Nie ma w Polsce innej tak nielicznej, a jednocześnie uzbrojonej formacji, która ma ścigać kłusowników i łamiących prawo myśliwych. Jej funkcjonariusze robią to za pensję bliską minimalnej, pracując na posterunkach liczących po kilka osób. I to nie wszędzie, bo w niektórych województwach Państwowej Straży Łowieckiej w ogóle nie powołano.

- Niedofinansowanie, braki kadrowe, niejasne przepisy, brak dostępu do kluczowych baz danych. Strażnicy łowieccy skarżą się, że ich działania paraliżuje szereg problemów, a prawo oczekuje od nich walki z kłusownictwem za pensje niewiele wyższe od minimalnej.
- Teoretycznie strażnicy dysponują uprawnieniami zbliżonymi do policyjnych, ale w praktyce często toną w biurokracji i pracują w kilkuosobowych zespołach na gigantycznych obszarach. To sprawia, że w części województw przez rok nie wystawili ani jednego mandatu, nikogo nie zatrzymali, większość postępowań kończyli umorzeniem.
- Strażnicy mówią nam, że ich zdaniem prawo jest zbyt łagodne w stosunku do myśliwych, a policyjne statystyki nie pokazują realnej skali kłusownictwa.
- Ministerstwo Klimatu i Środowiska niemal dwa lata temu zapowiadało „nowe otwarcie” i zmiany, które miały poszerzyć możliwości Państwowej Straży Łowieckiej. Komendanci zgłosili wtedy szereg postulatów. W resorcie słyszymy jednak, że prace nad projektem zostały zawieszone.
– Nawet niektórzy policjanci i leśnicy nie wiedzą, że istniejemy – słyszymy w szeregach Państwowej Straży Łowieckiej.
W teorii strażnicy łowieccy mogą legitymować, nakładać mandaty, zatrzymywać i kontrolować pojazdy, przeszukiwać osoby oraz pomieszczenia, ujmować sprawców na gorącym uczynku, prowadzić pościgi, dochodzenia i wnosić akty oskarżenia. Są umundurowani, poruszają się oznakowanymi środkami transportu. Mogą posiadać przy sobie służbową broń palną, pałki, kajdanki, paralizatory i gaz łzawiący. Mają prawo użycia ich na terenie obwodów łowieckich, gdzie ścigają kłusowników i łamiących prawo myśliwych, zajmują się również ochroną zwierzyny, kontrolują legalność skupu i obrotu dziczyzną.
Tyle w teorii.
– Zdarza się, że mam pół godziny na pracę w terenie, żeby zdążyć wrócić na posterunek – mówi jeden ze strażników. – Jak w takich okolicznościach prowadzić czynności pod nadzorem prokuratury? – zastanawia się.
Cała Polska dla myśliwych
Państwowa Straż Łowiecka działa od ponad 30 lat. Powołano ją w 1995 r. w uchwalonym wtedy Prawie łowieckim. W ustawie opisana jest jako „umundurowana, uzbrojona i wyposażona w terenowe, oznakowane środki transportu formacja podległa wojewodzie”, której działania koordynuje powoływany przez wojewodę komendant. I tu pojawia się pierwszy problem, bo od ponad 30 lat PSŁ nie funkcjonuje jako całość, ale jako kilkanaście oddzielnych formacji.
W niektórych województwach straż jest jednostką organizacyjną urzędu, w innych – tylko oddziałem podporządkowanym jednemu z wydziałów. To zaś sprawia, że choć ustawa jasno precyzuje zadania strażników, to w praktyce nierzadko pochłania ich urzędnicza biurokracja. Słyszymy nawet o przypadkach, gdy strażnicy byli wykorzystywani jako urzędowi kierowcy.
Nie w każdym województwie PSŁ powołano. Ani jednego funkcjonariusza od lat nie ma na Warmii i Mazurach oraz w Małopolsce. Oba województwa tłumaczą, że stoją za tym przede wszystkim względy finansowe, a zadania PSŁ wykonują inne jednostki. Straży nie powołano też w województwie lubuskim. W pozostałych zwykle jest kilku strażników, z komendantami włącznie. I tak na Pomorzu w PSŁ pracuje pięć osób, tyle samo na Dolnym Śląsku oraz w województwach świętokrzyskim i łódzkim.
