Reklama
Reklama
Reklama

Polityczna wojna powinna mieć swoje granice. Inaczej zagraża państwu

Jedni wieszczą, że rozłam w PiS-ie to już początek końca Kaczyńskiego i jego partii, drudzy, że za kilka miesięcy Morawiecki założy wór pokutny, posypie głowę popiołem i uda się na Nowogrodzką prosić o przebaczenie, a przy okazji o miejsce na liście wyborczej. Jeszcze inni są zdania, że na podziale największej partii opozycyjnej najbardziej skorzystają Tusk i Sławomir Mentzen. Pod hasłami deregulacji, wolnego rynku, wsparcia sektora MŚP itp. mogą przecież zawiązać koalicję po wyborach w 2027 r. Jedno jest pewne: nawet najbrudniejsza polityczna wojna między pisowskimi „lojalistami” i „rozwojowcami” nie zagrozi istnieniu państwa. W przeciwieństwie do kampanii hejtu, jakiej doświadczył Józef Piłsudski latem 1920 r. ze strony endecji.

Polityczna wojna nie może zagrażać państwu.
Polityczna wojna nie może zagrażać państwu. (fot. Inne)

Czy Nowogrodzka jest już wypełniona po sufit kwiatami? Jeśli nie, to dziennikarze, publicyści i komentatorzy życia politycznego nad Wisłą powinni jak najszybciej wysyłać do siedziby Prawa i Sprawiedliwości wszelkiej maści bukiety i wiązanki. W końcu to dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu i spółce zawdzięczają, że mają o czym pisać, mówić i tweetować. W kolejce może się też ustawić Robert Górski, bo materiału na kolejne odcinki „Ucha Prezesa” zyskał ostatnio pod dostatkiem. Ci, którzy chcieliby z kolei podziękować różami czy tulipanami Mateuszowi Morawieckiemu i jego 45 rozbójnikom, muszą za to uzbroić się w cierpliwość.

Członkowie klubu parlamentarnego Rozwój Plus nie mają jeszcze bowiem swoich pokoi, ale to kwestia czasu. Kwestią czasu są też kolejne obelgi miotane przez „maślarzy” pod adresem „morawiecczyków”. Dowiedzieliśmy się już, że były premier był przeciwny 500+, przeciwny samolotom F-35, za chwilę możemy się dowiedzieć, że sprzeciwiał się obniżeniu wieku emerytalnego, wspieraniu Ukrainy, Polskiemu Ładowi i Bóg wie czemu jeszcze. A w ogóle to przez lata był doradcą Donalda Tuska i szlus, jak był łaskaw zauważyć Jacek Sasin. Właśnie, czy istnieje w PiS-ie większa zbrodnia niż jakikolwiek kontakt z Tuskiem? Śmiem wątpić, wykluczone jest nawet podanie ręki liderowi Koalicji Obywatelskiej.

Polska maszyna do goli odpalona. Lewy w końcu strzela w USA

W końcu Jacek Kurski, w studiu Telewizji Republika, ogłosił, że „w czasie katastrofy smoleńskiej, nad zwłokami Lecha Kaczyńskiego, Tusk ściskał się z Putinem tymi samymi rękami, którymi miesiąc wcześniej wręczał nominację Morawieckiemu”. Jak można się domyśleć, po tym epizodzie obecny prezes Rozwoju Plus powinien omijać „trędowate” dłonie Donalda szerokim łukiem, tymczasem „przez 2 lata siedzi u Tuska i się słowem nie odzywa”. Autor tego tekstu, w ramach tegorocznej Nocy Muzeów, odwiedził m.in. Kancelarię Prezesa Rady Ministrów i jako że znalazł się w pierwszej grupie zwiedzających, spotkał się m.in. z przewodniczącym KO. Zgodnie z logiką byłego prezesa TVP, zamiast podać mu rękę, powinien chyba ją opluć i rzucić jeszcze jakimś wulgaryzmem.

Reklama
Reklama

Tak czy inaczej i Kurski, i Sasin walczą o to, kto dłużej żył pod kamieniem i nie wiedział o współpracy na linii Tusk-Morawiecki. Czy historycznym wzorcem był dla nich komunistyczny dyktator Albanii Enwer Hodża? Tego nie wiemy, ale ów polityk przez 27 lat miał nie zorientować się, że premierem swojego kraju zrobił szpiega. I to potrójnego, bo Mehmet Shehu rzekomo pracował dla Jugosłowian, CIA i KGB. Hodża „dowiedział się” o tym dopiero po śmierci swojego wieloletniego współpracownika, tak jak PiS-owcy nagle teraz „odkrywają”, że Morawiecki w latach 2010-2012 był członkiem Rady Gospodarczej przy Premierze RP.

