Reklama
Reklama
Reklama

„Ten kraj nie ma mózgu”. Jak Polska marnuje KPO

TYLKO NA

Kiedy pracowałem w ministerstwie usłyszałem anegdotę o tym, jak u premiera Tuska wygląda praca z ministrami. Ma zeszyt, w tym zeszycie zapisuje, co mu jakiś minister obiecał, spotykają się raz na jakiś czas, on wyciąga zeszyt: „Miałeś to i to dowieźć, czy dowiozłeś”. To pokazuje słabość strategiczną i analityczną, nie powinno to tak wyglądać. W kraju zarządzanym w ten sposób premier nie wie, w jakiej sytuacji się znajduje - z ekonomistą Karolem Wałachowskim rozmawia Grzegorz Sroczyński

sroczynski-listing
– Naszą logikę inwestycyjną i rozwojową narzuca zewnętrzny podmiot – mówi ekonomista Karol Wałachowski. (fot. Newspix)

Grzegorz Sroczyński: 31 sierpnia kończy się KPO. Co to właściwie oznacza?

Karol Wałachowski: Że do końca sierpnia trzeba zakończyć wszystkie projekty. Prace budowlane, zakup sprzętu, montaż tego sprzętu, szkolenia, wdrażanie systemów informatycznych.

A kasa?

Będzie płynąć. Na rozliczanie faktur mamy czas do końca roku, a część przejdzie na rok 2027.

Reklama
Reklama

I wydamy całe 230 mld zł?

Nie sądzę. Wiceminister Karnowski twierdzi, że 90 proc. Byłby to wielki sukces.

Na co właściwie poszły pieniądze z KPO?

Na mnóstwo drobnych projektów. Paręset tysięcy grantów to rzeczy typu termomodernizacja. Zakup siedmiuset tysięcy laptopów do szkół. Program „Czyste powietrze”, czyli pompy ciepła. Transformacja zielona miast, czyli głównie remonty parków. Program „Aktywny maluch”, czyli żłobki. Budowa sieci internetowej, czyli wkopanie kabla światłowodowego.

Reklama
Reklama

KPO miał nam umożliwić skok technologiczny. Pamiętam hasło: „Polska stanie się krainą innowacyjności”. To się wydarzyło?

No, jeśli w ten sposób pytasz, to raczej obłożyliśmy styropianem trochę domów, niż zwiększyliśmy innowacyjność. Pieniądze poszły głównie na projekty bezpieczne.

Bezpieczne?

Reklama
Reklama

Takie, które są proste i zrozumiałe. W Polsce nie dajemy administracji publicznej przestrzeni na błędy, co powoduje awersję do ryzyka. Na poziomie urzędnika, który przygotowuje regulamin wydawania unijnych środków albo decyduje, który projekt ma być dofinansowany, najważniejsze, żeby potem nie przyszedł do niego prokurator.

I kiedy prokurator nie przyjdzie?

Jeśli finansujesz rzeczy, które widać: park, pompę ciepła, styropian, kabel światłowodowy. Tymczasem innowacje nigdy nie są proste. Dostajesz na biurko wniosek o sfinansowanie szczepionki na raka, państwo ma zainwestować 50 mln zł, ale szanse powodzenia wynoszą 5 proc. Opinia publiczna takiego urzędnika by zjadła. W Stanach jak urzędnik daje środki na innowacje, to potem solidnie sprawdzają, czy badania faktycznie zostały przeprowadzone, czy wyniki są prawdziwe, a nie wzięte z czapki, ale nikt się nie czepia, jeśli projekt nie wyjdzie. Bo rozumieją, że innowacje to ryzyko. 

Czyli co właściwie mamy z KPO?

Reklama
Reklama

Dosypaliśmy pieniądze tu i tam. Rozsmarowaliśmy jak masło po chlebie.

Flis: Kto pieści ultrasów, ten traci władzę. Rząd słono zapłaci za podgrzewanie emocji

Ale to dobrze czy źle?