Po czterech funkcjonariuszy służy na Podlasiu, Mazowszu, Śląsku, Lubelszczyźnie i w województwie kujawsko-pomorskim, a trzech – na Podkarpaciu. Najliczniejsze szeregi Państwowej Straży Łowieckiej są w zachodniej części kraju, gdzie polowań odbywa się najwięcej. Zachodniopomorski Urząd Wojewódzki zatrudnia ośmiu strażników na trzech posterunkach, w Wielkopolsce służbę pełni 11 funkcjonariuszy.
– Jesteśmy bardziej konduktorami niż funkcjonariuszami. Taka obsada nie zapewnia zastępowalności i ciągłości pracy – mówi jeden ze strażników.

Liczba funkcjonariuszy PSŁ w poszczególnych województwach. (fot. materiały własne)
Szczególnie że liczba myśliwych wzrosła przez ostatnią dekadę od 118 do ponad 131 tys. Najwięcej jest ich na Mazowszu, gdzie do 2017 r. PSŁ nie było, w Wielkopolsce i na Dolnym Śląsku. Łącznie kilkudziesięciu strażników ma działać na powierzchni przeszło 25 mln hektarów, bo tyle liczą w Polsce obwody łowieckie. To niemal cały kraj. W obwodach odbywa się rocznie ponad 4,5 mln polowań, na których w zeszłym roku myśliwi zabili ponad 800 tys. zwierząt.
Czytaj również: Festiwal muzyczny na torze wyścigów konnych. Konie drżą od basu ze sceny
Zero mandatów, zero zatrzymań, zero postępowań
O statystyki działań PSŁ zapytaliśmy we wszystkich urzędach wojewódzkich.
Przez cały 2025 r. PSŁ na Podkarpaciu nie nałożyła ani jednego mandatu i nikogo nie zatrzymała. Zero mandatów i zero zatrzymań mają też na koncie strażnicy z województwa świętokrzyskiego. Na Lubelszczyźnie funkcjonariusze wystawili cztery mandaty i ujęli jedną osobę na gorącym uczynku. W Łódzkiem PSŁ wylegitymowała 71 osób, wystawiła siedem mandatów karnych, ale nie zatrzymała nikogo. Strażnicy z Bydgoszczy ujawnili 36 wykroczeń, ale wszystkim sprawcom dali pouczenia.
Liczba mandatów? Zero. Liczba zatrzymanych? Zero. Ujętych na gorącym uczynku? Zero. Podobnie statystyka wygląda na Mazowszu. Zachodniopomorski urząd informuje, że nie wie, ile osób wylegitymowała PSŁ, bo takiej statystyki nie prowadzi. Wie za to, że strażnicy nikogo nie zatrzymali i nie ujęli na gorącym uczynku. Rekordowo aktywni – według danych urzędów – są strażnicy z Kielc i Bydgoszczy, którzy wylegitymowali odpowiednio aż 806 i 515 osób.
Postępowania, które kończyły się aktami oskarżenia, można liczyć na palcach jednej ręki. Większość jest umarzana, a interwencje kończą się pouczeniami.
Zachodniopomorska PSŁ prowadziła 21 dochodzeń, ale tylko w dwóch przypadkach do sądu trafił akt oskarżenia. Na Lubelszczyźnie strażnicy przeprowadzili 35 dochodzeń, z których sześć zakończyło się aktem oskarżenia. Łódzka PSŁ prowadziła osiem postępowań i 19 dochodzeń, z których umorzyła 14. Skierowała do sądu jeden akt oskarżenia, trzy razy odmówiła wszczęcia dochodzenia, jedno przekazała policji.
Mazowieccy strażnicy nie prowadzili w 2025 r. żadnego dochodzenia, a świętokrzyscy prowadzili dwa i oba umorzyli. Na Podkarpaciu postępowań było sześć, umorzono pięć. Bydgoska PSŁ prowadziła 19 postępowań przygotowawczych, ujawniając 11 podejrzanych o nielegalne pozyskanie zwierzyny łownej. „Akty oskarżenia przesłano do Prokuratur i Sądów Rejonowych” – informuje rzeczniczka urzędu wojewódzkiego, ale ich liczby nie podaje.
