Nie milkną echa zatrzymania i aresztowania dziennikarza Leszka Kraskowskiego. Jego pełnomocnik mec. Łukasz Pawelski twierdzi, że w sprawie mogło dojść do poważnych uchybień proceduralnych, w tym braku realnego udziału obrony w posiedzeniu aresztowym. Adwokat opowiada też o fatalnych warunkach w areszcie, wskazuje, że na ciele jego klienta są ślady po pluskwach.

Agnieszka Burzyńska, Zero.pl: Co dzieje się obecnie z Leszkiem Kraskowskim?
Mec. Łukasz Pawelski: Leszek Kraskowski przebywa obecnie w areszcie śledczym na Białołęce. Przynajmniej mam nadzieję, że nadal tam się znajduje, ponieważ w praktyce osoby osadzone bywają transportowane pomiędzy różnymi jednostkami penitencjarnymi. Zgodnie z pierwotnymi założeniami powinien trafić do Grójca, jednak ostatecznie został przewieziony do aresztu na Białołęce.
Początkowo otrzymaliśmy zgodę prokuratora na widzenie właśnie w Grójcu. W przypadku osoby osadzonej taka zgoda jest konieczna.
Przez długi czas nie miał pan kontaktu z klientem. Dlaczego?
Dowiedziałem się o zatrzymaniu mojego klienta i prowadzonym wobec niego postępowaniu dosłownie kilkadziesiąt minut przed posiedzeniem aresztowym. Byłem już wtedy poza Warszawą i nie mogłem szybko zareagować. Udzieliłem więc substytucji mecenasowi, który był gotowy mi pomóc.
Mimo to czasu było zbyt mało, by zapoznać się z aktami sprawy. Adwokat, który mnie zastępował, dotarł do Sądu Rejonowego w Piasecznie już po zakończeniu posiedzenia aresztowego.
Czyli decyzja o areszcie zapadła bez udziału obrońcy?
Tak. W mojej ocenie jest to poważne uchybienie procesowe. Sama prokuratura wskazywała, że istnieją wątpliwości dotyczące stanu psychicznego i zdrowotnego mojego klienta. W takiej sytuacji obecność obrońcy jest obowiązkowa.
Jeżeli obrońcy nie było, stanowi to bezwzględną przesłankę odwoławczą, pozwalającą kwestionować postanowienie o zastosowaniu tymczasowego aresztowania.
Będziecie się odwoływać?
Oczywiście. Jesteśmy na etapie przygotowywania zażalenia na postanowienie o zastosowaniu tymczasowego aresztowania.
Jak doszło do zatrzymania?
Mój klient został zatrzymany pod komisariatem policji w Prażmowie. Jak twierdzi, uciekał przed osobami, które wziął za przestępców.
Tymi osobami byli policjanci?
Tak, byli to policjanci. To bardzo ważne.
Według relacji mojego klienta funkcjonariusze nie używali sygnałów świetlnych ani dźwiękowych. Nie padały też komendy „stój, policja”. Leszek Kraskowski był przekonany, że sytuacja ma związek z wcześniejszym zgłoszeniem dotyczącym osoby, która miała go napaść i grozić mu.
W pewnym momencie zobaczył jednak funkcjonariuszy w kamizelkach z napisem „Policja”. Wtedy odetchnął z ulgą, zatrzymał samochód i oddał się do dyspozycji funkcjonariuszy, licząc na to, że jest już bezpieczny.
Zarzuty są jednak bardzo poważne. Chodzi o nielegalne posiadanie broni oraz groźby wobec komendanta policji w Piasecznie.
Jeżeli chodzi o zarzut dotyczący broni, nie chciałbym wchodzić w szczegóły ze względu na przyjętą strategię procesową. Mogę jedynie powiedzieć, że nie chodzi o klasyczną broń w tradycyjnym rozumieniu tego słowa.
Jeśli zaś chodzi o zarzut kierowania gróźb wobec komendanta policji, zwracam uwagę na jedną okoliczność. Mój klient prowadził oficjalną korespondencję z policją ze swojego imiennego adresu Gmail. Natomiast wiadomości zawierające groźby miały zostać wysłane z adresu na innym portalu.
