– Tam kurna nie można wjechać, bo są trzy wąziutkie schodki na 60 centymetrów – mówi Henryk Piotrowski ps. Edek. Powstaniec Warszawski korzysta ze stołecznej przychodni dla kombatantów, której wejście woła o pomstę do nieba. Kanał Zero przyjrzał się sprawie i natrafił na szereg urzędniczych absurdów – od niedziałającego schodołaza, po „pas ziemi niczyjej”.

- Przychodnia Specjalistyczna dla Kombatantów w Warszawie co roku realizuje cztery tys. wizyt. Korzystają z nich Powstańcy Warszawscy, sybiracy, więźniowie niemieckich obozów zagłady.
- Pacjenci, oprócz bólu, chorób i wieku mierzą się także z urzędniczym absurdem – trzema schodami, które utrudniają dostanie się do placówki.
- Przychodnia co prawda ma na to doraźne rozwiązanie – schodołaz – z którego nie można korzystać ze względów bezpieczeństwa.
Placówka dla kombatantów jest niezwykle przydatna – Powstańcy Warszawscy mogą z niej korzystać bez żadnych limitów, gdyż finansuje ją miasto, a nie Narodowy Fundusz Zdrowia. Tylko w zeszłym roku korzystano z niej blisko 4000 razy, po pomoc mogą tu zgłaszać się także sybiracy oraz więźniowie niemieckich obozów zagłady.
Jedynym wyzwaniem dla ludzi powyżej 90. Roku życia jest… wejście do przychodni. Utrudniają je schody.
– Przecież tam bardzo łatwo się potknąć. Osoba, która wciąga wózek, może jej się omsknąć noga, zjeżdża i pęka kręgosłup – mówi „Edek”.
W czasie Powstania Warszawskiego stracił oboje rodziców i siostrę, potem był więźniem trzech obozów koncentracyjnych, a po wojnie komuniści dwa razy skazywali go na wyroki śmierci. Mimo dwóch udarów i jednym zawale Henryk Piotrowski za każdym razem mierzy się z trzema schodkami. Na miejsce udali się dziennikarze Kanału Zero, którzy przyjrzeli się sprawie.
– Ratusz się chwali, że wydaje tę placówkę miliony złotych, niebagatelną kwotę. I w ogóle na pomoc dla powstańców Warszawa wydaje miliony złotych, ale akurat na podjazd dla trzech schodków nie ma. Ale ciekawa rzecz, bo w tej kamienicy jest kilka wejść. Jak z Kajtek spojrzeliśmy w prawo i w lewo, to tam wszędzie podjazdy dla mieszkańców są. No stare, no ale jare. A tutaj, dla kombatantów, no nie ma – relacjonował Tomasz Wolny.
Firma Roberta Lewandowskiego ma długi. „Faktury nieopłacone od pół roku”
„Jest schodołaz, ale nieużywany, bo po prostu niebezpieczny”
Według SZPZLO Mokotów siedziba przychodni jest lokalem w użyczeniu, wobec czego wszelkie prace remontowe czy przebudowa schodów jest poza ich zakresem.
– Podjazd, który mógłby tam powstać, musi spełniać właściwe normy, które są przewidziane dla tego rodzaju podjazdów. Półtora metra przed podjazdem, półtora metra za podjazdem musi być powierzchni płaskiej do poruszania się swobodnego – tłumaczył Łukasz Lewocki, z-ca dyrektora ds. logistyki i inwestycji placówki.
Co zatem mogą zrobić starsze osoby, które jednak chcą zweryfikować swój stan zdrowia w przychodni? Z pomocą przychodzi „schodołaz”.
– Jest schodołaz, ale my go nie używamy w tej chwili, bo jest po prostu niebezpieczny. Nie mamy na tyle siły, aby utrzymać pacjenta na wózku, obawiamy się, że może spaść – przyznała po otworzeniu drzwi pracowniczka przychodni.
Tomasz Wolny nie dał za wygraną i razem z Kajtkiem podjęli się testu „schodłaza”. Okazuje się, że wniesienie osoby z niepełnosprawnością jest wyzwaniem dla dwóch dorosłych mężczyzn.
Trzęsienie ziemi w spółce od Izery. Konflikt, brak decyzji i rezygnacja prezesa
Pas ziemi niczyjej, czyli do kogo należą schody
Jeszcze większym „challengem” jest ustalenie, kto odpowiada za ten stan sprawy. Okazało się, że wspólnota mieszkaniowa jest właścicielem budynku, jednak tylko po obrysie. Zatem wszystko, co wychodzi poza obrys tej kamienicy, w tym schody, nie należą do wspólnoty.
Co na to miasto? „Część terenu, na której zlokalizowane są schody prowadzące do budynku, nie stanowi własności miasta” – takie stanowisko zajął urząd dzielnicy Warszawa-Śródmieście.
Doktor Ewa Hermann z przychodni przyznaje, że sytuacja przypomina scenariusz filmów Barei.
– Jakby przyszedł robotnik zwykły, to by wymurował to wszystko w pięć minut. A tu trzeba jakieś nie wiadomo ceremonie, żal pacjentów – wyznała lekarka.
Rozżalony całą sytuacją jest też „Edek”.
– Gdyby władze administracyjne były tak uczynne, szlachetne i rzeczywiście poważali nas we właściwy sposób, to by to już było dawno zrobione, bo o tym się mówi od dziesiątek lat – powiedział Powstaniec Warszawski.
