
Oszczędności Europy „siedzą bezczynnie” – te słowa Ursuli von der Leyen wywołały burzę. Szefowa Komisji Europejskiej chce, aby pieniądze obywateli UE zasilały rynek kapitałowy, zamiast leżeć na lokatach. Mają temu służyć specjalne produkty inwestycyjne. Internauci protestują, ale zapominają, że w Polsce te plany już się zmaterializowały. Stosowną ustawę podpisał prezydent. Czy faktycznie jest się czego bać?
- Komisja Europejska ma plan: chce pobudzić unijną gospodarkę za pomocą oszczędności obywateli państw członkowskich.
- Według Ursuli von der Leyen pieniądze Europejczyków „leżakują” na kontach bankowych – a powinny trafiać na rynek kapitałowy.
- W sieci zawrzało. Internauci obawiają się, że Bruksela chce przejąć ich środki finansowe.
- Pomysł nie jest jednak nowy – odnosi się do koncepcji Unii Oszczędności i Inwestycji, przedstawionej przez von der Leyen w marcu 2025 r.
- Wytyczne tej koncepcji będzie realizować Polska poprzez Osobiste Konta Inwestycyjne. Ustawę podpisał już prezydent Karol Nawrocki.
- Na protesty jest już więc za późno, ale czy faktycznie jest się czego bać? Sprawdzamy.
Pod koniec sierpnia w Paryżu, na korcie centralnym Rolanda Garrosa, szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen wygłosiła przemówienie do uczestników imprezy Rencontre des entrepreneurs de France – dorocznego spotkania francuskiego związku przedsiębiorców MEDEF.
Europa chce ratować samą siebie
Von der Leyen mówiła dużo o tym, że czasy się zmieniły. – Przez długi czas europejski model ekonomiczny opierał się na kilku oczywistych założeniach. Tania energia z importu. Otwarty globalny handel. Rosnący dostęp do chińskiego rynku. Strategiczna ochrona ze strony Ameryki. I zachodni postęp technologiczny. To wszystko zniknęło.
I właśnie w tych nowych warunkach gry Europa musi się odnaleźć – przekonują decydenci z Brukseli. Odpowiedzią na kryzys Starego Kontynentu ma być jego większa integracja i pościg technologiczny za tymi, którzy już dawno nam „odjechali” – a więc za Stanami Zjednoczonymi i Chinami.
Unia łagodzi ETS tylko na papierze. Droższe będą prąd, ogrzewanie i wywóz śmieci
Tyle teorii, a jak to ma wyglądać w praktyce? Jednym z pomysłów na ożywienie gospodarcze Europy jest koncepcja Unii Oszczędności i Inwestycji (Savings and Investment Union – SIU). Nie jest to pomysł całkiem nowy. Jego korzenie sięgają 2015 r., kiedy Bruksela zainicjowała debatę na temat stworzenia Unii Rynków Kapitałowych (Capital Markets Union – CMU). W marcu 2025 r. Ursula von der Leyen przedstawiła rozwinięcie tej idei, czyli założenia Unii Oszczędności i Inwestycji.
– Jej celem jest nie tylko dalsza integracja rynków kapitałowych, ale również stworzenie warunków, w których oszczędności dostępne w Unii będą mogły w większym stopniu łączyć się z potrzebami inwestycyjnymi europejskiej gospodarki – tłumaczy portalowi Zero.pl Ministerstwo Finansów.
Podczas sierpniowego spotkania z przedsiębiorcami w Paryżu Ursula von der Leyen wróciła po prostu do tego konceptu.
– Europa ma oszczędności – mówiła (cytujemy za oficjalnym stenogramem KE). – I niestety, te oszczędności siedzą bezczynnie. Obecnie 10 bln euro oszczędności gospodarstw domowych jest przechowywanych na rachunkach bankowych – a znaczna część europejskich oszczędności jest inwestowana poza naszym kontynentem. Europa musi teraz wykorzystać te oszczędności na rzecz swoich firm. To jest cel Unii Oszczędności i Inwestycji.
Zamach eurokratów na oszczędności? Słowa von der Leyen rozpaliły sieć
W internecie zawrzało. Wystąpienie szefowej KE komentowali zarówno internauci z krajów członkowskich UE, w tym z Polski, jak i użytkownicy mediów społecznościowych z USA czy Kanady, którzy ostrzegali mieszkańców Starego Kontynentu: „Idą po wasze pieniądze”. Padały mocne sformułowania. Oskar Szafarowicz, młody polityk Prawa i Sprawiedliwości, napisał na platformie X, że „eurokraci szykują zamach na majątek Europejczyków”.
