Reklama
Reklama

Reklama

Demokracja między walką z nienawiścią a pokusą kontroli

Reklama
TYLKO NA

Polska debata o wolności słowa wchodzi w nową fazę napięcia: między walką z nienawiścią a rosnącą skłonnością do regulowania wypowiedzi. Od protestów przeciw ACTA po współczesne spory o granice „mowy nienawiści” widać wyraźnie, że stawką nie jest już tylko prawo do mówienia, lecz także to, kto decyduje, co można powiedzieć – i jakie będą konsekwencje przekroczenia tej granicy.

Protest #StopACTA2 w Krakowie
„Żyjemy w świecie, w którym poprawność polityczna zastępuje myślenie”. (fot. Malgorzata Kolcz / East News)
  • Polski paradoks wolności – doświadczeni cenzurą z minionych dekad, dziś znów musimy bronić przestrzeni wolnej debaty przed zupełnie nowymi formami kontroli.
  • „Kultura pozwu” zamiast kultury debaty – rozszerzanie przepisów przeciw „nienawiści” grozi przesunięciem sporu publicznego wprost na salę sądową.
  • Philippe Muray ostrzegał, że społeczeństwa Zachodu mogą dryfować ku modelowi pozornej zgody, w którym dominujące wartości przestają podlegać dyskusji.

Reklama

Wolter pisał do oponenta intelektualnych zmagań, że, co prawda, fundamentalnie się z nim nie zgadza, ale położy na szali własne życie, aby mógł swoje zdanie wypowiedzieć. Co ciekawe, ów cytat, padł w czasach sprzecznych ze sobą tendencji.

Z jednej strony emancypacji mocy rozumu i wolności poglądów, z drugiej – triumfu kagańca absolutyzmu. Sam Wolter, choć korzystał z możliwości swobodnej wypowiedzi, ochoczo przystępował, z pewnością z powodów merkantylnych, do piewców rosyjskiego zamordyzmu.

Natomiast zmorą duszącą dzisiejszy świat jest szeroko pojęta „poprawność polityczna”. To, co Alexis de Tocqueville widział jako terror „myślenia większości”. Francuski myśliciel zauważał dwieście lat temu, że choć prawo ma za zadanie chronić wolność słowa, to opinia większości działa jak niewidzialna cenzura – ludzie boją się wyrażać poglądy sprzeczne z dominującymi. Autor „O demokracji w Ameryce” pisał: „Większość wyznacza granice myślenia” oraz dodawał lapidarnie: „Kto odważy się od niej odłączyć, naraża się na potępienie”.


Reklama

W intrygującej analogii poglądy dziś sprzeczne choćby z ekologizmem narażają na społeczną banicję.


Reklama

W sierpniu 2022 r. widzieliśmy na ulicach Warszawy osobliwy kondukt żałobny. Chowano bowiem rzekę Odrę. A młodzi ekologiczni aktywiści ochoczo maszerowali w rapsodycznym kondukcie. Jedni lamentowali, inni zawodzili, natomiast wszyscy uznawali za dogmat katastroficzną wizję „płonącej planety” i „umierających” (zapewne w konwulsjach) polskich rzek.

Nawiasem mówiąc, katastrofizm nie tylko stał się modny, ale awansował do miana dobrego tematu do rozmów z kategorii „wzniosłych i poważnych”, a co ważniejsze – zaczyna mieć swoich wyznawców. Zwróćmy uwagę również na inny symptom naszej nowoczesności, na biologizację – i pamięci, i moralności. Młodzi Polacy niewiele wiedzą o Piastach, lecz wykazują zaskakującą znajomość paleontologicznych subtelności. Prędzej utożsamiają się z triceratopsem niż z Kazimierzem Wielkim.

Kto dziś podda w wątpliwość zmiany klimatyczne, w najlepszym razie zostanie obśmiany (drwina jest wyzbyciem sensu). W gorszym – wykluczony z debaty publicznej. Jak podkreśla w „Triumfie człowieka pospolitego” Ryszard Legutko: „Żyjemy w świecie, w którym poprawność polityczna zastępuje myślenie”.


Reklama

Przy tym pragnę podkreślić, że nie bagatelizuję doniosłości przyszłości fauny i flory. Natomiast martwi mnie kolegialna – na ogół – zgoda co do przyczyn zmian klimatycznych.