Jako adwokat zadaję więc publicznie pytanie: jaki sens miałoby prowadzenie jawnej korespondencji z policją pod własnym nazwiskiem, a następnie zakładanie kolejnego konta z tym samym imieniem i nazwiskiem wyłącznie po to, by wysyłać groźby podpisane własnymi danymi?
Sugeruje pan, że to nie Leszek Kraskowski napisał te wiadomości?
To jest stanowisko mojego klienta.
Prokuratura cytowała jednak bardzo poważne fragmenty tej korespondencji.
Nie miałem jeszcze pełnego dostępu do akt, dlatego moje możliwości wypowiadania się na ten temat są ograniczone. Mogę jednak powiedzieć, że komunikat prokuratury nie oddaje pełnego charakteru tej wiadomości.
Będę wnosił o ujawnienie jej pełnej treści, ponieważ sposób jej sformułowania może rzucić zupełnie inne światło na sprawę. Uważam również, że zgromadzony materiał dowodowy nie dawał podstaw ani do zastosowania tymczasowego aresztowania, ani nawet do postawienia mojemu klientowi zarzutów.
Pojawia się również kwestia zdjęcia dołączonego do wiadomości. Nie mogę mówić, co ono przedstawia, ale w mojej ocenie jego obecność nie przesądza o sprawstwie mojego klienta.
Twierdzi pan, że zarzuty postawiono zbyt wcześnie?
Tak. Uważam, że materiał dowodowy był niewystarczający do postawienia zarzutów, zwłaszcza w zakresie kierowania gróźb.
Prokuratura wskazuje jednak na wyniki przeszukania i zabezpieczone przedmioty.
Prokuratura jest obecnie dysponentem akt i posiada najszerszą wiedzę o sprawie. Jednocześnie ma interes procesowy w tym, aby jej działania nie zostały postawione w złym świetle.
Niepokoi mnie sytuacja, w której organ państwowy już na samym początku postępowania buduje określoną narrację dotyczącą osoby korzystającej z domniemania niewinności. Mój klient nie został skazany, nie wniesiono nawet aktu oskarżenia. Tymczasem w przestrzeni publicznej pojawiają się przekazy sugerujące jego winę.
Czytaj również: Ujawniamy, jak pracował 28-letni lekarz milioner. Telewizja i polityka zamiast leczenia
To może wpływać zarówno na opinię publiczną, jak i na późniejszą ocenę sprawy przez sąd.
Jak wyglądała sama akcja zatrzymania według relacji pańskiego klienta?
Mój klient twierdzi, że część funkcjonariuszy była wytatuowana. Nie spodziewał się, że mogą to być policjanci. Nie słyszał żadnych poleceń ani komend.
W pewnym momencie zauważył samochód, który agresywnie poruszał się za nim. Zjechał więc pod sklep objęty monitoringiem, chcąc sprawdzić, czy kierowca nadal będzie go śledził. Kierowca zatrzymał się za nim.
Mężczyzna wyszedł z samochodu, ale nadal nie padły żadne komendy ani sygnały. Leszek Kraskowski przestraszył się i postanowił jechać w kierunku komisariatu policji.
Twierdzi pan, że sytuacja mogła zakończyć się tragedią?
Tak. Mój klient uciekał ulicami. W każdej chwili na drogę mogło wejść dziecko albo pieszy. Funkcjonariusze mogli podjąć decyzję o użyciu środków przymusu, a nawet broni.
Jak relacjonował mi klient, sami funkcjonariusze mieli później mówić, że otrzymali informację o niebezpiecznej osobie. Gdyby zdecydowali się na taranowanie pojazdu albo oddanie strzałów, konsekwencje mogłyby być tragiczne.
Możemy się cieszyć, że nikomu nic się nie stało.
Jakie są warunki, w których przebywa obecnie pański klient?
W mojej obecności był rozkuwany i zakuwany. Gdy chciał skorzystać z toalety podczas rozmowy ze mną, również był zakuwany i rozkuwany. Podobnie podczas wyjścia do łaźni czy na spacer.