Nienawiść i oklaski dla Marszałka

Jedno jest pewne: nawet najbrudniejsza polityczna wojna między pisowskimi „lojalistami” i „rozwojowcami” nie zagrozi istnieniu państwa. W przeciwieństwie do kampanii hejtu, jakiej doświadczył Józef Piłsudski latem 1920 r. ze strony endecji. A jeszcze w maju tego samego roku narodowcy, wraz z posłami innych partii, oklaskiwali w Sejmie marszałka, choć z pewnością się nie cieszyli. Jak zanotował przyszły marszałek Sejmu, Maciej Rataj: „arcybiskup Teodorowicz [Józef, jeden z posłów endeckich] stał w ławie blady, z zaciśniętymi wargami i klaskał z innymi w sposób trochę sztuczny, wymuszony. Ciężka musiała się w nim toczyć walka między nienawiścią do Piłsudskiego z jednej strony, a gorącym patriotyzmem [...], z drugiej”. Jakim cudem polska prawica znalazła się w tak dużej defensywie, że musiała bić brawo swojemu głównemu przeciwnikowi?

Otóż 25 kwietnia ruszyła ofensywa polskiego wojska przeciw bolszewikom na Ukrainie. Dowodzący operacją Piłsudski chciał w ten sposób osiągnąć kilka celów. Militarnym było jeśli nie zniszczenie, to maksymalne osłabienie sił Armii Czerwonej na tym odcinku. Tak, aby Lenin, Trocki i spółka nie mogli tamtejszymi oddziałami wzmocnić frontu białoruskiego, gdzie już szykowali się do ataku na Polskę. „Bolszewików trzeba pobić, i to niedługo, póki jeszcze nie są silni, i sprać ich tak, aby ruski miesiąc popamiętali” – podsumowywał Komendant. Polityczny sens „wyprawy kijowskiej” sprowadzał się zaś do budowy na terenach zajętych przez Polaków i sprzymierzone oddziały atamana Symona Petlury niezależnego państwa ukraińskiego.

Reklama
Reklama

Wszystko szło jak po maśle – polski piechur pokonywał dziennie 40 kilometrów w głąb Ukrainy, kawalerzysta nawet 80, a 7 maja nasi żołnierze opanowali Kijów. Co prawda bez walki (czerwonoarmiści zawczasu wycofali się z miasta), ale fakt jest faktem, za to w Polsce zapanowała euforia. Powrót Piłsudskiego do Warszawy 18 maja upłynął więc pod znakiem jednego, wielkiego, biało-czerwonego świętowania. Oczywiście, do pewnego stopnia wyreżyserowanego, ale czy młodzi chłopcy wyprzęgający konie z powozu Naczelnika i własnoręcznie ciągnący pojazd do Belwederu udawali?

Czy marszałkowi Sejmu, a zarazem jednemu z liderów prawicy, Wojciechowi Trąmpczyńskiemu, ktoś przystawiał pistolet do głowy, gdy wygłaszał peany na cześć Marszałka? Stojący na czele izby polityk mówił tak: – Sejm cały przez usta moje wita cię, wodzu naczelny, wracającego ze szlaku Bolesława Chrobrego. Od czasów Kircholmu i Chocimia naród polski takich triumfów oręża swego nie przeżywał.

A może inny przedstawiciel narodowej demokracji, Juliusz Zdanowski, przesadzał, gdy komentował: – Czas cudowny. Tłumy na ulicach [Warszawy]. Szalona owacja dla zwycięzcy.

Wcale, Piłsudski mógł się poczuć niczym Juliusz Cezar, Aleksander Wielki albo inny Napoleon po zwycięskiej kampanii. Endecy musieli natomiast połykać, ewentualnie gryźć się we własne języki.

Reklama
Reklama

Reżyser Piłsudski. Jak sanacja spacyfikowała sądownictwo

Nim Polacy i ich wódz dotarli do ukraińskiej stolicy, „wyprawa kijowska” była przecież dla narodowców „awanturą ukraińską”. Argumentowali, że Petlura to polityczny bankrut i niebawem zostanie obalony przez któregoś z ukraińskich watażków. A nawet, jeśli utrzyma się przy władzy i będzie w stanie zbudować trwałą ukraińską państwowość, to w przyszłości może zwrócić się przeciw Polsce i np. zażądać Galicji Wschodniej wraz z Lwowem. Zażądać, dodajmy, dyplomatycznie, ale niewykluczone, że i zbrojnie, więc sojusz z kimś takim to ryzyko do sześcianu – głosiła prawica. Najlepiej według Dmowskiego i reszty byłoby zaś po prostu podzielić się ziemiami ukraińskimi z Rosja, mniejsza o to, czy carską, czy bolszewicką.