Reklama

Znów miał racje Alexis de Tocqueville. „Większość żyje w ciągłej adoracji samych siebie”, a sceptycyzm, krytyczne myślenie, poddawanie w wątpliwość, a nawet milczenie stają się niebezpieczne.

Ci sami młodzi ludzie wydają się jednak mocno przywiązani do możliwości swobodnej wypowiedzi. Przypomnijmy, że w Polsce, nie licząc „strajku kobiet” i mobilizacji przed wyborami parlamentarnymi, największym ruchem społecznym ostatnich dekad był sprzeciw wobec ACTA w styczniu 2012 r.

Oficjalny cel był jasny: skuteczniejsza walka z podróbkami, piractwem i naruszeniami praw autorskich w skali globalnej. Problem polegał na tym, że za tymi ogólnikami kryły się zapisy nieprecyzyjne, otwierające pole do szerokiej interpretacji – w tym do potencjalnego zwiększenia nadzoru nad przepływem danych w sieci oraz wciągnięcia prywatnych korporacji w egzekwowanie prawa. Innymi słowy: pod hasłem ochrony własności intelektualnej próbowano przemycić nowy model kontroli cyfrowej rzeczywistości.


Reklama

Alarmowano o zagrożeniu dla wolności słowa, o możliwości prewencyjnej cenzury, o przerzuceniu odpowiedzialności za kontrolę treści na dostawców usług internetowych. W gruncie rzeczy był to bunt przeciwko logice, w której prywatne firmy miałyby stać się strażnikami dopuszczalnego dyskursu. Nawet jeśli część tych obaw była przesadzona lub oparta na nieprecyzyjnych interpretacjach, to nie zmienia faktu, że dotykały one realnego lęku: utraty kontroli nad własną przestrzenią komunikacyjną.


Reklama

Najciekawsze w tych protestach przeciwko ACTA był jednak ich pokoleniowy charakter. Na ulicach dominowali młodzi ludzie, dla których Internet nie jest dodatkiem do rzeczywistości, lecz jej integralną częścią. To oni najgłośniej artykułowali sprzeciw wobec prób jego regulowania bez ich udziału. W tym sensie protesty te były nie tylko konfliktem o prawo, lecz także starciem dwóch wrażliwości: analogowej, ufającej instytucjom i cyfrowej, z natury podejrzliwej wobec wszelkiej centralizacji kontroli.

Nie ma już jednego PiS. Niektórzy się tylko łudzą

Casus francuski – „lex Yadan”

Zapowiadało się gładko. Były rozległe preliminarze i była kolegialna zgoda sił umiarkowanych Zgromadzenia Narodowego, zwłaszcza prezydenckiego centrum i części socjalistów skupionych wokół byłego lokatora Pałacu Elizejskiego Francois Hollande’a; były przede wszystkim „czyste” intencje pomysłodawczyni nowej regulacji, posłanki Caroline Yadan.


Reklama

A skończyło się fiaskiem w wyniku rozmaitych splotów i komplikacji. Bowiem francuski parlament w pierwszym czytaniu odrzucił „lex Yadan”. Do owych „komplikacji” należy włączyć petycję, którą podpisało niemal pół miliona obywateli oburzonych kolejną próbą zafiksowania ograniczonych ram debaty publicznej.


Reklama

Projekt ustawy miał być, jak twierdzą jego autorzy, odpowiedzią na „nieznośny powrót antysemityzmu” we Francji po atakach Hamasu z 7 października 2023 r.

W uzasadnieniu do ustawy padają mocne słowa: dzisiejsza nienawiść wobec Żydów ma czerpać paliwo z obsesyjnej wrogości wobec Izraela, państwa, jak podkreślono, systematycznie podważanego w swoim prawie do istnienia i przedstawianego jako podmiot zbrodniczej polityki.

Ta wrogość nie jest zjawiskiem marginalnym – twierdzą autorzy „lex Yadan” – i rozlewa się po szkołach, uczelniach, a w szczególności po Internecie.


