Reklama
Reklama
Reklama

Cyfrowa klęska żywiołowa. Co wyciek z MyDr oznacza dla 19 mln osób

TYLKO NA

Polskę dotknęła cyfrowa klęska żywiołowa. Przestępcy przejęli dane pacjentów przechowywane przez MyDr, prywatną firmę dostarczającą oprogramowanie lekarzom i placówkom medycznym.

cyberbezpieczenstwo-wyciek-danych-alert-komputer
Wyciek danych z MyDr obnażył skalę ryzyka związanego z cyfryzacją danych medycznych w Polsce. (fot. Getty Images)
  • Wyciek z MyDr dotyczy danych medycznych nawet 19 milionów Polaków, w tym numerów PESEL i historii leczenia.
  • Skradzionych informacji nie da się cofnąć — w przeciwieństwie do hasła, PESEL i historia chorób pozostają niezmienne przez całe życie.
  • Dane zdrowotne mogą posłużyć do szantażu, dyskryminacji lub uwiarygodnienia oszusta podszywającego się pod bliską osobę.
  • Osoby publiczne — politycy, urzędnicy, sędziowie — są według eksperta szczególnie narażone na wykorzystanie wycieku przez obce wywiady.

Podobnie jak po przejściu fali powodziowej czy tornado, w najgorszym scenariuszu skutki tej katastrofy mogą być odczuwalne przez lata. Skradzione informacje można skopiować, łączyć z innymi i używać w niecnych celach. Dla każdego Polaka numer PESEL zawsze zostaje ten sam. Historia leczenia, chorób czy przyjmowanych leków również nie znika po zmianie hasła czy zastrzeżeniu numeru PESEL.

Dla większości Polaków firma MyDr to zapewne enigma. Pewnie mało kto wiedział, że ta w ogóle istnieje. Pacjent szedł do lekarza, wypełniał kartotekę, ktoś w poradni klikał i wpisywał coś komputer. Pacjent nie musiał wiedzieć, że wszystkie te dane w praktyce mogą trafiać w jedno miejsce. A jeśli potwierdzą się pierwsze informacje o sposobie włamania, pytanie o to, jak poważnie potraktowano tam bezpieczeństwo danych połowy kraju stanie się dla wielu osób bardzo niewygodne. W efekcie przed Polakami pojawiło się widmo tragicznie rozumianej transparentności.

Zobacz także: Wpływowe małżeństwo polityków KO pomagało Dawidowi Kacprzykowi

Reklama
Reklama

Dane medyczne ułatwiają pracę przestępcom

Przy użyciu takiej rangi danych możliwy jest cały szereg nadużyć. Po pierwsze może dochodzić do przestępstw finansowych czy oszustw. Teraz można będzie dokładniej sprofilować ofiary – coraz częściej o ich skuteczności decydują nie możliwości technologiczne przestępcy, tylko socjotechnika.

O co chodzi? Znajomość historii medycznej do tej pory była dość pewnym sposobem na potwierdzenie tożsamości rozmówcy. Znając szczegóły historii choroby naszej bliskiej osoby, możemy uwiarygodnić się przed nią, bo dysponujemy informacjami, które w normalnej sytuacji zna tylko ktoś faktycznie bliski i zaufany. Po wycieku danych z MyDr, tajemnica medyczna paradoksalnie staje się sposobem uwierzytelnienia oszusta.

Może Cię zainteresować: 400 tysięcy za milczenie. Kulczyk, Nisztor i „taśmy Giertycha”

A to niejedyny problem. Urząd Ochrony Danych Osobowych wskazuje, że ujawnienie danych zdrowotnych może prowadzić między innymi do dyskryminacji, ostracyzmu społecznego i naruszenia dóbr osobistych. Takie ostrzeżenia zwykle czyta się jak katalog abstrakcyjnych ryzyk czy przykładów. Teraz trzeba je sobie wyobrazić w skali nawet 19 milionów ludzi. W przypadku niektórych do zwykłego naruszenia prywatności dochodzą ryzyka związane z ich zawodem, majątkiem, pozycją czy wpływem na państwo.

Reklama
Reklama

Wymuszenia, szantaże, problemy w biznesie

Przy użyciu tej skali danych, gdy oszust, cyberprzestępca, lub zagraniczny wywiad (który przecież może w jakiś sposób potencjalnie do tych danych dotrzeć) może znać numer PESEL, wiedzieć o receptach, przyjmowanych lekach, zapisach chorób, a następnie użyć tego bardzo kreatywnie. Od zdobywania zaufania ofiary, przez wymuszenia czy szantaże.

Przecież wiele detali, które znajdują się w takich rejestrach może być niewygodnych czy kompromitujących. Informacja o leczeniu psychiatrycznym może zostać wykorzystana do podważania wiarygodności człowieka, nawet jeśli jego stan zdrowia nie ma żadnego związku z pracą czy pełnioną funkcją. Historia leczenia uzależnienia to idealny towar do szantażu – no bo „czy takiej osobie można zaufać”. Informacja o chorobie onkologicznej może mieć znaczenie nie tylko prywatnie, biznesowo czy polityczne. Co gdy ktoś zacznie spekulować o zdolności danej osoby do pracy albo pełnienia funkcji? No bo czy na kimś takim „można polegać”? A może lepiej tej osoby nie zatrudniać, bo po co ryzykować, że pójdzie na zwolnienie lekarskie (nawet jeśli chorobę ma już dawno za sobą)?