Endecki „przemysł pogardy”

Triumfalny, jak się wydawało, pochód Piłsudskiego nad Dniepr stłumił nieco te antyukraińskie nastroje, ale i tak endecy nie wyzbyli się wątpliwości co do budowy niepodległej Ukrainy. Jak pisał dziennikarz „Słowa Polskiego”: „Rozbicie armii bolszewickiej [...], zajęcie Kijowa będzie świetnym czynem w dziejach oręża polskiego [...]. Niestety, rozwinięte nad wyprawą kijowską programowo-federacyjne sztandary nie mogą nie budzić doktrynerską swą bezwzględnością i brakiem oględnego umiaru najpoważniejszych obaw”. Ukraina okazała się też punktem zapalnym podczas rozmowy Piłsudskiego w cztery oczy z Romanem Dmowskim. 

Reklama
Reklama

Panowie wymienili się poglądami jeszcze w maju, kilka dni po przybyciu komendanta do Warszawy, w Belwederze. Niestety, żaden z nich nie pozostawił bezpośredniej relacji ze spotkania, przez co dysponujemy tylko strzępkami informacji na ten temat. Wiemy, że rozmawiali ze sobą przez około dwie godziny, a Piłsudski miał mieć do „Pana Romana” pretensje, że ten podczas konferencji paryskiej nie promował wśród zachodnich mocarstw sprawy wolnej Ukrainy. Przywódca prawicy odpowiedział, że nie sposób było agitować za państwem ukraińskim, skoro Paryż i Londyn głównego potencjalnego partnera na wschodzie Europy widziały w niebolszewickiej Rosji. Poza tym wówczas, a nawet i obecnie nie wiadomo, czy nad Dnieprem rozwinie się coś trwałego. Wzburzony Piłsudski podobno odrzekł, że „jak Polacy są tacy durnie, że opanować jej [Ukrainy] nie potrafią, to nie są lepszego losu warci”.

Gdy Marszałek narzekał na swoich rodaków w obecności Dmowskiego, na Białorusi od tygodnia trwała ofensywa bolszewików. Niebawem udało się ją odrzucić, ale gdy 4 lipca wojska Michaiła Tuchaczewskiego po raz kolejny ruszyły do ataku, polska obrona się załamała. Krasnoarmiejcy codziennie zbliżali się do Warszawy o mniej więcej 20 kilometrów, a kolejne dni oznaczały kolejne podbite miasta. 14 lipca padło Wilno, 19 Grodno, 28 Białystok, a 2 sierpnia Brześć. Przyczyn naszych klęsk nie da się omówić na przestrzeni nawet kilku akapitów, ale to nie przeszkadzało narodowym demokratom, którzy rozpoczęli zmasowaną nagonkę na Piłsudskiego.

Reklama
Reklama

Jeśli Lech Kaczyński zmagał się za swojej prezydentury z „przemysłem pogardy”, to latem 1920 r. endecja rozkręciła przeciw Marszałkowi taki przemysł na potęgę. W wystąpieniach publicznych prawicy i na łamach jej pism Naczelny Wódz jawił się w najlepszym razie jako wojskowy nieudacznik, który sprowadził Armię Czerwoną nad Wisłę. Ewentualnie jako polityczny hazardzista, który dla stworzenia wolnej Ukrainy potrafił zaryzykować samo istnienie państwa polskiego. Co “odważniejsi” szli o kilka kroków dalej i wprost obwoływali Piłsudskiego zdrajcą, a do tego żydowsko-komunistycznym agentem (czemu jeszcze nie masońskim?).

Według jednej wersji Naczelnik w tajemnicy regularnie kontaktował się telefonicznie z Kremlem. Konkretnie z osobą numer 2 w bolszewickiej Rosji, ludowym komisarzem (ministrem) wojny, Lwem Trockim. Połączenia miały być nawiązywane z pokoju ulokowanego w podziemiach Belwederu lub dawnego soboru prawosławnego na placu Saskim. Niektórzy endecy sugerowali nawet, że na życzenie Piłsudskiego po dnie Wisły poprowadzono specjalny kabel dla tego typu rozmów. Absurdalne? Żenujące? Haniebne? A jednak mniej wyrobieni zwolennicy prawicy w to wierzyli i podawali pocztą pantoflową dalej. Jak widać, zasada “ciemny lud to kupi” nie obowiązuje od czasów Jacka Kurskiego...