Zacznijmy od punktu wyjścia: mamy 2020 r., szaleje covid, Bruksela namawia kraje Unii na zaciągnięcie wspólnego długu. 800 mld euro ma iść na ożywienie unijnych gospodarek. Morawiecki tam kilka razy jeździ, mówi o wielkim sukcesie, wiesza bilbordy: 150 mld dla Polski! Bruksela ogłasza sześć priorytetów w ramach KPO i wtedy w Polsce rusza pierwsza systemowa łapanka, czyli pospolite ruszenie w samorządach i w ministerstwach, żeby wypełnić te fiszki. Ten błąd pojawia się u nas od 1989 r. nieustannie. Zgadzam się z Rafałem Matyją czy Janem Rokitą, że w Polsce rozwój jest przypadkowy. Wjeżdża KPO i okazuje się, że wszyscy mają gdzieś plan Morawieckiego, który teoretycznie przecież obowiązywał, nikt nie patrzy na Strategię na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, nikt się nie interesuje polskimi dokumentami strategicznymi, tylko naszą logikę inwestycyjną i rozwojową narzuca zewnętrzny podmiot. Unia ma swoje własne cele, które czasem są wspólne z naszymi, ale czasem nie są. My jednak zawieszamy wszystko na kołku i próbujemy się dopasować do unijnych wymagań.

Reklama
Reklama

Drugie pospolite ruszenie nastąpiło już po zmianie władzy, kiedy Bruksela odblokowała nam środki. Nie pracowałem wtedy w ministerstwie, słyszałem tylko opowieści, jak jeździli do Brukseli ratować ten chaos i coś negocjować.

Czyli priorytety rozwojowe są wyznaczane na poziomie unijnym, a my się biernie dostosowujemy?

Tak. To mój główny zarzut. Środki KPO cofnęły nas do lat 2004-2008, kiedy państwo polskie nie miało żadnej strategii rozwojowej, nikt nie widział takiej potrzeby.

Unia nam nakazywała różne rzeczy, a my wszystko realizowaliśmy. Bruksela w ramach priorytetów KPO powiedziała, że chce zielonej transformacji i stawia na zrównoważoną mobilność. Niezależnie, jakie są potrzeby Polski, wrzucili nam jako kamień milowy podatek od silników spalinowych.

Reklama
Reklama

Morawiecki to podpisał, potem dzięki minister Pełczyńskiej udało się to odkręcić. Przecież jesteśmy znacznie mniej zasobnym społeczeństwem niż te zachodnie, taki pomysły uderzał w najbiedniejszych, więc z punktu widzenia zrównoważonego rozwoju był totalnie nietrafiony i sprzeczny z naszą narodową strategią. Mamy kosmiczne dziury, jeśli chodzi o transport publiczny i wrzucanie takich rzeczy, jak podatek spalinowy, to odwrócenie logiki, że za unijne pieniądze realizujemy nasze krajowe potrzeby. Potem zastąpiliśmy to dopłatami do elektryków, niczego lepszego nie udało się z Brukselą załatwić. W efekcie państwo dosypuje bogatym po 40 tys. zł do nowego samochodu, co również średnio pasuje do naszych potrzeb w dziedzinie zrównoważonego rozwoju, redystrybucji, spójności społecznej. Możemy dyskutować, czy Strefy Czystego Transportu w dużych miastach są sensowne, czy nie, ale one również mocniej uderzają w osoby mniej zamożne.

Jeśli chodzi o zieloną transformację priorytetem powinna być u nas elektrownia atomowa. Niestety, nie ma tego w KPO. Są pieniądze na farmy wiatrowe, termomodernizacje, samochody elektryczne. Co byłoby ważniejsze dla zmniejszenia emisyjności naszej gospodarki? Atom! W idealnym świecie byłoby tak, że jedziemy do Brukseli z naszymi dokumentami strategicznymi i mówimy: takie są nasze potrzeby. Niestety jest odwrotnie. Unia nam narzuca własną logikę.

I dlaczego tak się dzieje?

Bo nie ma ten kraj mózgu. Nie ma ośrodka, który wyznacza priorytety, a potem konsekwentnie pilnuje. Jest za to logika resortowa, w zależności od tego, który minister ma więcej siły, takie projekty lądują na tacy. Jeden dyrektor departamentu ma coś w szufladzie, inny nie ma, no to coś się realizuje, a czegoś innego nie. Wolałbym, żeby nasze państwo miało na siebie jakiś pomysł.

