Reklama
Reklama
Reklama

„Walczymy czy się poddajemy?” „Sztorm” ma nowe życie i wcale na nie nie narzeka

TYLKO NA

– Gdybym mógł cofnąć czas do dnia przed wypadkiem, nie zrobiłbym tego – „Sztorm” mówi to, patrząc mi prosto w oczy. Wiem, że to prawda. Kilka lat temu lekarze walczyli o jego życie. Dziś w warsztacie unoszą się wióry i zapach świeżego drewna.

„Sztorm” rzeźbi w drewnie. To kolejny bohater naszego cyklu.
„Sztorm” rzeźbi w drewnie. To kolejny bohater naszego cyklu. (fot. Zero.pl)
  • Po wypadku Paweł Kunicki (dla przyjaciół „Sztorm”) stracił rękę i nogę oraz duży palec u prawej stopy. Dziś mówi, że nie chciałby cofnąć czasu do dnia przed tragedią.
  • Był jednym z pionierów rekonstrukcji historycznej w Polsce. Wikingowie stali się jego sposobem na życie.
  • Na OIOM-ie nie zastanawiał się, z czego będzie musiał zrezygnować. Myślał tylko o tym, jak poradzić sobie w nowej rzeczywistości.
  • Reportaż z wakacyjnego cyklu Zero.pl „Polska od środka”. Prezentujemy w nim historie osób pielęgnujących tradycję i pokazujących różnorodne oblicze naszego kraju. Kolejne publikacje w każdy wakacyjny piątek.

Do warsztatu „Sztorma” trafić jest dość trudno. Znajduje się na samym końcu placu z magazynami w Koteżach na Pomorzu.

– Wyślę po ciebie moją Monię. Będzie czekać przy głównej bramie. W czarnych ubraniach, z prawie czarnymi włosami i jasną cerą. Łatwo ją rozpoznasz – mówi przez telefon.

Faktycznie. Kilka minut po tej rozmowie dostrzegam kobietę odpowiadającą opisowi. Zatrzymuję auto i przedstawiam się.

Reklama
Reklama

– Patrzyłam na bociany, bo mają tu gniazdo i są młode – mówi, uśmiechając się nieśmiało.

Wsiada do samochodu i po chwili parkujemy już przed warsztatem.

– A to nasza Cana – Monika wskazuje na średniej wielkości szarą suczkę. – W języku celtyckim znaczy „wilcze szczenię”. Wzięliśmy ją ze schroniska w Radysach z koszmarnych warunków. Teraz i tak ma w sobie więcej pewności.

Nieco wycofany pies patrzy na nas uważnie. Nie jest to typ pakujący się od razu na kolana.

Cana obserwuje.

Suczka Cana. (fot. Zero.pl)

Już od progu warsztatu czuję mocny zapach drewna. Mija chwila, zanim moje nozdrza się do niego przyzwyczajają. Wpadające do pomieszczenia światło ukazuje też unoszące się w powietrzu wióry.

Na ścianach wiszą narzędzia – drewniany młotek, dłuta, pilniki.

Narzędzia w pracowni „Sztorma”. (fot. Zero.pl)

Paweł Kunicki skupiony jest na kilkudziesięciocentymetrowej rzeźbie. Gdy mnie widzi, przerywa pracę i wita się serdecznie.

Delikatnie schylam się, by uścisnąć rękę na tym samym poziomie.

– Lakierowej bejcy nie używam – wyjaśnia „Sztorm” i przesuwa dłonią po kawałku drewna. – Lakier zamyka drewno. A ono musi oddychać.

Na podwyższeniu stoją elementy, które za chwilę trafią nad ogień. Zostaną opalone, a na końcu zabezpieczone mieszanką wosku i oleju. Paweł opowiada o tym precyzyjnie, zwracając uwagę na szczegóły.

Reklama
Reklama

– Szkutnik w Kołobrzegu podpowiedział mi, od czego zacząć. Potem były: terpentyna, pokost, grill, „pożary”... Trochę się tego napaliło, zanim zrozumiałem, jak to działa.