Idealny towar dla obcych wywiadów

W przypadku polityka, wysokiego urzędnika, sędziego, wojskowego, przedsiębiorcy lub osoby zarządzającej dużą firmą stawka może być wyższa. Informacje o zdrowiu mogą posłużyć do szantażu, wywierania presji albo sterowanego uderzenia w reputację takiej osoby. Nawet nie muszą wskazywać na nic nielegalnego czy nagannego. Jeśli są to dane intymne lub wstydliwe, to mogą być zbyt łatwe do wyrwania z kontekstu. Mogą też okazać się istotne dla kontrahentów, albo dla wyborców. Nie wszyscy dziś akceptują np. osoby neuroatypowe, albo jakkolwiek-atypowe.

Reklama
Reklama

Reakcja ABW na ujawnienie danych polityka pokazuje, że państwo wydaje się traktować taki scenariusz poważnie. Jednak typowy obywatel nie ma wokół siebie ochrony służb specjalnych. Jest pozostawiony sam sobie. W zamian za to może otrzyma ogólnikową radę, np. „Nie klikaj w podejrzane linki, zastrzeż PESEL”. Przy tej skali zdarzenia brzmi to groteskowo i niepoważnie.

Sprawdź również: Wysoki sądzie, Fabianek nie żyje. I to twoja wina

Scenariusz z koszmaru to moment, gdy dane te trafią do internetu. W całości, choć sprawcy mogą ujawniać je wybiórczo. Sprawcy wcale nie muszą się spieszyć. Taka baza może przez lata służyć jako kontener danych do wykorzystywania w razie potrzeb, z którego wyciąga się konkretną osobę gdy jej dane stają się dla kogoś szczególnie użyteczne. Dane medyczne mają to do siebie, że ich znaczenie jest długofalowe.

Pacjenci będą teraz ukrywać choroby?

NFZ i Centrum e-Zdrowia podkreślają, że atak nie naruszył centralnych usług e-zdrowia. I co z tego, skoro przy tej skali wycieku danych w praktyce i tak dotyczyć może to połowy Polaków. Dla pacjenta te formalne granice są prawie niewidoczne. Pacjenci mogą nawet nie wiedzieć, która część systemu należy do państwa, która do przychodni, a która do jakiejś zewnętrznej firmy albo firm, bo może tych jest więcej? Czy państwo w ogóle zidentyfikowało takie punkty ryzyka?

Reklama
Reklama

Czytaj także: Romanowski wybrał kapitulację i robienie z siebie papierowego rycerza walki o sprawiedliwość

Całość może dalej podkopać zaufanie do całej cyfryzacji ochrony zdrowia. Pacjent obawiający się kolejnych takich incydentów może w rozmowie z lekarzem uznać za rozsądne by zacząć pomijać istotne fakty, a nawet unikać niektórych konsultacji. Czy nie byłoby to rozsądne, jeśli potencjalnie takie informacje mogłyby mieć wpływ na życie osobiste lub zawodowe takiego pacjenta?

Decyzje mają konsekwencje

Skutki mogą więc dotknąć również i ludzi, których danych nie było w bazie MyDr. Jeden wielki incydent osłabia zaufanie do całego systemu. Wątpliwą zaletą całej tej sytuacji jest jednak to, że obywatele widzą jak istotna dziś jest cyfryzacja i IT. Nawet jeśli o tym nie myślą, to decyzje podejmowane wobec tych systemów mogą się o obywatela kiedyś upomnieć.

Minister cyfryzacji zaapelował do wszystkich o zastrzeżenie numeru PESEL. To rozsądny krok i warto to zrobić. Tylko dlaczego państwo nie uczyniło tego automatycznie? Dlaczego minister nie zrobi tego sam? Wprowadzono możliwość, by obywatel ograniczył ryzyko, że system zostanie wykorzystany przeciwko niemu. Zakres tej ochrony i tak jest ograniczony. Skradzione dane wciąż pozostaną w czyichś rękach. Może warto umożliwić też zmianę numeru PESEL? Np. raz w roku. To skutecznie uniemożliwi wykorzystywanie wyciekniętych danych. Oczywiście utrudni też obywatelom życie, bo będą musieli wszędzie o tej zmianie poinformować.

Reklama
Reklama

Jak wiadomo, po powodzi woda ma to do siebie, że w końcu opada. Raz ujawniona historia zdrowia może krążyć przez całe życie.

Źródło: Zero.pl
Łukasz Olejnik
Łukasz OlejnikDr Łukasz Olejnik, niezależny konsultant, visiting senior research fellow w Department of War Studies, King’s College London. Autor książek “Filozofia Cyberbezpieczeństwa” i “Propaganda”
Reklama
Reklama