Reklama
Reklama

Kiedy pracowałem w ministerstwie usłyszałem anegdotę o tym, jak u premiera Tuska wygląda praca z ministrami. Ma zeszyt, w tym zeszycie zapisuje, co mu jakiś minister obiecał, spotykają się raz na jakiś czas, on wyciąga zeszyt: „Miałeś to i to dowieźć, czy dowiozłeś?”. To pokazuje słabość strategiczną i analityczną, nie powinno to tak wyglądać. W kraju zarządzanym w ten sposób premier nie wie, w jakiej sytuacji się znajduje. Coś zapisze w zeszycie, czegoś nie zapisze, jeden minister lepiej ściemnia, drugi gorzej. Decyduje przypadek. Minister też nie do końca wie, w jakiej sytuacji się znajduje, bo to zależy od tego, czy dyrektorzy departamentów mu coś powiedzą, czy mu nie powiedzą.

Premier Donald Tusk na posiedzeniu rządu. (fot. Radek Pietruszka / PAP)

Czyli pojawia się KPO, pojawiają się unijne priorytety i okrzyk na start brzmi: otwierajcie szuflady! Co z nich wyfrunęło?

To co mniej więcej pasowało do narzuconych priorytetów. NIK twierdzi, że wrzucano faktury za rzeczy już robione. Po prostu refinansowano projekty już rozpoczęte np. przez Polski Fundusz Rozwoju. Samorządy robiły remont parku i wrzucały w KPO. Takich projektów jest cała masa. „Zwiększamy odporność środowiskową”. Chcemy pieniądze wydać, więc robimy to w najłatwiejszy sposób, czyli refinansujemy sobie proste wydatki.

Reklama
Reklama

Jak Bruksela pasie alt-prawicę. "Braun się modli o zakaz kotłów gazowych"

Ale dobrze wydajemy te pieniądze czy totalnie bez sensu?

Nie wiemy. Najważniejszy projekt dla Polski, ale nikt tego nie analizuje. Logika jest taka, żeby jak najszybciej rozdać i jakoś podciągnąć te wydatki pod unijne wytyczne.

Z perspektywy administracji publicznej KPO to ogromne wyzwanie. Ponad półtora miliona umów i mało czasu. Ogromne wyzwanie administracyjne, pracy było tak dużo, że musiało to mieć wpływ na jakość oceny projektów. Tam nie ma wielkich afer, ale nie wiemy, ile ważnych projektów nie dostało finansowania, bo prostsze dostały.

Reklama
Reklama

Z braku czasu?

Wyobraź to sobie: spływa ci do oceny 500 wniosków i musisz to zrobić w dwa dni, więc jeśli to jest park, stawiasz pieczątkę, 15 minut zajmie ci zorientowanie się, o co w takim projekcie chodzi. A jak wjeżdża coś bardziej nietypowego, to odruchowo odwalasz, bo zwyczajnie nie masz czasu się wgryźć.

W Polsce bardzo mocno oszczędza się na oceniających. Ktoś dostaje do zaopiniowania projekt biznesowy na 300 stron, jakiś profesor albo doktor, który równocześnie musi pracować na uczelni i publikować artykuły, bo kryteria dla oceniających są u nas wysokie. Otrzyma za to 300 zł. On nie może tego zrobić dobrze. Z punktu widzenia interesu publicznego powinien dostać 5 tys. zł od projektu, nie mówię teraz o ławce parku, tylko o innowacyjnych pomysłach na kilkadziesiąt milionów złotych. Niech oceniający zrobi to dobrze, żeby interes publiczny coś zyskał. A oni słyszą argument: „Słuchajcie, jesteście naukowcami, zróbcie to dla Polski, przecież jak oceniacie artykuły naukowe kolegów, to nic nie dostajecie, a tutaj trzy stówki wam wpadną, więc fajnie”. I to jest przykład kartonowego państwa.