Śmieje się. Obok stoi Monika.

– To proces, którego jedna osoba nie jest w stanie zrobić. Nawet jeśli ma wszystkie kończyny. Monia już tyle razy robiła to ze mną, że nie muszę nic tłumaczyć. Wie, jaki efekt chcemy osiągnąć.

Na chwilę przerywa rozmowę. Poprawia drewno, pokazuje coś partnerce i wraca do opowieści. Ja natomiast rozsiadam się wygodnie na jedynym w warsztacie krześle. „Sztorm” patrzy na mnie uważnie z perspektywy wózka.

Podczas rozmowy w warsztacie. (fot. Zero.pl)

W piwnicy u dziadka

Kiedyś, przed wypadkiem, budował z drewna. Dziś w nim rzeźbi. Skąd ta pasja? Okazuje się, że swego rodzaju rękodzieło „Sztorm” podpatrzył w warsztacie u dziadka.

– Mieszkał w Kluczborku. W piwnicy miał warsztat. Mogłem tam siedzieć całymi dniami. Wszystko robił sam. Wszystko naprawiał.

Kiedy w telewizji pojawił się MacGyver, koledzy patrzyli na niego z zachwytem. Paweł też go oglądał.

– Tylko że ja już wcześniej widziałem takie rzeczy u dziadka. Dla mnie największe „wow” było właśnie tam, w tej piwnicy.

Nie pamięta jednej chwili, w której nauczył się majsterkować.

Reklama
Reklama

– To przychodziło powoli. Najpierw patrzyłem, potem podawałem narzędzia. Z czasem dostawałem coraz trudniejsze zadania. Dziadek nie tłumaczył wiele. Po prostu pokazywał.

Po latach Paweł zauważył, że właśnie wtedy nauczył się czegoś ważniejszego niż posługiwania się dłutem czy piłą. – Zanim coś wyrzucisz, spróbuj to naprawić.

Ta zasada zostanie z nim na długo.

Wietrzna Zaspa

Z jednej strony drewno i pasja, która przerodziła się w pracę. Z drugiej – i to o wiele wcześniej – fascynacja wikingami.

Najpierw był „Thorgal”. Nie tyle sama historia, ile rysunki Grzegorza Rosińskiego. Potem muzyka. Black metal. A to automatycznie przywodzi na myśl Północ, surowy krajobraz, zimno i wiatr.

Na gdańskiej Zaspie, skąd pochodzi „Sztorm”, też wiało.

Między blokami były takie przeciągi, że rozkładaliśmy kurtki i próbowaliśmy na nich „latać”. Dzisiaj brzmi to absurdalnie, ale wtedy wydawało nam się świetnym pomysłem.

„Sztorm” nie umie powiedzieć, kiedy zainteresowanie zamieniło się w poważne i angażujące hobby. Raczej wszystko zaczęło się ze sobą łączyć. Komiksy, historia, muzyka, pierwsze książki. Później przyszli ludzie, którzy podobnie patrzyli na świat.

Lata 90. nie rozpieszczały.

Reklama
Reklama

– Wracało się ze szkoły i trzeba było wiedzieć, którędy iść. Czasami lepiej było uciekać niż udowadniać, że jest się odważnym.

Paradoksalnie to właśnie uciekanie nauczyło go sprawności.

– Po latach się śmiałem, że myśmy robili parkour, zanim wiedzieliśmy, że to się tak nazywa.

Bez internetu

I tak – trochę z potrzeby, trochę z fascynacji – zrodziły się pierwsze treningi grup rekonstruktorskich. – Tam były różne ekipy: głównie rycerskie, parę szkockich regimentów i jedna wikińska załoga.

Zupełnie nie przypominały tego, co dziś widzowie oglądają na festynach i festiwalach.

Nie było podręczników czy sprzętu zrobionego według muzealnych wzorów.

