
Jeszcze niedawno najdroższym chińskim samochodem był pojazd o nazwie Denza Z9 GT, ale właśnie został przebity i to od razu o ogromną kwotę. W Polsce będzie można zamówić elektryczną Denzę Z, czyli coś między sportowym coupé a czteroosobowym gran tourerem. Na pewno potrzebujesz tych tysiąca sześciuset koni mechanicznych do jazdy po ulicy.
- W Polsce debiutuje najdroższy jak do tej pory samochód produkcji chińskiej, czyli Denza Z. Producentem jest koncern BYD, a napęd zapewnia oczywiście prąd elektryczny.
- Z mocą ponad 1600 KM Denza Z znów każe zadać pytanie: czy nowe samochody muszą być tak szaleńczo mocne?
- Z ceną ponad 850 tys. zł Denza Z każe zadać jeszcze inne pytanie: kto miałby wydać tyle na auto nieznanej marki z Chin?
Wokół marki Denza w Polsce dzieją się dziwne rzeczy. Najpierw odwołano imprezę, na której miała się odbyć polska premiera modelu Z9 GT. Potem w ofercie na polskiej stronie oprócz minivana D9 i sedana Z9 pojawiła się terenówka BAO 5 wyglądająca niemal identycznie jak konkurencja od marki BAIC czy Jetour, ale wyceniona na 360 tys. zł, czyli mniej więcej dwa razy tyle co rywale. Nie stwierdziłem do tej pory ani jednej sztuki samochodu tej marki w ruchu ulicznym, nawet minivana D9, który może być pewną konkurencją dla Mercedesa klasy V, tyle że też kosztuje ok. 400 tys. zł. W obliczu dotychczasowego braku sukcesów Denza decyduje się na wprowadzenie do sprzedaży tzw. halo cara, czyli supersportowego modelu Z, który będzie najdroższy w gamie. Czy to trafione posunięcie?

Denza Z - wnętrze (fot. Denza - materiały prasowe)
Jeszcze Niemcy nie zginęły. Tak wygląda odpowiedź na szturm chińskich elektryków
1604 KM, 1,96 s do setki
Tak Denza chwali się nowym modelem w informacji prasowej. Auto ma postać dwumiejscowego coupé, które aspiruje do kształtów supersamochodu typu Ferrari 296 GTB albo Maserati MC20, ale jest jednak łagodniejsze i bardziej cywilizowane. Szczególnie zadziwiło mnie wnętrze, gdzie z jednej strony atakuje nas niesamowita kierownica wyglądająca jak połączenie wolantu z F1 z kierownicą z gry komputerowej, z drugiej strony reszta wnętrza jest po prostu nieciekawa i standardowa.
Można było podziałać coś z ekranem, obrócić go do kierowcy, wbudować w deskę, żeby nadać bardziej dynamicznego charakteru – a gdzie tam, przykleili go centralnie jak w Leapmotorze B10 i uznali, że gotowe. Postarane na 30 procent, czyli wystarczająco.
Ale oczywiście w tym wozie liczy się przyspieszenie i osiągi, i tu mamy powody do popadania w zachwyt – o ile ktoś jeszcze zachwyca się tym, jak szybko pojazd osiąga 100 km/h. Denza Z Racing robi to w 1,96 s, czyli jest szybsza niż właściwie wszystko na rynku. Niedostępna już Tesla Model S Plaid potrzebowała 2,1 s aby osiągnąć 100 km/h, podobno niektóre wersje Dodge’a Challengera Demon robią to na dragstripie w 1,7 s – ale na sportowych oponach i specjalnym paliwie. Denza Z wchodzi więc do ligi hipersamochodów z gatunku Aspark Owl, Rimac Nevera czy McMurtry Speirling.
Co ciekawe, podobny do Denzy Z Yangwang U8, także z koncernu BYD, ma podobno moc 3018 KM, a do 100 km/h potrzebuje aż 2,36 sekundy. Nie mam pojęcia jak Chińczycy to liczą, obstawiam że nie liczą tego w ogóle – po prostu podają jakieś szokujące wartości z założeniem, że nikt tego nie sprawdzi.