Kto wydaje pieniądze z KPO?

Reklama
Reklama

Zasady ustalają ministerstwa, a operacyjnie robią to głównie agencje rządowe. Jedne robią to bardzo dobrze, inne bardzo źle.

I od czego to zależy?

Od tego, czy nie zostały zaorane przez polityków. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, która rozdziela pieniądze dla przedsiębiorców, dobrze działała przez dwie dekady. Nikt tej agencji nie ruszał aż do momentu, kiedy Waldemar Buda z PiS zaczął tam mieszać, zmieniać prezesów. Instytucja straciła stabilność. Przez ostatnie lata w PARP było 12 prezesów, każdy nowy zmieniał oczekiwania wobec firm albo harmonogram projektów. Przedsiębiorcy się wściekają, bo nie wiedzą, jak pisać wnioski i czego oczekuje administracja, dotąd na początku roku startowały takie i takie konkursy, nagle to się zmienia, te same konkursy startują w czerwcu. Główny zarzut biznesu brzmiał kiedyś tak: musimy produkować za dużo papieru, administracja wymaga od nas zbyt wielu kwitów. Dzisiaj biznes już rozumie, że nikt nie da kilkudziesięciu milionów dofinansowania na piękne oczy, za to największym problemem stała się nieprzewidywalność i nieustanne mieszanie w bigosie przez polityków. W Narodowym Centrum Badań i Rozwoju - które za czasu PiS przejął Adam Bielan - było 7 dyrektorów przez ostatnie 10 lat. Ta instytucja do dziś nie może się podnieść, bo politycy wpychają tam łapy. Ale na przykład inna rządowa agencja - Narodowe Centrum Nauki - nadal działa dobrze.

Dlaczego?

Reklama
Reklama

Bo jest w Krakowie. Dzięki temu od 2010 r. było tam tylko trzech dyrektorów. Jeden z nich tłumaczył mi, jaki mają patent na stabilność instytucji. „Jak jakiś z polityk z Warszawy chce się spotkać, to nie może mnie ot tak złapać na mieście, musi się umówić”. Wtedy dyrektor zwleka, mówi, że ma coś do zrobienia w Krakowie, dziś - nie, jutro - też nie, w końcu polityk uznaje, że tego swojego kuzyno-bratanka wsadzi do NCBiR-u, bo ta agencja jest na miejscu w Warszawie i łatwiej dyrektora złapać. Odległość ma znaczenie. Dlatego uważam, że przeniesienie PARP-y czy NCBiR-u z Warszawy do mniejszych miast to byłby wspaniały pomysł, sam lobbuję za PARP-ą w Częstochowie.

Powiedziałeś, że sensowności KPO nikt nie bada.

Jedynie NIK bada, czy nie ma afer. No i nie ma. Środki wydajemy pod tym względem modelowo, korupcja jest niemal zerowa. I w zasadzie to wszystko, co wiemy. KPO to w tej dekadzie miała być najważniejsza rzecz dla Polski. Największe środki rozwojowe w historii. Donald Tusk w kampanii wyborczej opowiadał, że dzięki KPO Polska wskoczy na inny poziom. Przygotowując się do tej rozmowy szukałem badań. Nikt tego nie ewaluuje, żadni naukowcy nad tym nie siedzą, żadni niezależni badacze. Politycy muszą działać po omacku, nie ma nikogo, kto Tuskowi czy kolejnemu premierowi powie prawdę: „Słuchaj, KPO miał przynieść dwa proc. wzrostu PKB, a na dzisiaj wychodzi, że przyniesie 0,5 proc.”.

Dlaczego tylko 0,5 proc.?

Reklama
Reklama

No właśnie. Dlaczego? Nikogo to nie obchodzi. Polityczna logika jest taka, że jeśli nie mierzymy różnych rzeczy, to nie będzie widać, że coś jest nie tak. Z punktu widzenia zarządzania strategicznego, jeśli byłbym dzisiaj przedstawicielem rządu i miał teraz jechać do Brukseli negocjować nowa unijną siedmiolatkę, to działam na ślepo. Wszystko jest na czuja, opiera się na charyzmie polityków i niczym więcej.