Reklama
Reklama

Inna opowieść o zdradzie Marszałka dowodziła, że chodzi na pasku niemieckim. Zgodnie z tą narracją Piłsudski nawiązał z Berlinem tajną łączność radiową i zaproponował Niemcom układ. W zamian za nieangażowanie się po stronie bolszewików mieli oni otrzymać część Wielkopolski i Pomorza Gdańskiego, a kto wie, może i całość byłego zaboru pruskiego. Jeszcze inna plotka łączyła zdradę Naczelnego Wodza z braniem pieniędzy, tym razem od bolszewików. Za pomoc w podbiciu Polski „czerwoni” mieliby go wynagrodzić kwotą 10 mln dol., 5 mln przypadłoby natomiast w udziale generałowi Kazimierzowi Sosnkowskiemu, ministrowi spraw wojskowych. Głosiciele tej “prawdy” nie mogli się tylko zdecydować, czy Piłsudski wziął gigantyczną łapówkę w Warszawie czy już po wyjeździe ze stolicy.

Piłsudski zdrajca, Piłsudski łapówkarz

Nawet za przybyciem Komendanta na Lubelszczyznę, skąd dowodził decydującą o naszym zwycięstwie kontrofensywą znad Wieprza, miała stać antypolska kalkulacja. Marszałek rzekomo kierował oddziałami przeznaczonymi do ataku tylko po to, by w razie niepowodzenia zrzucić odpowiedzialność za klęskę na szefa sztabu generalnego Tadeusza Rozwadowskiego oraz innych wojskowych, pozostałych w Warszawie. Sam miał zaś przygotowane kufry i walizki, aby w razie czego ewakuować się, wraz z rodziną, do Szwajcarii.

Reklama
Reklama

Żeby nie być gołosłownym, kilka przykładów z endeckiej prasy, która tekstami Stanisława Strońskiego czy Adolfa Nowaczyńskiego szczuła na Piłsudskiego i jego współpracowników.

„Zamiast wdziać wory pokutne, sypać popiół na zielone głowy i zrzec się raz na zawsze mówienia o wojnie i o polityce, nie wahają się nasi buńczuczni heroldowie, giermkowie i paziowie podbojów wschodnich, którzy tak strasznie pokpili sprawę, z niezmniejszoną pewnością siebie dawać nauki społeczeństwu” – to cytat z 16 lipca. Inny z tego samego dnia: „Przegrali raz na zawsze lekkomyślni gracze, którzy dzisiaj mówią: niechaj się nam ziemia zapadnie pod nogami i pochłonie nas, byle z innymi [...]. Od tych szalonych nawoływań odwróci się społeczeństwo z odrazą i lekceważeniem, widząc w tem po prostu politykę straceńców”.

O ile nie pada w nich bezpośrednio nazwisko Marszałka, nie brak i takich. “Wszystkie pozytywy [militarno-polityczne] przekreślił w 1920 r. Piłsudski, który jedynowładczymi aspiracjami rozbił jedność społeczeństwa, a awanturniczą polityką zaprowadził Polskę na skraj przepaści” – pisał Stroński 18 lipca. Nieudacznik, agent, zdrajca, łapówkarz, tchórz, pyszałek – lista oszczerstw wobec przywódcy państwa zdawała się nie mieć końca, a dodajmy do niej jeszcze i złodzieja. Gdy bowiem wiosną 1920 r. po Warszawie rozeszła się informacja, że w kościele we Włodzimierzu Wołyńskim mogą być ukryte polskie klejnoty koronacyjne, złe języki szybko powiązały to z osobą Komendanta.

Reklama
Reklama

W jaki sposób? Otóż Piłsudski zlecił kradzież insygniów po to, aby samemu się koronować lub koronować którąś ze swych córek! Narodowcy potraktowali te pogłoski na tyle poważnie, że w 1921 r. doprowadzili do powołania sejmowej komisji na temat zbadania ewentualnych związków Marszałka z klejnotami. Czysty Mrożek, ale czy może to nas dziwić, jeśli 19 lipca ksiądz Stanisław Adamski – późniejszy biskup katowicki, a w 1920 roku prawicowy poseł – rzucił w twarz Piłsudskiemu: “Naród upatruje w tym wszystkim zdrady i to najwyższych stanowiskach”, po czym skierował oskarżycielski palec w stronę Naczelnego Wodza? Wszystko działo się w Belwederze i choć ręce towarzyszących Komendantowi oficerów „odruchowo powędrowały do szabli”, obyło się bez rękoczynów. Sam Piłsudski zaś odwrócił się w milczeniu i wyszedł.