Tak traktuje się osoby uznawane za potencjalnie niebezpieczne.
Jeżeli twierdzi się, że mój klient nie był w taki sposób traktowany, wystarczy sprawdzić monitoring. Zachęcam organy państwa do pełnej transparentności.
Jeżeli chodzi o warunki bytowe, gdy widziałem się z klientem, miał na całym ciele ślady pogryzień od pluskiew.
Zamierza pan podjąć jakieś działania w tej sprawie?
Tak. Po rozmowie z klientem zamierzamy złożyć zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa z art. 231 kodeksu karnego, czyli przekroczenia uprawnień lub niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariusza publicznego.
Planuję również zwrócić się do sanepidu z pytaniem, czy nie mamy do czynienia z zagrożeniem epidemiologicznym.
Nie był pan obecny podczas przeszukania?
Nie. Nie miałem wiedzy o planowanym przeszukaniu.
Co więcej, podczas przeszukania nieruchomości nie był obecny także mój klient. W mojej ocenie nie powinno to mieć miejsca.
Oczywiście zdarza się, że obrońca jest informowany o przeszukaniu zbyt późno, aby zdążyć na miejsce. Natomiast sam fakt, że nie zostałem poinformowany, stanowi uchybienie proceduralne.
Za szczególnie skandaliczne uważam to, że mój klient nie uczestniczył w przeszukaniu własnej nieruchomości.
Co dalej?
Przygotowujemy zażalenie na zastosowanie tymczasowego aresztowania. Liczę, że ta sprawa stanie się również impulsem do szerszej refleksji nad sposobem stosowania aresztów w Polsce.
Mój klient przebywa obecnie w areszcie między innymi po to, by przeprowadzić badanie psychiatryczne. Z komunikatu prokuratury wynika, że istnieją wątpliwości co do jego poczytalności.
Jeżeli takie wątpliwości rzeczywiście występowały, tym bardziej należało zadbać o obowiązkowy udział obrońcy.
Zwraca pan też uwagę na działania prokuratury?
Tak. Prokuratura Rejonowa w Piasecznie skierowała wniosek o areszt. Następnie Prokuratura Okręgowa w Warszawie przejęła sprawę, uznając, że jednostka rejonowa nie powinna jej prowadzić.
Mamy więc sytuację, w której tymczasowe aresztowanie zostało zastosowane na podstawie wniosku organu, który według własnej jednostki nadrzędnej nie powinien zajmować się tą sprawą.
Widzę w tym poważne zastrzeżenia proceduralne i zrobię wszystko, aby zostały one ocenione przez sąd odwoławczy.
Jak ocenia pan publiczne komentarze Romana Giertycha dotyczące tej sprawy?
Jestem również adwokatem i zamierzam przestrzegać zasad koleżeństwa zawodowego, dlatego nie chcę zajmować stanowiska wobec konkretnej osoby.
Mogę jedynie powiedzieć, że biorąc pod uwagę relacje między moim klientem a mecenasem Romanem Giertychem, na jego miejscu zachowałbym daleko idącą wstrzemięźliwość w komentowaniu tej sprawy. Chociażby po to, aby nie budzić niepotrzebnych podejrzeń.
Na koniec. Co odpowiada pan na powiedzenie, że więzienia są pełne niewinnych ludzi?
To nie tylko powiedzenie. Badania prowadzone w Stanach Zjednoczonych wskazują, że około 10 proc. osób skazanych mogło zostać skazanych niesłusznie.
W środowisku prawniczym funkcjonuje powiedzenie, że do sądu nie idzie się po sprawiedliwość, lecz po wyrok. Nie chciałbym żyć w takim państwie.
Dlatego apeluję, aby nie sprowadzać tej sprawy wyłącznie do sporu politycznego. Chodzi również o mechanizmy, które mogą zostać zastosowane wobec każdego obywatela.
Leszek Kraskowski jest osobą znaną. Proszę jednak wyobrazić sobie sytuację zwykłego człowieka postawionego wobec podobnego systemu. Jakie miałby szanse? Właśnie to jest dla mnie najbardziej niepokojące.
