
Warszawska Stara Praga. Schodzi się ciemnymi schodami. Najpierw słychać skakanki, potem głuche uderzenia rękawic o worki i brzęk stali łańcuchów. Na sali bokserskiej nie ma znaczenia, skąd przyszedłeś, ile masz pieniędzy ani co zrobiłeś wczoraj. Liczy się to, czy wytrzymasz kolejną rundę. Trener Hubert Migaczew od lat przekonuje, że boks może być czymś więcej niż sportem. Dla jego zawodników bywa szkołą dyscypliny, pokory i drugiej szansy.
- Sala bokserska jest dla wielu młodych ludzi tarczą przed ulicą, używkami i przestępczością.
- Hubert Migaczew wychowuje zawodników poprzez dyscyplinę, ciężką pracę i „trudną miłość”.
- Co prawda na warszawskiej Starej Pradze trwa modernizacja, ale potrzeba wspólnoty i celu nie znika – dziś po pomoc coraz częściej zgłaszają się seniorzy.
Na warszawskiej Starej Pradze istnieje przestrzeń bez skondensowanych złośliwości i chamstwa. Miejsce, gdzie mężnieją wiotkie szkielety młodzieńców. To pokojowa arka przymierza, łącząca to, co dawne, z nowym; ateńska szkoła doskonalenia ciała i ducha zarazem.
Proponuję eksperyment poznawczy. Porównajcie sobie klimat i sposób prowadzenia spotkań we wspólnocie mieszkalnej z atmosferą sali bokserskiej. Może się okazać, że większą kulturę i szacunek zaobserwujecie wśród pięściarzy niż wśród sąsiadów lepiej „sytuowanych” i „wyedukowanych”…
Używa się tutaj słów w praktyce przestarzałych, jak honor, szacunek i dyscyplina. Bokserski gym to antidotum na patologie. Odgrywa rolę tarczy albo stanowi granicę oddzielającą od niebezpieczeństw ulicy: narkotyków, pokusy szybkich pieniędzy, problemów z policją. Nie widziałem w Warszawie miejsca bardziej pokojowego i harmonijnego. Nie liczy się tu społeczny status, historie indywidualne, zasługi. Szacunek wykuwa się tytaniczną pracą oraz – co istotne – wolą walki.

Na warszawskiej Starej Pradze istnieje przestrzeń bez skondensowanych złośliwości i chamstwa (fot. Daniel Krakowiak / Kanał Zero)
Jest to paradoksalny archipelag, z pozoru naładowany męskością, testosteronem i przemocą. A jednak jego stali bywalcy wychodzą zeń przeobrażeni w potulne i pełne spokoju istoty. Z rabusiów, nygusów, łobuzów czyni się tutaj porządnych chłopaków. Jego nazwa nie jest przypadkowa – Fenix Fight Club. Z prochów rzezimieszków wyrastają bowiem poukładani i potulni jak baranki zawodnicy jednej z najtrudniejszych dyscyplin, o ile nie najtrudniejszej ze wszystkich sztuk walki.
Tajemnice Muzeum Auschwitz i mieszkanie dla dyrektora Cywińskiego za 134,01 zł miesięcznie
„Sam byłem podwórkowym rozrabiaką”
Rozmawiam z panem i władcą Fenixa, trenerem Hubertem Migaczewem.
– Sam byłem takim podwórkowym rozrabiaką. Nie wiedziałem nic o życiu. Zamiast się pałętać po podwórkach, kraść samochody albo radia, trenowałem. W domu się nie przelewało. Rodzice zapisali mnie na darmowe zajęcia na Gwardii. Tam nauczyłem się mieć cel i plan. Sport oderwał mnie od głupot – podkreśla Migaczew.
Trener od lat zajmuje się trudną młodzieżą. Swoich podopiecznych, by tak rzec, „rekrutuje” w terenie, chodząc po ulicach Starej Pragi. Spotyka wówczas łobuzów, którym los nie dał drugiej szansy. Boks dla wielu okazuje się ratunkiem. Przebudzeniem kilkoma szturchnięciami, kroczeniem prostą autostradą życia.