Ci, którzy biją na alarm, zapominają jednak, że w Polsce założenia Unii Oszczędności i Inwestycji już się zmaterializowały. W połowie sierpnia pod ustawą wprowadzającą Osobiste Konta Inwestycyjne (OKI) podpisał się bowiem prezydent Karol Nawrocki. Ustawa ta powstała w resorcie finansów, pod czujnym okiem ministra Andrzeja Domańskiego, który do polityki przeszedł z rynku kapitałowego (był kiedyś zarządzającym funduszami).
– Rozwój Unii Oszczędności i Inwestycji na poziomie europejskim, jak i wdrażanie konkretnych rozwiązań na poziomie krajowym – w tym koncepcji Kont Oszczędnościowo-Inwestycyjnych (Savings and Investment Accounts, SIA), których polskim odpowiednikiem jest Osobiste Konto Inwestycyjne (OKI) – stanowią kluczowy element strategii budowania nowoczesnej i odpornej gospodarki – przekonuje nas Ministerstwo Finansów. I dodaje, że dostrzega w tych inicjatywach „ogromny potencjał zarówno dla wzrostu gospodarczego Polski i Unii Europejskiej, jak i dla obywateli budujących długoterminowy kapitał”.
Mleko już się zatem rozlało, a teraz sprawdźmy, czy faktycznie jest się czego obawiać – i czy Bruksela rzeczywiście szykuje zasadzkę na nasze pieniądze.
Uniknąć „powolnej agonii”
By zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, trzeba cofnąć się do 2024 r., kiedy to Mario Draghi, były prezes Europejskiego Banku Centralnego, przedstawił swój głośny raport dotyczący konkurencyjności Europy. Diagnozy w nim zawarte nie były może zbyt odkrywcze dla uważnych obserwatorów gospodarczej rzeczywistości – ale zostały podane w bardzo dobitny sposób. Draghi doszedł do wniosku, że między UE a Stanami Zjednoczonymi i Chinami istnieje nie tyle luka, co przepaść – w dziedzinie innowacyjności i zdolności do inwestowania. By ją zasypać, Europa powinna co roku mobilizować dodatkowe inwestycje rzędu 750–800 mld euro. Inaczej – stwierdził Draghi – czeka ją „powolna agonia”.
Skąd wziąć takie pieniądze? Ano właśnie: z rynku kapitałowego. Ursula von der Leyen, która uwzględniła wybrane założenia z raportu Draghiego w programie działań KE na lata 2024–2029, połączyła diagnozę Włocha z lekarstwem, którym ma być właśnie SIU.
– Chodzi z jednej strony o zwiększenie możliwości przedsiębiorstw w zakresie pozyskiwania kapitału na rozwój, inwestycje i innowacje, z drugiej zaś – o zapewnienie obywatelom szerszego dostępu do możliwości długoterminowego inwestowania i pomnażania oszczędności – słyszymy w resorcie finansów.
Mówiąc prościej: chodzi o to, żeby firmy w Europie – zwłaszcza te mniejsze i stawiające na innowacje, które często mają problem z przekonaniem banków do swojej wizji biznesu – nie były już zdane na łaskę i niełaskę kredytodawców. Kiedy obywatele zaczną inwestować w akcje tych przedsiębiorstw poprzez specjalne konta promujące lokowanie środków na giełdzie (czyli europejskie SIA, a w Polsce – OKI), przedsiębiorstwa zyskają dostęp do tak potrzebnego im kapitału. A konsumenci upieką na tym ogniu własną pieczeń: pomnożą swoje oszczędności.
O tym właśnie mówiła w Paryżu Ursula von der Leyen. Michał Żuławiński ze Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych, które brało udział w konsultacjach projektu ustawy o OKI, w rozmowie z Zero.pl apeluje o to, żeby jej wystąpienia nie demonizować.
– Są takie osoby, które – gdyby Ursula von der Leyen powiedziała im, że należy myć zęby rano i wieczorem – odebrałyby to jako zamach na ich wolność – mówi. – Wypowiedź szefowej KE można wykorzystać do nakręcania politycznych emocji albo na serio przyjrzeć się zagadnieniu oszczędności mieszkańców UE, w tym Polaków.