Reklama

Najwięcej kontrowersji budził artykuł drugi, który miał ustanowić nowy rodzaj przestępstwa: karane miało być publiczne nawoływanie, wbrew zasadzie samostanowienia narodów oraz podstawowym normom Karty Narodów Zjednoczonych, do zniszczenia państw uznawanych przez Republikę Francuską. Choć nazwa Izrael w tekście nie padała, to wiadomo, iż nowe zapisy były próbą ustawowego ograniczenia krytyki państwa żydowskiego.


Reklama

Pozostałe regulacje szły znacznie dalej i wykraczały poza samą walkę z antysemityzmem. Artykuł pierwszy przewidywał penalizację nie tylko jawnego, ale nawet „pośredniego podżegania do terroryzmu”, a także karanie za jego pochwalanie, umniejszanie czy banalizowanie.

Artykuł trzeci wzmacniał pozycję organizacji walczących z rasizmem i wspierających ofiary dyskryminacji – dawał im szersze możliwości występowania w roli strony cywilnej w procesach dotyczących przestępstw na tle rasowym.

Z kolei artykuł czwarty ingerował w jeden z fundamentów francuskiej demokracji – ustawę o wolności prasy z 1881 r. Nowelizacja doprecyzowywała przestępstwa polegające na negowaniu zbrodni przeciwko ludzkości, w tym przede wszystkim Holocaustu.


Reklama

W efekcie powstał projekt, który jedni uznali za konieczną tamę wobec narastającej nienawiści, a inni – za niebezpieczny precedens, mogący ograniczyć wolność słowa pod hasłem walki z ekstremizmem.


Reklama

Czy wolno słuchać Michaela Jacksona? Dlaczego oklaskujemy upadłych idoli

Kultura debaty czy kultura pozwu?

Na przenoszeniu sporów z papieru na sale sądowe z głębokim niepokojem patrzy kanadyjski publicysta z Quebecu – Mathieu Bock-Côté. I to nie z pozycji skrajnych, lecz z najbardziej klasycznego, liberalnego punktu widzenia: każda próba ograniczenia wolności słowa, choćby motywowana najszlachetniejszymi intencjami, twierdzi Bock-Côté, niesie w sobie zalążek kultury zniewolenia.

Historia już to pokazała. Kolejne ustawy, które pod hasłem walki z nienawiścią czy „fałszowaniem historii” przywracały w praktyce „przestępstwo wyrażania opinii” nie tyle rozwiązały problem, ile go rozciągnęły. Granice „nienawiści” stale się przesuwają, a wraz z nimi rośnie cały aparat polityczno-prawny powołany do jej zwalczania.


Reklama

Efekt? Słowo publiczne trafia na salę sądową. Natomiast kultura sporu ustępuje kulturze pozwu. Zamiast debatować – denuncjujemy. Zamiast przekonywać – donosimy. Każdy patrzy każdemu na ręce, czekając na potknięcie, przejęzyczenie, „nieostrożność”, którą można będzie wykorzystać. A w tle rośnie pokusa najprostsza i najgroźniejsza: uciszyć przeciwnika, zamiast z nim dyskutować. Vide spór nad Wisłą między Jarosławem Markiem Rymkiewiczem a Adamem Michnikiem.


Reklama

Współczesne projekty idą jeszcze dalej. W imię zasady „nic nie może nam umknąć”, chcą ścigać nie tylko słowa, ale i to, co rzekomo się za nimi kryje – aluzje, ezopowe niedopowiedzenia czy sugestie. Na mocy zapisów sędziowie mieli zostać zmuszeni do swoistej archeologii myśli, do tropienia głęboko ukrytych zamierzeń domniemanego sprawcy, być może również do przeszukiwania piwnic podświadomości.

Bock-Côté nie bez powodu mówi o „przestępstwie insynuacji”. To już nie jest kontrola wypowiedzi – to próba zalegalizowania „policji myśli”. Kontroli tego, co niewypowiedziane, co domniemane, co ukryte między wierszami.

Nie wystarczy więc odpowiadać za to, co się powiedziało. Będzie się odpowiadać za to, co, zdaniem oskarżyciela, „naprawdę” miało się na myśli, choć nigdy nie zostało wyartykułowane. Brzmi znajomo? To logika przesłuchań, w których najpierw zakłada się winę, a potem wszelkimi środkami próbuje się ją udowodnić. Prokurator „wie”, że podsądny coś ukrywa – dowody stają się zbędne, bo dostęp do sumień uznaje się, wedle forsowanej legislacji, za oczywisty.