Który komponent KPO był największym trupem w szafie?

Nie wiem.

A co w KPO było twoim zdaniem największym przepalaniem kasy?

Reklama
Reklama

Samochody elektryczne i ich dofinansowanie.

Musieliśmy?

No tak, już ci o tym mówiłem. Jednym z celów Unii było zachęcanie do zrównoważonej mobilności, a ona jest w Brukseli rozumiana jako samochody elektryczne. Miał być podatek od aut spalinowych, ale rząd zrozumiał, że ludzie się wściekną. Minister Pełczyńska dostała zadanie od premiera, żeby zrobić cokolwiek. I finalnie Bruksela zgodziła się na dopłaty do elektryków, nie dało się nic lepszego załatwić, bo z powodu PiS-owskich awantur z Unią przeputaliśmy dwa lata i zostało mało czasu. Myślę, że wiele osób w ministerstwie funduszy uważało dopłaty do elektryków za głupie, ale wszyscy musieli tego bronić.

Reklama
Reklama

A ty uważasz, że w takiej sytuacji lepiej wziąć, czy nie wziąć? Powiedzieć: jeśli na głupie rzeczy, to my za kasę dziękujemy?

Nie no, trzeba brać. Mimo wszystko brać. Głupio wydane pieniądze też nam podbijają trochę PKB. Ale chcę powtórzyć, żeby to wybrzmiało: polska strategia rozwojowa to pochodna dokumentów unijnych. Nie robimy własnych rzeczy, próbujemy dokleić się do pomysłów Brukseli, a potem się zobaczy. W mojej dziedzinie - zajmuję się rozwojem średniej wielkości miast - za rządów PiS było kilka sensownych planów, w kółko o nich mówili, ale mimo to nie potrafili stworzyć mechanizmów autonomicznej polityki. Kiedy Bruksela wstrzymała Polsce KPO, Morawiecki powołał Rządowy Fundusz Polski Ład. "Nie dają nam pieniędzy, to mamy własne miliardy i będziemy sami decydować o ich wydawaniu"- ogłosił premier. Rząd mógł dzięki temu zrobić wszystko, mogli wziąć strategię Morawieckiego i wydawać zgodnie z nią, mogli powiedzieć, że oto mamy problem 137 miast, które się wyludniają, chcemy je wspierać. Nic takiego nie nastąpiło. Kasy dosypali tam, gdzie byli ich wyborcy, finalnie poszło to do Ochotniczych Straży Pożarnych i do gmin, które głosują na PiS. Czyli nawet jak mamy zasoby własne i dowolność w ich wydawaniu, to nie potrafimy realizować celów strategicznych. Rozumiem logikę polityczną, ale oczekiwałbym, że rząd chociaż 30 pros. zasobów przeznaczy na priorytety. W energetyce niech dowiezie atom, przy okazji możemy dawać pieniądze na docieplanie budynków, ale niech to będzie 200 tysięcy domów, a nie 300 tysięcy, a reszta na elektrownię. W naszym polskim KPO nie widać żadnego kierunku, że oto mamy diagnozę - Polska ma taki i taki problem - chcemy to zmienić. Jest trochę internetu, trochę terenów zielonych, trochę elektryków, no i trochę kasy na innowacyjność, ale nie za dużo, broń cię Panie Boże. I tak sobie wydajemy.

To jest oskarżenie też wobec Pełczyńskiej, czy nie?

Nie. Uważam, że minister Pełczyńska w tych warunkach zrobiła wszystko, żeby to jakoś urealnić, próbuje też przepchnąć swoją średniookresową strategię rozwoju do 2035 r. Tam zostały wskazane priorytety.

Reklama
Reklama

Do Brauna wężykiem. Jak pisowski lud ucieka Kaczyńskiemu

Jakie?

Łagodzenie zmian demograficznych, konkurencyjność gospodarki i bezpieczeństwo. A wszystko to oparte na policentrycznym modelu terytorialnym, czyli wsparcie państwa dla kilkudziesięciu miast w Polsce, a nie tylko kilku metropolii jak do tej pory. Szereg sensownych rzeczy, w tym wsparcie dla perspektywicznych sektorów takich jak biotechnologia czy technologie kosmiczne.