„Leniwe” oszczędności
Według najnowszych danych Narodowego Banku Polskiego, wartość depozytów i innych zobowiązań wobec gospodarstw domowych w naszym kraju na koniec lipca 2026 r. przekroczyła półtora biliona złotych (dokładnie było to 1 bln 523,6 mld zł). Z kolei wartość gotówki znajdującej się w obiegu w Polsce na koniec lipca 2026 r. sięgała 488 mld zł.
– Europejczycy mają oszczędności, ale nie są one zatrudnione na rynku kapitałowym w takim stopniu, jak w USA – ocenia Michał Żuławiński. – Tam gospodarkę finansuje głównie rynek kapitałowy, podczas gdy w Europie są to banki, co z kolei ma swoje konsekwencje dla firm: trudno im jest pozyskać finansowanie, zwłaszcza na innowacyjne projekty.
Co znamienne, taką samą diagnozę postawił Narodowy Bank Polski w „Raporcie o stabilności systemu finansowego” z czerwca 2025 r. (czyli opublikowanym trzy miesiące po tym, jak KE przedstawiła odświeżoną koncepcję SIU). W raporcie tym NBP stwierdza wprost: „W oszczędnościach gospodarstw domowych w UE znajduje się znaczny, aczkolwiek niewykorzystany efektywnie, potencjał dla finansowania innowacji i zmian technologicznych w gospodarce”. Analitycy NBP piszą dalej tak: „Europejskie gospodarstwa domowe mogłyby więc, wzorem gospodarstw amerykańskich, lokować znacznie większą część aktywów finansowych w akcjach przedsiębiorstw. Do tego jednak potrzebny jest sprawny i zintegrowany rynek finansowy UE”. Trudno nie dostrzec, że NBP pozytywnie wypowiada się o koncepcji SIU.
Bank centralny przytacza przy tym dane, według których ponad 50 proc. aktywów finansowych gospodarstw domowych w Polsce jest ulokowanych w depozytach i gotówce. W UE jest to mniej, bo ponad 30 proc. – ale i tak Wspólnota dwukrotnie przebija pod tym względem USA.

Struktura aktywów finansowych gospodarstw domowych w Polsce, UE i USA (fot. NBP / Eurostat / Fed / Zero.pl)
– W tym kontekście obudzenie tych europejskich oszczędności może przyspieszyć wzrost gospodarczy w Europie, choć sam kapitał nie wystarczy – zauważa Michał Żuławiński.
Dlaczego? Bo Europa ma potężny problem z biurokracją dławiącą rozwój firm. – W UE odwieczną bolączką jest kwestia przeregulowania. Jeśli jej nie rozwiążemy, to przesuwanie miliarda euro z jednego miejsca w drugie nic nie da.
Zdaniem Michała Żuławińskiego inwestowanie pieniędzy w produkty, które dają większą szansę realnego zysku, jest też w interesie samych konsumentów.
– W żadnym wypadku nie chodzi o inwestowanie całej poduszki finansowej ani o zastąpienie wszystkich lokat ryzykownymi produktami, lecz o świadome rozdzielenie środków pomiędzy różne aktywa – mówi ekspert SII. – Trzymanie ich na nisko oprocentowanych lokatach w środowisku uporczywej inflacji jest kontrproduktywne.
– A jeśli nawet wyjmiemy te środki z banku i schowamy gotówkę do koperty, to inflacja i tak zabierze nam odpowiednią część ich wartości – i Ursula von der Leyen nie jest tu do niczego potrzebna. Nie można więc na złość babci odmrażać sobie uszu.
Michał Żuławiński, Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych
– Ja bym nie doszukiwał się tutaj spisku UE, tym bardziej, że – jeśli już o tym mowa – państwo polskie też może nam zabrać oszczędności w sytuacji granicznej – dodaje nasz rozmówca. – Żyjemy w niestabilnych czasach – i z tego punktu widzenia posiadanie zdywersyfikowanego majątku osobistego jest jednym z warunków przetrwania, choć nie stuprocentową gwarancją. Oczywiście, każdy powinien inwestować w zgodzie z własnym profilem ryzyka i możliwościami.