Ciekawe, czy ksiądz Adamski czuł się bardziej komfortowo w towarzystwie rzeczywistych zdrajców, Bolesława Bieruta i Stanisława Radkiewicza. W styczniu 1946 r. zasiadł bowiem w jednej loży teatralnej w Katowicach z przyszłym I sekretarzem KC PZPR oraz szefem komunistycznej bezpieki. To, że obydwaj mieli już wtedy krew rodaków na rękach, i to co najmniej po łokcie, najwyraźniej mu nie przeszkadzało... Z kolei inny poseł prawicy Stefan Sołtyk złożył w sejmie interpelację z pytaniem, czy to prawda, że pod nadzorem generała Bolesława Wieniawy-Długoszowskiego jest wywożone z kraju mienie Piłsudskiego, zarówno prywatne, jak i publiczne.

Reklama
Reklama

„Obywatelskie zapytanie” opublikowała oczywiście narodowa prasa, a że Armia Czerwona pędziła wówczas ku Warszawie? Że wszystkie takie kłamstwa nie tylko rujnowały autorytet Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza, ale wpływały fatalnie na morale wojska i społeczeństwa? Że polski żołnierz zastanawiał się, czy warto w ogóle walczyć z bolszewikami, jeśli czytał, że głównodowodzący szykuje się do ucieczki i wywozi swoje meble, obrazy czy dywany? To było mniej ważne, w pierwszej kolejności liczyło się to, żeby dowalić Piłsudskiemu. Co do Sołtyka, Wieniawa chciał się nawet z nim strzelać, ale „ze względów państwowych” Marszałek mu tego zabronił.

Polska czy twór żydowsko-socjalistyczno-masoński?

Nagonka endeków na Piłsudskiego nieco przygasła po tym, jak powstał „rząd obrony narodowej” Wincentego Witosa (24 lipca). Kilkoro przedstawicieli Związku Ludowo-Narodowego weszło w jego skład i prawicy nie wypadało już tak jednoznacznie potępiać Komendanta. Niemniej narodowi demokraci wciąż, mniej lub bardziej otwarcie, wzywali Marszałka do dymisji, przynajmniej z funkcji Naczelnego Wodza. Zastąpić miałby go któryś z innych Józefów w mundurze: Haller albo Dowbor-Muśnicki, ewentualnie jakiś zachodni generał, najlepiej francuski. Takie głosy padały np. podczas 4 wieców zorganizowanych w Warszawie 1 sierpnia, m.in. z ust księdza Kazimierza Lutosławskiego.

Reklama
Reklama

W 1922 r. ten jeden z najważniejszych publicystów obozu narodowego tak żegnał kończącego swoją kadencję Naczelnika Państwa: „Piłsudski nie od dziś jest narzędziem międzynarodowego żydostwa dla walki z Narodem Polskim, aby go do niepodległości nie dopuścić”. Ksiądz-poseł, niczym Grzegorz Braun obecnie, uznawał niepodległą Polskę za wytwór żydowsko-socjalistyczno-masoński, któremu dopiero trzeba przywrócić niepodległość. Swoją drogą wydaje się, że historyczna ignorancja lidera Korony nie zna granic – ostatnio „zasłynął” twierdzeniem, że XVIII-wieczna Komisja Edukacji Narodowej chciała zaprowadzić w Polsce komunizm.

Co prawda członkowie Komisji Hugo Kołłątaj, Julian Ursyn Niemcewicz czy brat króla Stanisława Augusta, prymas Michał Poniatowski, nie mieli pojęcia, kim jest Karol Marks. Ba, autora „Kapitału” jeszcze nie było na świecie, ale i tak celem KEN od początku miało być „przemalowanie świata na czerwono”. Brauna łączy zresztą więcej z komunistami niż mu się wydaje – tak jak „czerwoni” tropili wszędzie „Wrogów Ludu”, on tropi wszędzie „Wrogów Narodu”. Od Żydów i masonów, przez sympatyków Unii Europejskiej i socjaldemokratów, po społeczność LGBT i ateistów. Zapewne kwestia czasu, kiedy do tej listy dołączą rowerzyści i wegetarianie, ale dość o Braunie.