Hubert Migaczew: Sam byłem takim podwórkowym rozrabiaką (fot. Daniel Krakowiak / Kanał Zero)
– Pierwszą salę założyłem na Grochowie, na Pradze Południe. Tam robiłem pracę u podstaw. Prowadziłem zajęcia dla dzieciaków za darmo, szkoliłem je, jeździliśmy na zawody. Z tej sali wyszło wielu zawodników, którzy później boksowali zawodowo albo olimpijsko i odnosili sukcesy – opowiada o sposobie pozyskiwania zawodników trener Migaczew.
Córka działaczki miała zaczynać lekcje zbyt wcześnie. Interweniowała posłanka KO
Mateusz Tryc i inni wychowankowie. „To jest moja półka rozrabiaków”
Chluba klubu, Mateusz Tryc, były mistrz Europy federacji WBO, miał kilka spraw o pobicia i bójki, w których pojawiały się również noże… Pod skrzydłami Migaczewa stał się nie tylko bardzo przyzwoitym zawodnikiem na europejskim poziomie, ale również unikającym kłopotów mężczyzną. Spokojnym, poukładanym i zdyscyplinowanym. Dziś sam jest głową rodziny, nie szuka już na mieście guza. Boks stał się dla niego swoistą „odtrutką” na pokusy ulicy.
Wychowawca „szlachetnej szermierki na pięści” wymienia kolejnych podopiecznych. – Damian Chmielewski „Łapa”, brązowy medalista mistrzostw Polski. Dzisiaj jest hip-hopowcem, ma rodzinę i chyba otworzył restaurację sushi. Dobrze wspominam również Wojtka Sobierewskiego, który bije różne rekordy i walczy w MMA. Mateusz Tryc... To jest wszystko moja półka, czyli półka rozrabiaków.

Boks uczy też dyscypliny i samodyscypliny (fot. Daniel Krakowiak / Kanał Zero)
Do gymu wchodzi się z ulicy ciemnymi schodami. Dalej jest sala, która przypomina luk starego żaglowca. Tyle że bez bulajów, tych małych, okrągłych okienek, przez które wpada choć trochę naturalnego światła. Zanim oczy się przyzwyczają do ciemności, można już odróżnić charakterystyczne dźwięki przestrzeni, do której się wkracza. Słychać je w każdym gymie, pod każdą szerokością geograficzną: rytmiczne uderzenie skakanki o wysłużoną podłogę, matowy odgłos spotkania skórzanej rękawicy z workiem, który chrzęści żelaznymi łańcuchami przytwierdzonymi do sufitu, stukot gruszki…
Pięściarze są małomównymi stworzeniami. Nie przychodzi się przecież tutaj na czcze pogawędki. Od czasu do czasu słychać charakterystyczny, nosowy świst – ciosy bowiem zadaje się na wydechu. Niektórzy warczą albo wydają zwierzęcy ryk.
Poza tym jednak panuje tu ład i cisza, widzę porozrzucane gdzieniegdzie bandaże, a na ścianach zdjęcia mistrzów dyscypliny – Mike’a Tysona i Evandera Holyfielda, na plafonach zaś flagi z całego świata.
Fenix to miejskie sanktuarium, które oferuje przestrzeń zamkniętą i chronioną, gdzie można pozbyć się strachu przed praską nędzą. Tutaj wyświechtany slogan „druga szansa” nabiera konkretnego znaczenia. Gym jest kuźnią dyscypliny, grupowych więzi, gdzie wymaga się szacunku dla innych w takim samym zakresie jak dla siebie. To pieczara z niepisanymi zasadami, w której każdy znajduje ucieczkę od świata zewnętrznego. Na jednej ze ścian przylepiono swoisty dekalog motywacyjny: „mam najsilniejsze pięści”, „jestem mądrzejszy od swojego przeciwnika”, „ring jest moim królestwem”.
– Boks uczy też dyscypliny i samodyscypliny – uzupełnia Migaczew. – To jest szczególnie ważne dzisiaj. Widzę to po własnych dzieciach: mamy łatwy dostęp do wszystkiego. Wszystko, czego chcemy, możemy dostać niemal od razu. Samodyscyplina schodzi przez to na drugi plan.