Reklama

Trudno nie zapytać: dokąd prowadzą trudne do pokonania zakręty kruczków prawnych? I kto naprawdę wierzy, że taki mechanizm może zakończyć się czymkolwiek innym niż nadużyciami, zamykaniem ust niewygodnym oponentom politycznym?


Reklama

Przypomina się, toutes proportions gardées, jedna z pierwszych scen „Roku 1984” Orwella, gdy główny bohater, Winston, kieruje swoje kroki do reglamentowanego sklepu papierniczego. Po zakupie zeszytu wychodzi na ulicę. Wracając do domu narasta w nim strach. Bowiem samo posiadanie papieru i długopisu w kraju „Wielkiego Brata” już jest zalążkiem „myślozbrodni”.

Państwo totalitarne, w swojej immanentnej potrzebie powszechnej transparentności, nie widzi powodu do posiadania własnych przemyśleń notowanych na papierze, nawet głęboko schowanych w ciemnej szufladzie.


Reklama

Imperium dobra kontratakuje

Już w latach dziewięćdziesiątych eseista Philippe Muray przestrzegał przed nastaniem „imperium dobra”, zuniformizowanego przekazu na rzecz „powszechnej szczęśliwości”. Dawna moralność, opisywał Francuz, nakazywała indywidualne zasady postępowania: wspólnota miała prosperować, póki tworzące ją jednostki zachowywały się dobrze. W „imperium dobra” rzecz ma się inaczej. Nie mówi się, co powinniśmy robić, ale jakie powinno być w swojej istocie społeczeństwo: jałowe, zgodne i zdrowe na ciele i umyśle.


Reklama

„Dobro przyśpiesza, z ironią odnotowywał Muray, dobro galopuje. Wzrasta każdego dnia. Rozprzestrzenia się, powiększa się, rozszerza swoje panowanie, zasilają go co dzień nowi misjonarze”. Tryumf „imperiom dobra” to świat bez sporów, bez polemik, świat rozpowszechnionych „dobrych intencji”. Zmorą duszącą intelektualny świat, twierdził Murray, są „przygniatające wartości”, które nie mogą już być przedmiotem debaty. Mamy się „radośnie” ze sobą zgadzać w ogłupiającym dreptaniu w kole. 

Co ciekawe, owo Murayowskie „imperium dobra” oślepia swoim blaskiem nie tylko Zachód. W mimetycznym pędzie zaczyna docierać do naszych granic. Rzecz jest tym bardziej kuriozalna, że Polska, doświadczona komunistyczną, odgórnie kontrolowaną „jednomyślnością”, powinna być na takie kwestie wyczulona. Pal licho klasę polityczną, która co rusz próbuje powrócić do legislacji o „mowie nienawiści” czy ograniczeń debaty w internetowych komunikatorach. Do piewców „imperium dobra” ochoczo przystępują dziennikarze i publicyści.

Tocqueville i „derywacje demokracji”

W tym sensie przytoczone przykłady nie są wyjątkami, lecz raczej ilustracjami głębszego mechanizmu, który trafnie opisywał Alexis de Tocqueville. Demokracja, zauważał myśliciel, nie degeneruje się nagle, w jednym dramatycznym akcie, lecz osuwa się stopniowo, poprzez serię drobnych przesunięć, które każdorazowo wydają się uzasadnione, rozsądne, a nawet konieczne. To właśnie te „derywacje” – odejścia od pierwotnego ducha wolności w imię bezpieczeństwa, równości czy moralnej higieny – tworzą najgroźniejszy precedens. Nie dlatego, że są spektakularne, lecz dlatego, że są banalne i dobrze uzasadnione.


Reklama

Bo jeśli demokracja ma przetrwać jako coś więcej niż tylko procedura, musi zachować zdolność do znoszenia tego, co niewygodne, drażniące, a czasem nawet oburzające.

W przeciwnym razie, jak przestrzegał autor „O demokracji w Ameryce”, sama, krok po kroku, zacznie podkopywać fundamenty, na których została zbudowana.


Reklama