I co?

Reklama
Reklama

Nic. To leży i czeka. Musi przejść przez Radę Ministrów. Ale nawet jeśli dokument przejdzie, to musiałby być traktowany poważnie przez premiera i ministra finansów, żeby cokolwiek z niego wynikało. Pełczyńska starała się szarpać w tę stronę, w którą wierzy, wyszarpała z KPO pieniądze na mieszkalnictwo, to było niezłe osiągnięcie, bo Unia z zasady nie daje pieniędzy na budowę mieszkań, a udało się załatwić refundację 35 proc. kosztów w budownictwie społecznym, pod warunkiem, że blok będzie energooszczędny. Z perspektywy SIM-ów to ogromna pomoc. A że nie udaje się całemu rządowi mieć wspólnych konsekwentnych priorytetów, to problem naszego państwa. Nie należy winić graczy, tylko samą grę.

Czyli pieniądze z KPO rozsmarujemy jak masło na chlebie, tu park, tu ocieplenie domu, takie różne rzeczy?

Owszem. Bo jak dokonasz realnego wyboru, przyjmiesz strategię, wytypujesz siedem sektorów w innowacyjności, skoncentrujesz tę kasę na priorytetach, to możesz wtopić, popełnić błąd i będzie wielki krzyk, że nakradli albo zmarnowali. Lepiej działać w ten deseń: „Robimy transformację cyfrową? Robimy!”. To łatwiejsze, chociaż z punktu widzenia państwa nie nadaje kierunku w żadną stronę.

Reklama
Reklama

To powtórzę pytanie: lepiej wziąć wszystko co do grosza i wydać nawet na pierdoły, czy lepiej nie wziąć?

Już mówiłem: lepiej wziąć.

Czyli logikę, którą krytykujesz, jednak sam uznajesz?

No tak, jakoś tam uznaję. Zresztą powstają też trudniejsze rzeczy, firma Creotech buduje cztery satelity i zostało to dofinansowanie z KPO, ale takich projektów jest bardzo mało, bo logika obowiązuje, że wydajemy szybko i bezpiecznie.

Reklama
Reklama

A te słynne jachty? Wyciągnięto z nich jakieś wnioski?

Ta afera została mocno rozdmuchana. Skontrolowano 3200 projektów w programie dla sektora HoReCa - czyli sektora usług hotelarskich i gastronomicznych - tylko w siedmiu były nieprawidłowości. Kije golfowe i jachty zostały wrzucone do mediów, dobrze się rozeszły, każdy mógł sobie to wyobrazić, że gdyby był cwaniakiem, to mógłby mieć jacht.

No ale miał ten program sens, czy nie?

Już nie. Ten program miał budować odporność sektora HoReCa tuż po pandemii. Chodziło o to, żeby poszerzali działalność. Na papierze to nie jest głupi pomysł. Ktoś ma restaurację, to niech robi żywność gotową, słoiki, po to, że jak wybuchnie znowu pandemia, będzie sprzedawał dania gotowe i przetrwa. Nawet jacht nie musiał być głupi, knajpa nad jeziorem kupuje jacht, żeby robić wycieczki po jeziorze. Z perspektywy gospodarki to jest oczywiście przepalanie pieniędzy i subsydiowanie średniobogatych, ale głównym problemem były nie jachty, tylko że polskie KPO było przesunięte od dwa lata. Po dwóch latach od pandemii ci, co mieli upaść, to już upadli, a ci, co mieli przetrwać, to przetrwali. Tym bardziej, że polskie tarcze anticovidowe były dla przedsiębiorców bardzo hojne i wielu z nich z pandemii wyszła znacznie bogatsza, co widać było po masowym kupowaniu inwestycyjnie mieszkań na wynajem przez przedsiębiorców. Według mnie powinno się te pieniądze z HoReCa przesunąć na rzeczy bardziej Polsce potrzebne.