A co, dla odmiany, było? Rękawice spawalnicze, ciężkie miecze i przekonanie, że trzeba nauczyć się walczyć najlepiej, jak się da.

– Wtedy człowiek nawet nie wiedział, ile błędów popełnia. Po prostu robiło się swoje.

Rodzice „Sztorma” patrzyli na to z rosnącym niepokojem. Kolejne siniaki, wybite zęby. Coraz więcej czasu spędzanego poza domem. – Nie bardzo rozumieli, po co mi to wszystko.

A jemu trudno było to wytłumaczyć.

Bo nie chodziło tylko o miecz, a o wspólnotę i poczucie, że po raz pierwszy trafił do miejsca, w którym nikt nie oczekuje, że będzie kimś innym.

Przez lata rekonstrukcja historyczna była dla wielu ludzi zabawą w przebieranie się. No właśnie – dla wielu, ale nie dla Pawła.

„Sztorm” w warsztacie. (fot. Zero.pl)

– Jak już coś robić, to porządnie. Nie interesowało mnie pozowanie w stroju do zdjęć. Chciałem wiedzieć, jak ci ludzie żyli, co jedli, jak budowali domy, jak robili narzędzia. Jak walczyli.

Reklama
Reklama

Na początku wiedzieli niewiele. Internet dopiero raczkował. Książek było jak na lekarstwo. Wiedzę zbierało się z muzeów, rozmów i prób. Często kończyło się na tym, że coś robili od nowa, bo okazywało się, że poprzedni pomysł był błędny.

– Popełnialiśmy masę głupstw. Ale każdy je wtedy popełniał. Na początku byliśmy zrzeszeni jako Północna Grupa Najemników „Snekkar”. Potem, w 2002 r., powstała Drużyna Słowian i Wikingów „Nordelag”, a od kilku lat działamy jako R.K.S. (Rekonstrukcyjny Klub Sportowy) „Nordelag”. Osiągamy międzynarodowe sukcesy.

O tych głupstwach „Sztorm” mówi bez cienia wstydu. W rekonstrukcji nie liczyło się udawanie eksperta, tylko to, że za rok będziesz wiedział więcej niż dzisiaj.

To właśnie tam nauczył się cierpliwości. Nie da się zrobić dobrej tarczy w godzinę. Nie da się uszyć historycznej tuniki na skróty. Nie da się nauczyć walki po jednym treningu.

Przez lata „Sztorm” łączył rekonstrukcję z byciem animatorem kultury, przewodnikiem po Pomorzu. Pracował m.in. w Grodzisku w Sopocie.

– Wydaje mi się, że całkiem dobrze opowiadam o historii. Lubię też działać z ludźmi. Sporo miałem do czynienia z dzieciakami, które – jak wiadomo – potrafią zadawać mnóstwo pytań jednocześnie.

„Sztorm” chciał zarazić ludzi ciekawością.

Reklama
Reklama

– Jak ktoś wychodził i mówił, że po powrocie poczyta o historii, to miałem poczucie, że dzień nie był stracony.

Wypadek, który zmienia wszystko

2 sierpnia 2017 r. nie zapowiadał się inaczej niż wiele wcześniejszych.

Była praca, plany, kolejne rzeczy do zrobienia, a potem koncert we Władysławowie. W drodze powrotnej, stojąc na peronie, „Sztorm” rozmawia jeszcze przez telefon z Moniką. Potem, jak gdyby nigdy nic, wchodzi do pociągu.

Pamięta tylko, że właściwie każdy był w grupie, tylko on podróżował samotnie. Do domu miał około godziny jazdy.

Kolejne wspomnienie? „Sztorm” budzi się już na torach, przy peronie w Rumi. Najpewniej doszło do szarpaniny i rabunku (zniknęły dokumenty i portfel). Sprawców nie odnaleziono.