Reklama
Reklama

Skupmy się za to na Romanie Dmowskim, który 19 lipca, podczas posiedzenia Rady Obrony Państwa, również domagał się zmian na najwyższych stanowiskach w armii. Jak stwierdził. „koniecznym jest zmiana dowództw na froncie, a jeżeli nie mamy sami dowódców, to zwróćmy się do aliantów, ale żeśmy jeszcze nie wyzyskali swoich sił, na przykład gen. Dowbór jest doskonałym wojskowym”. Trzeba jednak zauważyć, że nie zażądał dymisji samego Marszałka, wręcz przeciwnie. – Ja, jeżeli wystąpiłem z zarzutem i podtrzymuję go, to nie dlatego, żeby się pan usunął, ja bym pana prosił, by pan został – mówił do Piłsudskiego „Pan Roman”.

Można powątpiewać, czy Dmowski aż tak wierzył w talenty dowódcze swojego adwersarza. Na pewno zdawał sobie jednak sprawę, czym grozi obalenie Naczelnego Wodza w kontekście bolszewików u bram stolicy. Tej odpowiedzialności za państwo brakowało za to u jego partyjnych towarzyszy, którzy na początku sierpnia wysunęli nowy postulat: „rezerwowej armii ziem zachodnich”. Tym samym na terenie dawnego zaboru pruskiego miała powstać nowa militarna struktura, równoległa wobec Wojska Polskiego. Oficjalnie endecy deklarowali, że „armia rezerwowa” będzie wolna od wszelkich wpływów partyjnych, ale w praktyce widzieli w niej kolejną antypiłsudczykowską siłę.

Reklama
Reklama

Tego antypaństwowego projektu nacjonaliści nie wyrzekli się nawet, gdy bitwa warszawska trwała w najlepsze. 15 sierpnia w Poznaniu zorganizowali aż 6 wieców, na których hasło „armii rezerwowej” należało do najczęstszych. Inne żądania? „Precz z Piłsudskim!”, „Precz z Żydami!”, „Chcemy dowódców Ententy!” itd. Łącznie prawicowe manifestacje zgromadziły ponad 20 tys. ludzi, a niektórzy z uczestników snuli wizje nowego prawicowego gabinetu, alternatywnego wobec „rządu obrony narodowej”.

Kto miał się znaleźć w jego składzie? Zdaniem poznańskiej „Gazety Wieczornej” kandydatem na premiera był Dmowski, za wojsko mieli odpowiadać Józefowie: Haller (nowy Naczelny Wódz) i Dowbor-Muśnicki (Szef Sztabu Generalnego), a w roli głowy państwa najchętniej widziany był Ignacy Jan Paderewski. Główni zainteresowani najprawdopodobniej nie zdawali sobie sprawy z tych planów. Przykładowo Dmowski, choć przebywał w tym czasie na terenie Wielkopolski, za bardzo nie angażował się w akcję wiecową swojego obozu. Do Poznania wybrał się za to w połowie sierpnia premier Witos.

Osobiście gościł na kilku wiecach i stanowczo opowiedział się przeciw separatystycznym tendencjom Wielkopolan. Przekonywał też, że pod Warszawą polscy żołnierze bronią nie tylko stolicy, ale i Krakowa, Torunia czy właśnie Poznania. I choć pozwolił sobie na kilka szpilek wobec Piłsudskiego, generalnie stawał w jego obronie. Kilka cytatów: „Wodzów można, a nieraz nawet trzeba zmieniać, ale dopóki oni są, w interesie nie ich, ale państwa, należy się im poparcie i bezwzględny posłuch”, „Wiem na pewno, że ci sami, co dziś rzucają na Piłsudskiego kamieniami potępienia, byliby śpiewali »Hosanna«, gdyby się wyprawa [kijowska] powiodła”, „Wszelkie zaś wystąpienia podrywające jego [Piłsudskiego] powagę i autorytet uważam za zbrodnię przeciw państwu”. Postawa na miarę męża stanu, tymczasem Piłsudski mógł 18 sierpnia odetchnąć z ulgą. Bolszewicy rozpoczęli generalny odwrót, bitwa o Polskę została wygrana.

Źródło: Zero.pl
Tomasz Czapla
Tomasz CzaplaPublicysta, historyk, członek Stowarzyszenia Pamięci Generała Kazimierza Sosnkowskiego - autor zewnętrzny
Reklama
Reklama