Do gymu wchodzi się z ulicy ciemnymi schodami. Dalej jest sala, która przypomina luk starego żaglowca (fot. Daniel Krakowiak / Kanał Zero)
„Trudna miłość”. Dlaczego trening musi boleć
To nie jest dyscyplina, która daje wynik od razu. To specyficzne uniwersum, w którym każdy płaci za siebie i akceptuje zasadę, że nie można chodzić na skróty, nie da się oszukiwać własnego ciała. To wiara w moralność indywidualnej pracy, we wzajemny szacunek, fizyczną odwagę i pokorę wyrastającą z przekonania, że istnieją reguły starsze od nas samych – święte prawa ustanowione u początku świata.
To właśnie nauka skromności. Najbardziej potrzebna nowicjuszom, którzy z brawury, z chęci zaimponowania kolegom, próbują przeskoczyć kolejne etapy szkolenia. Tymczasem w tej sztuce niczego nie da się przyspieszyć. Każdy stopień trzeba przejść, każdą lekcję odrobić, a własną pychę – prędzej czy później – zostawić za drzwiami sali.
– Książki mówią, że aby zostać mistrzem Polski, potrzeba średnio około czterech lat treningu. To kawał ciężkiej pracy. Ale ta praca później procentuje już poza sportem. Kiedy kończysz karierę, chodzisz do pracy, masz obowiązki i nie obijasz się. Sumiennie podchodzisz do tego, co robisz – potwierdza trener Migaczew.
Jedynym szefem tej przestrzeni jest trener. A instrumentem nadającym rytm pracy gymu jest stoper. Migaczew jest poniekąd Chronosem, panem i zarządcą czasu tutejszej przestrzeni. Co trzy minuty – odcinek odpowiadający jednej rundzie – krzyczy: „czaaas!”. Ta dawka czasu wyznacza głęboką treść i sens ćwiczeń. 180 sekund ma się wryć w umysł i skórę wszystkich zawodników. Zaczynamy od dwóch rund na skakankach – „czas!”. Walka z cieniem z ciężarkami – „czas!”. Później technika w parach oraz kilka rund ćwiczeń na workach – „czas!”. Mamy prawo do minuty odpoczynku jak między rundami podczas prawdziwej walki.

Jedynym szefem tej przestrzeni jest trener. A instrumentem nadającym rytm pracy gymu jest stoper (fot. Daniel Krakowiak / Kanał Zero)
Błędem byłoby widzieć trenera pięściarstwa li tylko jako instruktora sportu. Odgrywa niebywałą wprost liczbę ról. Jest „matką”, która troszczy się i kocha swoich podopiecznych. Jest hiperbolą „bliskości”. Myśli nieustannie o swoich zawodnikach, oddaje im wszystko: czas, wiedzę, nieustanną uwagę. Z jednej strony podtrzymuje u swojego zawodnika wysoki stopień waleczności, a z drugiej musi umiejętnie studzić zapędy. Siedząc często przy narożniku, słyszę: „nie podpalaj się, spokojnie”. Emocje, co ciekawe, są w boksie najgorszym doradcą.
– Będąc sekundantem w narożniku, muszę dbać o zdrowie i życie zawodnika. Cały czas go obserwuję. Mam ręcznik w ręku i jeśli coś się dzieje, muszę go rzucić – tłumaczy Hubert Migaczew.
Wraz z żoną Małgosią tworzą pięściarską rodzinę. Wspólnie przygotowują wnioski o dofinansowanie szkółki dla młodzików, rozmawiają z władzami dzielnicy o korzystnym rozliczeniu czynszu za najem przestrzeni przy ul. Jagiellońskiej, negocjują ceny sprzętu. W kantorku Małgosia chętnie z każdym rozmawia, nie tylko o tematach sportowych, ale również tych dotyczących życia codziennego.
Dobrze rokującą pięściarką jest ich córka – Ola. Będąc jeszcze w brzuchu mamy, pojechała na swój pierwszy obóz kadry narodowej. Właściwie urodziła się na sali bokserskiej. Siłą rzeczy nie ma się co dziwić, że to lubi i chce to robić. Pytam Huberta, jak łączy te dwie role – ojca i trenera:
– Muszę wysłać córkę, którą kocham, małą dziewczynkę, do ringu, żeby biła się z inną dziewczyną. Wtedy odzywa się we mnie ojciec i mówi: „Nie chcę tego”. I gdzieś przez to psuję swoją pracę, bo wewnętrznie wcale nie chcę, żeby córka boksowała. Ale to jest jej decyzja – z wyraźnym wzruszeniem odpowiada Migaczew.
Swoją drogą Hubert często zastępuje zawodnikom rodzicieli, nauczycieli czy opiekę społeczną.
– Miałem chłopaka, którego odwiedzałem w ośrodku szkolno-wychowawczym, bo kogoś pobił. Starałem się, żeby pozwolono mu przychodzić na zajęcia bokserskie. Po jakimś czasie się udało – opowiada Migaczew.

Hubert Migaczew często zastępuje zawodnikom rodzicieli, nauczycieli czy opiekę społeczną (fot. Daniel Krakowiak / Kanał Zero)
Trener ze swoim zawodnikiem tworzą jedno. Trener jest jednocześnie oprawcą i opiekunem. Na sali każe przekraczać granice, wystawia na ból, zmusza do samotnego zmagania się ze słabością. A jednak, kiedy przychodzi kryzys, potrafi podejść, poklepać po ramieniu i powiedzieć kilka prostych słów, które przywracają równowagę. Jego surowość nie jest więc przeciwieństwem troski. Jest jej szczególną formą.
Przez większą część treningu trener przywdziewa maskę bezwzględnie wymagającego. Nie rozpieszcza, nie wyręcza, nie pozwala uciec od bólu. Chce, żeby zawodnik nauczył się radzić sobie sam. Wie bowiem, że na ringu nie będzie nikogo, kto zdejmie z niego ciężar kolejnej rundy.
Dlatego trening musi być trudniejszy niż walka. To, co na sali wydaje się niemal okrutne, ma sprawić, że w chwili próby pięściarz poczuje ulgę. Ból zadany wcześniej ma zaprocentować spokojem później.
Ten wychowawczy paradoks nowojorska antropolożka Lucia Trimbur określiła mianem „trudnej miłości” – tough love. Miłości, która nie głaszcze po głowie, lecz przygotowuje człowieka na moment, w którym będzie musiał stanąć sam w ringu, który francuski pisarz Jean Cocteau nazywał „łożem sprawiedliwości”.

Trener ze swoim zawodnikiem tworzą jedno (fot. Daniel Krakowiak / Kanał Zero)
Stara Praga się zmienia. Coraz mniej dzieci, coraz więcej seniorów
Dziś coraz mniej dzieci potrzebuje „trudnej miłości” trenera Migaczewa. Krajobraz Starej Pragi zmienia się na naszych oczach. Ulica Brzeska już nie straszy jak kiedyś. Sprawa łatwo się tłumaczy. Remonty, rewitalizacje, nowe, szklane budynki przyczyniają się do zmiany dzielnicy i przyciągają nowych mieszkańców. Bardziej zamożnych, często bez gromady dzieci. A te z lepszych rodzin rzadko wystawiają nosy poza dom.
Żyjemy coraz szczelniej zamknięci w kokonie technologii, wysokich płotów i w „rodzicielstwie bliskości”. Znakiem zmieniającej się epoki jest fakt, że trener Migaczew otwiera programy pięściarskie dla seniorów.
– Kiedyś pozostawione sobie były dzieciaki. Dziś to seniorzy coraz częściej potrzebują opieki – wzdycha pan i władca Fenixa ze Starej Pragi…
Może zainteresuje Cię także:

