie podzielone na wynajmowane na doby mikroapartamenty, mające wszystko poza uczciwie rozliczonymi ze spółdzielnią licznikami mediów.

Choć oczywiście są rzeczy, które można byłoby poprawić, to będę zupełnie szczery – czapki z głów, że do ostatniej autopoprawki udało się doprowadzić. Strefy wolne od najmu krótkoterminowego? Tak, proszę. Wykreślenie z ewidencji miejsc regularnie naruszających bezpieczeństwo lub porządek publiczny? Jeszcze bardziej tak.

Reklama
Reklama

I nie dziwcie mi się – mam po dziurki w nosie lądujących na moim balkonie szklanek czy wysłuchiwania „sto lat” we wszystkich językach we wtorek o drugiej w nocy. Jeśli ktoś chce lokum na imprezę, niech spada gdzie indziej.

Czytaj też: Najem krótkoterminowy popularniejszy niż hotele. Rewolucja, na którą państwo przymyka oko

Chociaż może powinienem się jeszcze chwilkę wstrzymać z chwaleniem i nie zapeszać. W końcu Sejm i Senat mogą co nieco pozmieniać, a i o podpis prezydenta nigdy nie można być spokojnym. Ale co mi tam – zaryzykuję.

To samo pewnie pomyślała sobie koalicja rządząca, kiedy ogłosiła, że po raz kolejny próbować będzie przegłosować prezydenckie weto ws. ustawy o kryptowalutach. Skoro przy poprzednich razach się nie udało, to teraz już na pewno musiało się udać, prawda? Zwłaszcza, że w ostatnich dniach zewsząd jesteśmy torpedowani kolejnymi doniesieniami o będących jeszcze niedawno na szczycie władzy i mających nie do końca jasne (a często nawet wprost ciemne) powiązania z będącą symbolem problemów związanych z tym rynkiem giełdą Zondacrypto politykach. Znowu żart – przecież to nigdy nie miało się udać.

Chociaż Giertych może się wreszcie doigrał. Zawsze mogło być gorzej.