– Musiałem o coś zahaczyć – może plecakiem, może ubraniem albo kończyną – i zamiast spaść na peron, wpadłem pod niego. Pociąg przez kilka metrów ciągnął mnie pod krawędzią. Później usłyszałem relację – został po mnie czerwony ślad na peronie. Ten mój „taniec” między pociągiem a peronem zatrzymały dopiero zapewne schodki. Uderzyłem głową, spadłem na tory. Wtedy pociąg odciął mi rękę, a noga wpadła w mechanizm koła. Została ukręcona i urwana.

Cudem przeżył. Śmigłowcem LPR trafił do szpitala w Gdańsku.

– Człowiek nie zastanawia się wtedy, co będzie za rok. Myśli tylko o tym, żeby przeżyć następny dzień, a w sali szpitalnej czas płynie inaczej.

„Sztorm” w warsztacie. (fot. Zero.pl)

„Kicia, powiedz mi, ja nie mam ręki i nogi?”

Monika pamięta ten ogromny niepokój. O wypadku dowiedziała się po ponad dobie. Po tym, jak nie mogła skontaktować się z partnerem, zgłosiła zaginięcie.

Reklama
Reklama

– Pojechałam do szpitala. Pamiętam, że policjantka powiedziała, że oni zawiadomią rodziców, ale nie zgodziłam się – chciałam zrobić to sama. Kiedy w końcu weszłam na OIOM, „Sztorm” już nie spał. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i od razu zapytał: „Kicia, powiedz mi, ja nie mam ręki i nogi?”.

Monika zatrzymuje się na chwilę w opowieści. Widać, że to dla niej trudne. Poprawia czarne włosy spięte w kucyk.

Walczymy czy się poddajemy? – zadałam mu to pytanie.

Odpowiedź była jasna. Od tamtej chwili każde kolejne działanie było już konsekwencją tej decyzji.

Powrót do sprawności trwał długie miesiące, choć „Sztorm” regeneruje się nad wyraz szybko. Musiał nauczyć się też nowej rzeczywistości.

– Nie miałem jeszcze protez, nawet wózek był źle dobrany, a ja już wróciłem do pracy. W ogóle nie miałem refleksji, że ten wypadek zmieni moje życie. Już na OIOM-ie, kiedy wybudziłem się ze śpiączki, zastanawiałem się tylko, co będzie mi teraz sprawiało trudność. Nie myślałem o tym, z czego będę musiał zrezygnować, tylko jak sobie z tym poradzę. Pielęgniarki ciągle mnie strofowały, bo zaraz po wybudzeniu próbowałem ćwiczyć.

Były małe zwycięstwa. Pierwsze samodzielne czynności, wyjście czy dzień, kiedy udało się zrobić coś bez pomocy.

Reklama
Reklama

I pierwszy moment, kiedy „Sztorm” znowu wziął do ręki narzędzia.

– Nie wyobrażałem sobie siedzenia i czekania, aż życie samo wróci. Mieliśmy taką rozkminę z Monią... Gdybyśmy mieli magiczną różdżkę i mogli cofnąć się do czasu przed wypadkiem, nie zrobilibyśmy tego. Ani ona, ani ja. Teraz jest różnie, jak to w życiu, ale i tak lepiej niż było.

„Wygrałem”

Trzy godziny spędzone na rozmowie mijają nam nad wyraz szybko. „Sztorm” faktycznie jest dobrym „opowiadaczem”. Cana kilka razy tylko zagląda do nas nieśmiało, by sprawdzić, czy wszystko jest dobrze. Nie przełamuje się, by podejść „na głaskanie”.

Suczka Cana. (fot. Zero.pl)

– Ty nie przegrałeś, prawda? Nie czuję od ciebie tego – rzucam lekko przewrotnie na koniec.

Coś ty. Ja wygrałem. Powtarzam to cały czas. Niepełnosprawność mnie nie definiuje.

Tak jak dziadek uczył go kiedyś, że nie wszystko, co pęknie, trzeba wyrzucić.

Niektóre rzeczy wystarczy cierpliwie naprawić, a w innych znaleźć nowe szanse i możliwości.

„Sztorm” niewątpliwie to robi i nie zamierza przestać.

Reklama
Reklama