Reklama
Reklama

Minister funduszy i polityki regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz i sekretarz stanu w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej Jan Szyszko na konferencji prasowej „Rewizja Krajowego Planu Odbudowy” (wrzesień 2025). (fot. Paweł Supernak / PAP)

Jakie?

Na atom i innowacje. Chciałbym, żeby nasza administracja publiczna miała odwagę zainwestować w tysiąc ryzykownych innowacyjnych przedsięwzięć, niech 800 nie wyjdzie, ale niech wyjdzie 200, a potem 10 z nich niech się przekształci w globalne firmy. U nas nikt nie chce się wychylać i wydawać na "dziwne rzeczy".

Czy mechanizm tzw. kamieni milowych w KPO twoim zdaniem miał sens?

Reklama
Reklama

Logika kamieni milowych z perspektywy Brukseli była taka: skoro dajemy państwom członkowskim ekstra pieniądze, to możemy od nich czegoś wymagać, na przykład strukturalnych reform, które usprawnią działanie wspólnego rynku. Najbogatsze państwa - to one w dużej mierze finansują KPO - miały na tym zyskać. I po to były różne dostosowania związane z praworządnością, systemami fiskalnymi. Zrealizowaliśmy część tych rzeczy. Reforma Państwowej Inspekcji Pracy pokaże, czy w ogóle miało to sens, czy to zadziała, ucywilizuje umowy śmieciowe, czy pozostanie jedynie działaniem pozornym.

Ale dlaczego Unia w ramach KPO postanowiła zajmować się naszym rynkiem pracy?

Bo mamy dziki kraj, w którym można być pracownikiem na JDG i jest to nieuczciwa konkurencja.

W jakim sensie?

Reklama
Reklama

W takim, że pracodawca w Niemczech musi mieć pracowników, za których płaci wszystkie składki, a w Polsce podobna firma zatrudnia tysiąc jednoosobowych działalności i nie musi ponosić rozmaitych obciążeń. Jeśli mamy państwo, które ma gorsze normy, to może taniej produkować, niż kraj, gdzie norm się przestrzega.

Czyli Niemców wkurza, że jakaś firma może w Polsce otworzyć oddział i nikogo nie zatrudniać, bo wszyscy mają JDG?

Tak. I nie jest to nic dziwnego. Jeśli Ukraina zacznie dołączać do Unii, to my będziemy naciskali na podobne regulacja w Ukrainie i zostaniemy dla nich takimi wymagającymi "Niemcami". Na razie wciąż funkcjonujemy w logice peryferyjnego państwa, które wyciąga rękę po pieniądze z Unii, za pieniądze Niemiec chce zbudować autostradę, ale powoli fundusze dla nas będą coraz mniejsze, a my coraz bardziej będziemy korzystać ze wspólnego rynku. Nasze firmy będą musiały zarabiać jeszcze więcej kasy dzięki temu, że handlują w całej Unii Europejskiej, a nie dzięki temu, że Polska dostaje środki z unijnego budżetu.

Jakie masz wspomnienia z pracy w administracji publicznej?

Reklama
Reklama

Pierwsze wrażenie? Byłem w pozytywnym szoku, jak bardzo to wszystko jest poukładane. Poziom zaawansowania technologicznego, sprzętu był 10 lat dalej niż na mojej uczelni. Żaden papier nie trafiał na biurko mojej szefowej, wszystko elektronicznie, a jak miałem problem z systemem informatycznym, to jeden telefon i w trzy minuty ktoś się logował na mój komputer i naprawiał. Możemy się śmiać, że to powinno być normalne, ale nie wszędzie to tak wygląda, ministerstwo funduszy musi obsługiwać procesy unijne i dużo kasy trzeba było włożyć w informatyzację, żeby to sprawnie działało. 

Po drugie byłem w szoku, jak dobre kadry pracują dla państwa polskiego. Dyrektor O., który pracuje od 20 lat, potrafi z czapki wymienić wszystkie komponenty wszystkich programów unijnych, rzuca liczbami, zna konstrukcję wszystkich konkursów, wie, kto w Brukseli za co odpowiada, zna te osoby. Wartość takich osób dla administracji publicznej jest kosmiczna. Mieliśmy raz fakap, ktoś nie ogarnął wystąpienia dla Pełczyńskiej na poniedziałek, a był piątek wieczór, no i ja miałem to naprawić. Chodziło o spicz na temat polityki spójności przed nową siedmiolatką, strasznie ważna rzecz, która została zawalona. Zadzwoniłem do O., on w ciągu dwóch godzin rozpisał mi, jakie poszczególne państwa w tych negocjacjach mają interesy, co kto będzie pchać, gdzie leży nasz interes i jakie sojusze możemy zbudować. Takich ludzi było trochę. Ministerstwo funduszy jest na tyle wyjątkowe, że załatwia sprawy unijne, więc żaden partyjny rzezimieszek nie będzie miał ochoty się tym zajmować, bo wie, że łatwo utonie.

„Zamykacie szpital? Świetnie!”. Jak rząd Tuska prywatyzuje ochronę zdrowia

A złe rzeczy?

Reklama
Reklama

Zaskoczyło mnie, jak bardzo minister jest samotny. Ma pod sobą parę tysięcy urzędników, do pomocy ma wiceministrów z różnych partii, ale każdy z nich ma jakieś swoje interesy. Minister tak naprawdę nie wie, gdzie leży prawda. Zostajesz szefem jakiegoś resortu i jesteś uzależniony od dyrektorów, to oni decydują, co trafia na twoje biurko, więc de facto to oni ustalają politykę. Jeśli administracja nie chce czegoś zrobić, to możesz ją straszyć albo dawać nagrody, i tak tego nie zrobi. Zajmowałem się raz pewnym tematem, z którym administracja się nie zgadzała, więc jeden z departamentów przygotował mi trzysta stron gównianej sieczki. Bezwartościowe. Gdybym do nich poszedł, to by powiedzieli, że przecież znakomity materiał przygotowali, i że oczywiście odpowiedzą na wszystkie pytania, ale jakbym je zadał, to na każde tydzień by odpowiadali kolejnymi setkami stron takiej sieczki.

I uwalili ten pomysł?

Owszem. Sprawni ministrowie to ci, którzy wcześniej już mieli jakieś doświadczenia z administracją, albo zbudowali wokół siebie sprawny zespół doradców. Tyle że doradcom się u nas kiepsko płaci. Mniej więcej 15 lat temu z otwartą buzią słuchałem Jana Rokity, który opowiadał, że premier w Polsce nie ma na nic zbyt wiele wpływu, bo mamy silosowe państwo, politycy odpuszczają sobie wyznaczanie kierunku, to ich nie interesuje. Minęło 15 lat i jest tak samo.

Czy gdybyś miał się podpisać pod ostatecznym raportem z wydatkowania KPO to byś to zrobił?

Reklama
Reklama

Mimo zastrzeżeń - tak. Nie mam też wątpliwości, że skala złodziejstwa jest dzisiaj w Polsce bardzo mała. Wydano 200 mld bez większych afer. Jak porównamy to do Węgier, Bułgarii, Rumunii, to pieniądze z KPO są u nas ekstremalnie uczciwe wydawane.

Uczciwie, ale nie zawsze z sensem?

Opowiem ci tę różnicę na przykładzie Węgier. Tam możesz dość łatwo pokazać, że ten i ten watażka zbudował sobie willę za unijne 10 milionów euro, a w Polsce musiałbyś pokazać, że kasę dostało 10 projektów łatwych, a jeden przełomowy nie dostał. Zupełnie inna krytyka, dużo trudniejsza. I jak dożyjemy czasów, gdy państwo polskie zacznie ten problem widzieć, to będzie to świadczyło o dojrzałości naszej klasy politycznej.

***

Karol Wałachowski (1992) - doktor nauk społecznych w dyscyplinie ekonomia i finanse. Adiunkt na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie. Specjalizuje się w tematyce rozwoju miast i polityk publicznych. Doradza instytucjom publicznym, mając w swoim CV m.in. Ministerstwo Rozwoju, Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej oraz samorządy terytorialne. Autor „Poza Największymi. Studium o byłych stolicach województw”.

Źródło: Zero.pl
Reklama
Reklama