Pieniądze na OKI mają być aktywne
Ministerstwo Finansów do OKI, rzecz jasna, zachęca. Tą zachętą ma być konstrukcja nowego produktu: zwolnienie z podatku Belki dla aktywów inwestycyjnych do kwoty 100 tys. zł. Co znamienne – w przypadku lokat i obligacji limit zwolnienia wyniesie 25 tys. zł. W ten sposób OKI premiuje właśnie lokowanie środków na rynku kapitałowym, realizując ideę europejskich Kont Oszczędnościowo-Inwestycyjnych (SIA).
Konstrukcja ta znalazła uznanie w oczach Karola Nawrockiego. W komunikacie, w którym Kancelaria Prezydenta RP informowała o podpisaniu ustawy o OKI przez głowę państwa, znalazł się następujący fragment:
„Kolejna podpisana ustawa: o osobistych kontach inwestycyjnych wprowadza nowy instrument dobrowolnego oszczędzania zastępujący podatek od zysków kapitałowych. W ocenie Prezydenta ustawa może wywrzeć pozytywne skutki zarówno na obywateli, jak i na państwo. Polacy zyskują narzędzie promujące budowanie zamożności rodzin dzięki atrakcyjnej kwocie wolnej od podatku (do 100 000 zł rocznie) oraz gwarancji braku opłat za prowadzenie konta”.
MF w przesłanym Zero.pl stanowisku podkreśla, że koncepcja Unii Oszczędności i Inwestycji, której praktycznym przejawem są konta typu SIA, nikomu niczego nie narzuca – ani też nie przerzuca środków z kieszeni obywatela do jakiejś wspólnej unijnej puli.
– SIU nie oznacza zmiany właściciela oszczędności obywateli ani nakazu zmiany sposobu ich lokowania – wyjaśnia MF. – Chodzi o stworzenie warunków, w których większa część już istniejących oszczędności może być, w sposób dobrowolny i odpowiadający indywidualnym preferencjom inwestorów, kierowana do tych form finansowania, które najlepiej odpowiadają potrzebom rozwijającej się gospodarki, przy jednoczesnym umożliwieniu obywatelom uczestniczenia w korzyściach wynikających z tego rozwoju. W podobną logikę wpisują się projektowane w Polsce OKI.
Michał Żuławiński podkreśla zaś, że Polska, tworząc OKI, „wybiła się na niepodległość”.
– Savings and Investments Accounts to jak gdyby matryca, a docelowo w każdym kraju UE
ma być osobny produkt – mówi ekspert. – Państwa członkowskie będą do tego zachęcane. Polska jest tutaj prymusem. Nasze OKI spełniają wiele unijnych wytycznych, ale też mają wyraźny krajowy sznyt: preferencję podatkową dla inwestowania w aktywa polskie. W tym sensie mają wspierać polską gospodarkę i tu idą pod prąd unijnemu zaleceniu, by konta typu SIA nie tworzyły barier dla inwestowania transgranicznego. Nie idziemy zatem ślepo za UE krok w krok. Szwedzi, na których się wzorowaliśmy, tworząc OKI, takiego rozwiązania nie mają.
– Pieniądze na OKI mają być prywatnymi środkami każdego posiadacza rachunku – dodaje Żuławiński. – Nie jest to produkt stricte emerytalny, jak OFE, PPK, IKE czy IKZE. Celowo zostało to skonstruowane pod kątem inwestowania w krótkim i średnim terminie, a także z myślą o tym, by nie trzeba było czekać do osiągnięcia określonego wieku na wypłatę środków.
Czyje są pieniądze na OKI? Pytamy MF i Brukselę
Jak już jednak wspomniano, w komentarzach internautów da się zauważyć wyraźną obawę o to, że UE będzie decydować o ich pieniądzach.
– Nie – ani Komisja Europejska, ani państwa członkowskie nie będą mogły dysponować środkami, które obywatele ulokują na OKI czy SIA – odpowiada nam stanowczo Ministerstwo Finansów. – Środki zgromadzone na takich rachunkach pozostają prywatną własnością inwestora i nie są przekazywane do dyspozycji państwa ani Unii Europejskiej. Państwo tworzy jedynie ramy prawne i podatkowe funkcjonowania tego rozwiązania, nie uzyskując prawa do swobodnego dysponowania zgromadzonym kapitałem.