Denza Z - tył. Trochę dziwny, ale to dobrze. (fot. Denza - materiały prasowe)
Minister Sikorski odkrył V2G. Jego wypowiedź pokazuje, jak mocni w marketingu są Chińczycy
Do wyboru będą 3 wersje: Coupé, Spider i Racing
Wszystkie oferują czteromiejscowe wnętrze i zasięg ok. 400 km. Nawet najtańsza odmiana Coupé przyspiesza do 100 km/h w 2,25 sekundy. Wspomniane wcześniej 1,96 s. osiąga wariant Racing na specjalnych, superprzyczepnych oponach. Pojazd ma dwa silniki elektryczne i waży znacznie ponad dwie tony. Wszystkie te dane techniczne nie są aż tak istotne jak ceny: Coupé – 705 tys. zł, Spider – 782 tys. zł i Racing – 855 tys. zł. Można więc śmiało powiedzieć, że Denza idzie na zderzenie z Ferrari. W tym czasie Ferrari jest zajęte produkcją SUV-a Purosangue i elektrycznego sedana Luce (żenujące 2,5 s do setki).
Denza Z naładuje się w 5 minut do 70 proc.
A w 9 minut do 97 proc. startując z poziomu 10 proc. naładowania. Uwierzyliście w to? Jeśli nie, to dobrze, znaczy że macie jeszcze jakiś zdrowy rozsądek. Gdyby komunikat prasowy, który otrzymałem, miał być zgodny z prawdą, powinien zawierać informację, że ładowanie o mocy 1,5 megawata nie jest dostępne w Europie, a jedynie na wybranych stacjach flash charging w Chinach. Jest to ogólnie stosowany zabieg marketingowy, gdzie producent podaje, że jego auto można naładować w X minut, ale absolutnie nie mówi, czy stacja ładowania o takiej mocy w ogóle istnieje.
W polskich warunkach Denzę Z najszybciej naładujesz na którymś z autostradowych MOP–ów, jak Stobiecko albo Gruczno na A1, gdzie działają stacje o mocy 400-600 kW. Równie dobrze możesz ładować ją w domu z gniazdka 230 V, co przy akumulatorze 76 kWh zajmie jakieś 30-35 godzin. A potem możesz rozpędzić ją do 350 km/h i rozładować akumulatory w kilka-kilkanaście minut.
Po co to jest?
Czy ktoś kupi Denzę Z? Po co jest cała gama dziwnych pojazdów tej marki w horrendalnych cenach? Przecież BYD dobrze się sprzedaje, widzę coraz więcej i elektrycznych Dolphinów Surf, i crossoverów Atto 2, a nawet ostatnio widuję sporo hybrydowych Sealów 6 kombi. BYD buduje markę premium, ale zaczął od pokazania paru dość standardowych pojazdów, za to niesamowicie wręcz drogich na tle konkurencji. Denza Z kosztuje tyle co Porsche 911 Carrera 4S, które wprawdzie do setki ślimaczy się w żenujące 3,5 sekundy, ale to nadal Porsche, którego nie trzeba przedstawiać. W supersamochodach te wszystkie kilowaty i sekundy mają znaczenie jedynie wtedy, gdy komuś o nich opowiadasz, bo przecież nie wierzę, że ktoś kupi Denzę Z Racing i ruszy nią na podbój polskich torów wyścigowych. Do tego celu znacznie lepiej nadają się inne auta.

Fizyczne przyciski w chińskim supersamochodzie? Ostro grają. (fot. Denza - materiały prasowe)
Oto pierwsze elektryczne Ferrari. Moja reakcja to młodzieżowe słowo roku 2017
Wiem, że chodzi tu o budowanie przeświadczenia: chińskie samochody też mogą być wspaniałe, szybkie, a co za tym idzie – drogie. Bez tego Chińczycy na lata utkną w segmentach tanich aut, gdzie marże są niskie, a klienci pyskaci. Nawet jeśli Denza nic nie sprzeda i nic nie zarobi, to przynajmniej wzbudzi niepokój u konkurencji, bo nie wierzę że Porsche czy Ferrari w ogóle nie czują się zagrożone chińską inwazją. Przypomnę, że Denzy w tym roku pokazywały się na festiwalu w Goodwood. Dziś się temu dziwimy, jutro może będziemy dziwić się jak bardzo tradycyjni producenci supersamochodów oberwali od Chińczyków.