Strażnik od papierologii
– To straszne, ale nie dziwię się, że ktoś nie chce ryzykować zdrowia i życia, żeby zwalczać kłusownictwo, gdy zarabia 5 tys. zł. Nie starcza nam do pierwszego, tak się dłużej nie da – denerwuje się jeden ze strażników. – Akcji patrolowych może być w miesiącu kilkadziesiąt, ale to mało istotne. Świadczy to tylko o tym, ile państwowego paliwa wypalono. Nic z tego nie wynika – stwierdza.
Polecamy: Lobbing biznesu, podróżujące śmieci i palenie butelek. Ujawniamy, jak działa system kaucyjny
Uprawnienia Państwowej Straży Łowieckiej przenikają się z tymi, które posiada policja i Straż Leśna. Strażnicy leśni mogą jednak działać tylko w obwodach leśnych, a to ok. 30 proc. powierzchni obwodów łowieckich. Cała reszta to pole działania PSŁ i policji. Jak jednak słyszymy od strażników, policjanci często traktują sprawy łowieckie po macoszemu. A z drugiej strony, działania PSŁ paraliżują przepisy, bo szerokie ustawowe uprawnienia to nie wszystko.
Strażnicy nie mają dostępu do elektronicznej książki pobytu myśliwych na polowaniu indywidualnym, którą prowadzą dzierżawcy i zarządcy obwodów. Nie mają również dostępu do bazy PESEL, więc nie mogą potwierdzić danych osoby, którą chcą wylegitymować lub ukarać mandatem. Dlatego często swoje czynności wykonują z policją lub Strażą Leśną.
Do tego dochodzą problemy z bronią palną – w niektórych województwach strażnicy muszą ją deponować na komisariatach policji. Wszystko przez to, że przestało obowiązywać rozporządzenie, które reguluje kwestię posiadania broni przez PSŁ. Straże, które magazyny broni otworzyły wcześniej, funkcjonują według starych przepisów. Dalej w ustawie mowa jest o oznakowanych środkach transportu i pościgach, tyle że pojazdy PSŁ nie są uprzywilejowane, nie ma też wytycznych, jak mają wyglądać.
– Co z tego, że ktoś podejdzie do myśliwego w mundurze z naszywką? W pościg czym mam jechać? Nieuprzywilejowanym quadem? – kpi jeden ze strażników. – Legitymujemy, ale tylko na podstawie dokumentu. Możemy sprawdzić jego ważność, ale nie możemy sprawdzić, czy ktoś jest poszukiwany – tłumaczy kolejny. – Najgorsze są jednak niuanse, gdy działamy na granicy przepisów, nie do końca wiemy, co robić, bo nie ma żadnego głównego zwierzchnika, koordynatora przy ministerstwie, struktur centralnych. U nas każde województwo funkcjonuje inaczej, bo interpretuje przepisy pod siebie – dodaje.
Zdarza się również, że strażnicy zajmują się urzędową papierologią. Tak jest na przykład na Mazowszu, czego nie ukrywa rzeczniczka wojewody.
W odpowiedzi na nasze pytania wylicza, że na jednego mazowieckiego strażnika przypada kilka tysięcy myśliwych i ponad milion hektarów obwodów łowieckich. I tłumaczy, że choć w ubiegłym roku mazowiecka PSŁ nikogo nie zatrzymała, nie ukarała mandatem i nie prowadziła żadnych postępowań, to jednak nie próżnowała, bo zajmowała się szeregiem spraw urzędowych.
Przede wszystkim protokołami szkód wyrządzanych przez zwierzęta łowne. „Straż opiniuje także wnioski, wystąpienia i petycje kierowane do wojewody w sprawach z zakresu łowiectwa. Ponadto uzgadnia projekty uchwał marszałka województwa mazowieckiego dotyczące podziału województwa na obwody łowieckie” – wyjaśnia rzeczniczka.
Ścigać kłusowników za pensję minimalną
Aby wstąpić w szeregi Państwowej Straży Łowieckiej, należy posiadać polskie obywatelstwo, ukończyć 21 lat, korzystać z pełni praw publicznych, być niekaranym, cieszyć się dobrym stanem zdrowia i posiadać odpowiednie kwalifikacje zawodowe. Kandydat musi również ukończyć szkolenie „według programu opracowanego przez ministra właściwego do spraw środowiska w porozumieniu z ministrem właściwym do spraw wewnętrznych”.
W praktyce urzędy szukają osób, które pracowały co najmniej dwa lata w leśnictwie, rolnictwie, ochronie środowiska, parkach narodowych lub krajobrazowych, mają wyższe wykształcenie prawnicze, pracowały wcześniej w policji lub posiadają trzy lata stażu w Polskim Związku Łowieckim.
Wynagrodzenie? Kilka miesięcy temu poznańska PSŁ szukała strażnika za 5 440 zł brutto. Dwa lata wcześniej Podkarpacki Urząd Wojewódzki chciał zatrudnić strażnika za 3 600 zł, co w 2023 r. było równowartością pensji minimalnej.
– Po ostatnich podwyżkach i tak jest dużo lepiej. Ludzie zaczynają dzwonić i pytać o pracę, wcześniej tego nie było – słyszymy w jednym z oddziałów PSŁ. – Tylko co z tego, skoro nie ma środków na nowe etaty – mówi funkcjonariusz. A tych, jak przyznaje, przydałoby się kilkukrotnie więcej w posterunkach, które rozsiane byłyby w różnych częściach województwa.
Strażnicy opowiadają nam, że do służby często zgłaszają się myśliwi lub emerytowani policjanci. Niektórzy nazywają tę formację pogardliwie „strażą emerycką”. I choć poza PSŁ działają też obywatelskie straże, które powoływane są przez zarządy okręgowe Polskiego Związku Łowieckiego, to w samej PSŁ również pracują myśliwi pełniący w związku konkretne funkcje. Na przykład na Dolnym Śląsku w szeregach tej formacji jest Okręgowy Rzecznik Dyscyplinarny PZŁ i jego zastępca. – To się całkowicie gryzie – ucina jeden z funkcjonariuszy.
Nikt nie wie, ilu jest kłusowników?
Komendanci i strażnicy o sytuacji w swojej formacji rozmawiają niechętnie. Część tłumaczy, że zgodę na rozmowę musi uzyskać od rzecznika urzędu wojewódzkiego, potem kontakt się urywa. Komendant z Lublina wysyła w odpowiedzi lakoniczne pismo, w którym opisuje, że jego posterunek dzieli od skrajnych obwodów około 150 km. To sprawia, że szanse na sprawną interwencję jego samego lub jednego z trzech strażników PSŁ są nikłe.
Komendant wskazuje też, że straż nie posiada dostępu do niezbędnych baz danych, a mandaty wciąż może nakładać jedynie na podstawie prawa łowieckiego i jednego artykułu kodeksu wykroczeń. „Prawo łowieckie jest w naszym odczuciu zbyt łagodne w stosunku do myśliwych, którzy nie wykonują polowania zgodnie z prawem i regulaminem polowań” – podsumowuje komendant.
Taką opinię podzielają też inni funkcjonariusze.
– Prawo łowieckie było pisane przez myśliwych i pod myśliwych. Nie jest restrykcyjne – przyznaje jeden z nich.
To właśnie w Prawie łowieckim opisane są wykroczenia i przestępstwa o charakterze kłusowniczym. Zapytaliśmy Komendę Główną Policji, ile takich przestępstw stwierdzono w ostatnich dziesięciu latach. Statystyka dotyczy artykułów 52 i 53, czyli najpoważniejszych czynów, za które grozić może więzienie.
Jak się okazuje, łączna ich liczba spadała z ponad 500 rocznie między 2015 a 2017 do poniżej 400 w 2018. Następnie jednak wzrosła i w 2021 r. znów przekroczyła 500, wyniosła dokładnie 555. Potem spadła do niecałych 300, ale w 2024 r. ponownie wzrosła – do 406. Rok później stwierdzonych przestępstw znów było mniej, bo 254.
Między rokiem 2015 a 2025 najczęściej – 1174 razy – łamano przepis mówiący o zabijaniu zwierząt za pomocą broni innej niż myśliwska: trucizn, wnyków czy innych niedozwolonych środków. Kolejne 743 razy karano osoby, które polowały bez odpowiednich uprawnień. Za każde z tych przestępstw grozi nawet pięć lat więzienia. Trzecie w kolejności było gromadzenie, posiadanie lub wytwarzanie narzędzi przeznaczonych do kłusownictwa.
Za to przestępstwo, popełnione w ostatniej dekadzie 631 razy, grozi grzywna, kara ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku. Tymczasem w Roczniku Statystycznym Leśnictwa czytamy, że tylko w 2025 r. odnotowano aż 1503 zdarzenia „związane z kłusownictwem z bronią”, zebrano również ponad 17,4 tys. wnyków, ale sprawców ujęto zaledwie 25.
Jak mówią strażnicy łowieccy, statystyki policji i leśników niewiele mają wspólnego z rzeczywistością.
– Nikt nie ma pełnego obrazu kłusownictwa w Polsce. Policja zajmuje się tymi sprawami szczątkowo, traktuje je po macoszemu. To specyficzne przestępstwa, dlatego musi się nimi zajmować dedykowany organ – podkreśla jeden ze strażników. – Kłusownictwo formalnie dotyczy tylko zwierząt łownych. Mocno uogólniając, można przy nas zabić wilka, żubra, bobra albo rysia, bo to nie jest zwierzyna łowna. To nie jest kłusownictwo, tylko uśmiercenie gatunku chronionego. Tym musi zająć się policja, która w tym zakresie nie ma wiedzy.
Kłusownictwo nie odbywa się tylko na terenie obwodów łowieckich, ale w otulinach parków narodowych, w okolicach miast. My tam reagować już nie możemy. Dostajemy od policji sygnały o oznakach kłusownictwa w okolicy miasta, ale nie możemy z tym nic zrobić, bo nie jest to obwód łowiecki. To głupota. Poza tym wnyki to relikt przeszłości. Prawdziwe kłusownictwo to dzisiaj lewy obrót tuszami, niekontrolowane przez nikogo nielegalne polowania, kłusownictwo z bronią sportową lub kolekcjonerską.
– Sprawy przesyła nam policja, Straż Leśna, obywatele, sami myśliwi, którzy chcą działać etycznie i zgodnie z przepisami – przyznaje kolejny ze strażników. – Ale nie da się do końca powiedzieć, jaka jest skala tych przestępstw. Myśliwi też nie wszystko zgłaszają. Miałem kilka takich spraw, gdy dowiedziałem się nieoficjalnie, musiałem drążyć temat, szukać swoimi kanałami i rozpytywać.
W Polskim Związku Łowieckim słyszymy, że myśliwi ze strażnikami współpracują na „poziomie lokalnym”. – Koła łowieckie zgłaszają przypadki kłusownictwa, wandalizmu urządzeń łowieckich oraz innych zdarzeń związanych z naruszeniem przepisów prawa łowieckiego i ochroną zwierzyny – zapewnia Wacław Matysek z biura prasowego związku. I przyznaje, że zdaniem myśliwych „zasadne” byłoby zwiększenie liczby strażników, ale związek „nie jest organem właściwym do bezpośredniej oceny organizacji ani wydajności PSŁ”. – Państwowa Straż Łowiecka jest odrębną formacją podległą wojewodom – podkreśla Matysek.
Nici z „nowego otwarcia”
Polską przyrodę chroni dzisiaj szereg formacji. Policjanci, strażnicy leśni, gminni, miejscy, łowieccy, rybaccy, straże parków narodowych i krajobrazowych, inspektorzy ochrony środowiska. Na przestrzeni lat pojawiały się postulaty, aby stworzyć jedną formację, wyspecjalizowaną policję przyrodniczą na wzór hiszpańskiej SEPRON-y, portugalskiej SEPN-y czy francuskiej OFB.
O takim pomyśle słyszymy również w szeregach Państwowej Straży Łowieckiej. Niektórzy sugerują, aby straż łowiecką połączyć z rybacką, a funkcjonariuszom nadać jeszcze część uprawnień inspektorów ochrony środowiska. – Teraz mamy formację o tylko teoretycznie dużych uprawnieniach. Ministerstwo deklaruje, że chce nam pomóc, ale żadnych zmian nie widać – oburza się jeden z funkcjonariuszy.
Komendanci wojewódzcy po raz pierwszy spotkali się z kierownictwem Ministerstwa Klimatu i Środowiska w lipcu 2024 r. Resort ogłosił wtedy, że to „nowe otwarcie” z Państwową Strażą Łowiecką. W oficjalnym komunikacie przekazano, że komendanci przedstawili wiceministrowi Mikołajowi Dorożale propozycje zmian w przepisach. Domagali się między innymi dostępu do ewidencji polowań indywidualnych czy rozszerzenia uprawnień w kwestii kontroli osób i pojazdów.
„Ministerstwo od razu przystąpiło do realizacji zadań, których celem jest poprawa warunków funkcjonowania i skuteczności PSŁ” – czytamy w komunikacie.
Udało nam się dotrzeć do pisma, które miesiąc przed spotkaniem do wiceministra Dorożały skierowali komendanci. Oprócz dostępu do elektronicznej książki pobytu myśliwych na polowaniu indywidualnym, baz CEPIK i PESEL, domagali się również rozbudowy PSŁ o nowe posterunki, przepisu dającego strażnikom prawo do kontroli legalności polowania, aktualizacji rozporządzeń w sprawie broni palnej, kwalifikacji zawodowych, wzorów legitymacji, umundurowania, oznak i odznak służbowych strażników, uznania pojazdów PSŁ za pojazdy uprzywilejowane. Łącznie dziesięć punktów.
Czytaj również: Metoda na „polskie dziecko”. Tak Ukraińcy unikali wojska
Pytamy więc w resorcie, co udało się zrobić po blisko dwóch latach.
Dowiadujemy się, że rozpoczęto prace nad nowelizacją rozporządzenia, która dawałaby strażnikom możliwość karania mandatami za nieuprawniony wjazd do lasu pojazdem mechanicznym czy zanieczyszczanie lasu i niszczenie ściółki. Projekt został wpisany do wykazu prac legislacyjnych ministerstwa, przekazano go do konsultacji i uzgodnień międzyresortowych. I na tym się skończyło.
Resort informuje, że prace wstrzymano, bo we współpracy z Ministerstwem Sprawiedliwości procedowany jest projekt nowelizacji kodeksu wykroczeń, który „może wpłynąć” na te rozwiązania. Dalsze prace mają jednak być kontynuowane „na podstawie rekomendacji”, które wypracować ma powołany w MKiŚ zespół do spraw zmian systemowych w łowiectwie. Rekomendacje mają powstać do końca czerwca. Problem w tym, że zespół ten powołano w grudniu 2025 r. w miejsce dawnego Zespołu do spraw łowiectwa, którego prace zakończyły się fiaskiem.
MKiŚ przyznaje, że „uważa za celowe” zwiększenie liczebności funkcjonariuszy PSŁ, jednak zauważa, że to formacja powoływana przez wojewodów, więc ministerstwo – choć odpowiedzialne na szczeblu rządowym za łowiectwo – w tym zakresie „nie ma kompetencji”, bo strażnicy są pracownikami urzędów wojewódzkich.
Kwestię PSŁ w skromnym zakresie porusza też obywatelski projekt nowelizacji Prawa łowieckiego, pod którym podpisy zbierają organizacje pozarządowe. Znalazł się tam zapis zabraniający strażnikom łowieckim przynależności do Polskiego Związku Łowieckiego. Autorzy projektu chcą również, aby strażnicy mogli badać trzeźwość myśliwych na polowaniach. Na tym pomysły dotyczące strażników się kończą.