W oficjalnych dokumentach KE dotyczących Unii Oszczędności i Inwestycji nie ma wzmianek o żadnych środkach presji prawnej w zakresie przekierowywania oszczędności Europejczyków na nowe produkty inwestycyjne. Pojawiają się natomiast sformułowania akcentujące dobrowolność – takie jak „większy wybór dla oszczędzających” czy „decyzja o ulokowaniu części oszczędności w produktywne inwestycje”.
Ale dla porządku pytamy o tę dobrowolność u źródła. Oto, co przekazało Zero.pl biuro rzecznika prasowego Komisji Europejskiej:
„Jeśli chodzi o finanse i oszczędności naszych obywateli, w każdym kraju UE zawsze będą oni mieli pełną swobodę inwestowania, opartą na ich osobistych wyborach. Zawsze zachowają całkowitą kontrolę nad tym, gdzie chcą przechowywać i alokować swoje pieniądze. Unia Oszczędności i Inwestycji ma na celu wzmocnienie pozycji naszych obywateli, dając im większy wybór i dostęp do informacji, tak, aby mieli lepsze możliwości inwestowania na rynkach kapitałowych, w sposób dobrowolny i dostosowany do ich potrzeb. Celem jest, najprościej rzecz ujmując, zapewnienie im szerszego wachlarza rozwiązań, aby mogli cieszyć się wyższymi zyskami i budować majątek swoich gospodarstw domowych. Z całą stanowczością potępiamy wszelką dezinformację, która ma na celu wprowadzanie w błąd i dezorientowanie opinii publicznej”.
Widmo „reformy OFE” wiecznie żywe
W naszym kraju wciąż jednak żywa jest pamięć o zmianach w Otwartych Funduszach Emerytalnych (OFE), które miały zapewnić Polakom wyższe emerytury. W 2014 r., za drugiego rządu Donalda Tuska, państwo przejęło z OFE obligacje Skarbu Państwa o wartości ponad 153 mld zł, dokonało ich umorzenia, a następnie zapisało te środki na subkontach obywateli w ZUS.
Rząd, który dzięki temu zmniejszył sobie dług publiczny (jako emitent obligacji był przecież dłużnikiem OFE), mówił wówczas o reformie – ale w przestrzeni publicznej do dziś pokutują sformułowania takie jak „skok na OFE” czy „demontaż OFE”. Przywoływana jest też narracja polityków, którzy mówili, że pieniądze na OFE nie były prywatnymi oszczędnościami, ale częścią publicznego systemu ubezpieczeń społecznych. Między innymi dlatego internauci wątpią dziś w zapewnienia, że środków na SIA czy OKI nikt nie ruszy.
– To prawda, że w ustawie o OKI nie występuje sformułowanie „środki prywatne”, ale takiego zapisu nie ma w zasadzie nigdzie – zauważa Michał Żuławiński. – Gdybyśmy dodali go przy jednym produkcie, to musielibyśmy pewnie robić taką adnotację przy każdym składniku majątku, nawet przy umowach o prowadzenie rachunków bankowych. Pytanie, czy to nie byłaby już paranoja – w końcu w art. 64 Konstytucji mamy zapis o ochronie prawa do własności.
Apeluje przy tym o to, by emocje zastąpić kalkulacjami. – Generalnie dobrze byłoby, gdybyśmy dostrzegli w OKI i tego typu produktach silnik rozwoju gospodarki, a także sposób na pomnażanie naszych środków poprzez giełdę. Wizja, że będziemy pracować, odkładać pieniądze na koncie i czerpać wysoki procent z lokaty, jest utopijna. Wiemy, jak wygląda sytuacja polskich banków – niekoniecznie potrzebują one naszych pieniędzy, co widać po oferowanych oprocentowaniach depozytów. Tymczasem na giełdzie mogą one znaleźć zastosowanie w interesie nas wszystkich, tym bardziej, że nasza gospodarka w coraz mniejszym stopniu będzie beneficjentem unijnych dotacji.
Tak dużo Brukseli jeszcze nie płaciliśmy. Szykuje się rekordowy przelew z Polski
– Oczywiście, wielu z nas będzie musiało pogodzić się z tym, że inwestowanie na giełdzie to większe ryzyko – podsumowuje Żuławiński. – Być może do tego potrzebne będą zmiany pokoleniowe oraz większa doza edukacji finansowej, której braki dostrzegamy niemal na każdym polu i w każdej grupie wiekowej – od dzieci po emerytów.
Może zainteresuje Cię także:

