Reklama
Reklama

Reklama

Jak Bruksela pasie alt-prawicę. "Braun się modli o zakaz kotłów gazowych"

Reklama

ETS2 uderzy w Polskę najbardziej w całej Europie. Roczne koszty gazu będą 2,7 tys. zł wyższe dla przeciętnego domu, a w przypadku ogrzewania węglem będzie to 4 tys. zł więcej. I teraz zagadka: jeśli ludziom wzrośnie koszt grzania domu o kilka tysięcy rocznie, to pokochają Unię, czy raczej zaczną głosować jeszcze chętniej na partie skrajne? - z Bartłomiejem Orłem, szefem programu "Czyste Powietrze" w rządzie Morawieckiego, rozmawia Grzegorz Sroczyński.

Jak Bruksela pasie alt-prawicę. "Braun się modli o zakaz kotłów gazowych"
Braun, Czarnek, von der Leyen (fot. GRZEGORZ KRZYZEWSKI/FOTONEWS/NEWSPIX.PL, ZUMA/NEWSPIX.PL, MARCIN BANASZKIEWICZ/FOTONEWS /NEWSPIX.PL / Newspix)

Grzegorz Sroczyński, Zero.pl: Kto rozkręcił fotowoltaikę?


Reklama

Bartłomiej Orzeł, szef programu "Czyste Powietrze" w rządzie Mateusza Morawieckiego: W Polsce? PiS. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości. W 2014 r. moce fotowoltaiczne były niemal zerowe, wynosiły 21 megawatów, a w 2022 r. przekroczyliśmy 10 gigawatów. Teraz mamy 24 giga. Moc z paneli słonecznych, która dzisiaj funkcjonuje w polskiej energetyce, rośnie siłą rozpędu po pisowskich rządach. Mamy 1,6 mln prosumentów. 80 proc. tych ludzi przyłączyło się za czasów PiS-u.

I są zadowoleni?

Tak. Najbardziej ci, którzy się wpięli do systemu przed kwietniem 2022 r., bo mają prostą zasadę rozliczeń: jak oddasz do sieci 1 kWh swojej nadwyżki prądu, to potem możesz odebrać 0,8 kWh o dowolnej porze.


Reklama

I dlaczego to takie korzystne, jeśli odbieram mniej?


Reklama

Świeci słońce, nie ma cię w domu, bo siedzisz w pracy, to automat wpuszcza nadmiar prądu do sieci, a w nocy albo jak jest zła pogoda – odbierasz. Trochę mniej, ale za darmo, czyli masz taki wirtualny magazyn energii. Ten superkorzystny system trzeba było w pewnym momencie przykrócić, bo tylu Polaków chciało się podłączyć, że sieć nie była w stanie odebrać nadmiaru prądu. Mamy przestarzałe sieci, one były projektowane, żeby działać raczej w jedną stronę, czyli z elektrowni do ciebie, a nie odwrotnie. Dziś jak się podłączasz z własnymi panelami, sposób rozliczeń jest bardziej skomplikowany, już nie tak korzystny, ale nadal to się opłaca.

Kiedy Czarnek mówi o swoich panelach: „Zdemontuję to świństwo!”, to on trafia w jakąś emocję społeczną?

Moim zdaniem w nic nie trafia. Na objazdówce po Polsce opowiada, że jego instalacja na dachu ma pięć lat gwarancji i w zasadzie jest do wyrzucenia. Żywotność paneli to 20, 25, może nawet 30 lat. To tak jakbyś powiedział, że lodówka ma dwa lata gwarancji i potem trzeba ją wyrzucić. Podejrzewam, że wyborcy PiS trochę się z tego śmieją.


Reklama

No ale do kogoś on to mówi.


Reklama

Nie potrafię znaleźć racjonalnego powodu, dla którego fotowoltaika stała się celem ataku ze strony pisowskiego kandydata na premiera. Pomagałem PiS-owi rozkręcać transformację energetyczną i wtedy fotowoltaika była dla nich politycznym złotem, bo idealnie pasowała do ducha polskiego indywidualizmu. „Mam własną elektrownię na dachu”. Elektorat PiS totalnie to pokochał. Projektów fotowoltaicznych przecież praktycznie nie było w dużych miastach, po dotacje ruszyły małe miasta, wsie, gminy miejsko-wiejskie. Wszędzie tam programu „Mój prąd” był najbardziej popularny.

To jeszcze raz: PiS promował odnawialne źródła energii, czyli OZE-SROZE?

No tak. Przecież właśnie po to ściągnęli mnie do rządu z grupą innych 30-latków, żeby im pomóc takie rzeczy ogarniać. Polak chce mieć własną elektrownię na dachu, Unia daje na to kasę, no to wchodzimy w to. Posłowie PiS-u jeździli po kraju, promowali „Mój prąd” i „Czyste powietrze”, bo wiedzieli, że można na tym ugrać głosy. To była korzyść polityczna, ale przy okazji przyspieszyła transformacja polskiego systemu energetycznego. Myśmy przeskoczyli błyskawicznie z poziomu zerowego do jednego z najbardziej zaawansowanych systemów na świecie pod względem mocy fotowoltaicznych. To się wpisywało w narrację PiS-u, że zwykli ludzie mają widzieć korzyści z OZE i widzieć to w swoich rachunkach. Tak żeśmy to mieli komunikować.


Reklama

Czytaj również:


Reklama

Platforma AI z pokemonami dla szpitali. Po skandalu konkurs do poprawy

Ty jako szef „Czystego Powietrza”?

Też. Bo chociaż w programie, który nadzorowałem, chodziło o wymianę kopciuchów węglowych, to fotowoltaikę też można było sobie zamontować. PiS mnie ściągnął z ruchów antysmogowych, znalazłem się w tej słynnej młodej grupie ludzi w okolicach Morawieckiego, która chciała rozmaite rozwojowe rzeczy dowieźć. Teraz PiS neguje osiem lat własnej polityki, w dodatku udanej. Uważam, że to spory błąd, bo wyborca w Polsce wiele wybaczy, ale nie to, gdy się go traktuje jak idiotę. Taki zwrot przez rufę - od popierania fotowoltaiki do negowania całego OZE - wygląda na jakieś dziwne oszołomienie. Poza tym PiS w ten sposób porzuca najważniejszą rzecz, którą trzymał na sztandarze.


Reklama

Jaką?


Reklama

Agendę rozwojową. Ona szła raz lepiej, raz gorzej, często kończyło się na prezentacjach w PowerPoincie, ale jednak coś z tego zostawało. Znam mnóstwo ludzi, których właśnie to przyciągało do rządu PiS: emocja „Budujmy CPK!”. Bo przecież nie Ziobro i jego „wybitne” reformy sądów. Rewolucja fotowoltaiczna była elementem pisowskiej nowoczesności. „Zielony konserwatyzm” - mówiliśmy. Oni to porzucają właśnie teraz, kiedy jasno widać, że agenda rozwojowa to podstawowa słabość rządu Tuska. PiS zamiast dalej tym sztandarem powiewać i punktować KO, to woli szukać z Braunem bunkrów pod Mszczonowem, co dla mnie jest niepojęte.

Plan odchodzenia od węgla powstał za PiS-u. Weszli w to na całego. Kto zbudował Baltic Pipe, żeby mieć gaz, który w energetyce zastąpi węgiel? Ten gazociąg dopinał minister Piotr Naimski. I będą mu kiedyś za to pomniki stawiać, bez Baltic Pipe bylibyśmy w gigantycznych kłopotach po inwazji Putina na Ukrainę. Przemysław Czarnek opowiada dziś, że węgiel będzie podstawą polskiego miksu energetycznego, a dawny pisowski prezes Polskiej Grupy Energetycznej Wojciech Dąbrowski dodaje, że czas na nową elektrownię węglową. Ten sam prezes Dąbrowski ustalał harmonogram zamknięcia Bełchatowa. Również on ogłaszał strategię uzyskania przez PGE neutralności klimatycznej do 2050 r. Tocząca się obecnie transformacja została zaprogramowana w latach 2015-2023, a wyborcy nie mają pamięci złotej rybki.


Reklama

PiS chce wyjść całkowicie z systemu ETS. Ma to sens?


Reklama

Ma i nie ma. Zielony Ład jest dziś martwy, widać w nim mnóstwo wad i dziur, będzie zmieniany. Odpuszcza Ursula von der Leyen, odpuszczają instytucje unijne, już nawet oni nie wierzą we własne pomysły sprzed pięciu czy 10 lat. I polska prawica powinna tę zmianę nastrojów wykorzystywać, grać w Brukseli razem z innymi przeciwnikami zbyt ostrej polityki klimatycznej, PiS powinien orientować się w tych ruchach robaczkowych wewnątrz Komisji Europejskiej, tworzyć jakieś koalicje i przepychać własne pomysły. Tymczasem oni wolą uprawiać maksymalizm na użytek polityki wewnętrznej. „Wyjdziemy z ETS! Pokażemy Brukseli!”. Tyle że prawdziwe życie jest gdzieś indziej.

Premierka Włoch Giorgia Meloni potrafi sprawy przepychać, a PiS tylko pokrzykuje. Czarnek ogłasza, że zgłosi ustawę o wyjściu Polski z systemu ETS. No, generalnie fajnie. Zostaniemy objęci węglowym podatkiem granicznym, nasze produkty będą miały mniejszą konkurencyjność na rynku niemieckim, a przecież to Niemcy są naszym największym partnerem gospodarczym. Co z tego, że po wyjściu z systemu ETS mielibyśmy spadek cen energii, jeśli nasza konkurencyjność w rezultacie by zmalała, bo do każdego produkty sprzedawanego do Niemiec doliczą nam węglowe cło. „No to można sprzedawać do Chin” - słyszę. To próbujcie. Nie jest łatwo wbić się na rynek chiński. „Bruksela nie wprowadzi nam węglowego podatku granicznego, bo wtedy stracą duży polski rynek na swoje towary” - słyszę dalej. Na pewno? Przecież oni mają teraz na nas bat w postaci Mercosur, otworzył się nowy rynek, mogą sobie odpuścić Polskę.

A nowy ETS2? PiS i Konfederacja mówią, że trzeba to wysłać w kosmos i nie wprowadzać.


Reklama

Mają rację. Obecna konstrukcja ETS2 to dla Polski będzie koszmar. Dotknie nas to najbardziej w całej Unii.


Reklama

Dlaczego najbardziej?

System obejmie ogrzewanie domów, a ponad 90 proc. węgla w gospodarstwach domowych w Europie zużywane jest w Polsce. Mamy wciąż 2,5 miliona kotłów węglowych w ogrzewnictwie indywidualnym. Ale to nie koniec. Ten nowy podatek zapłacą też użytkownicy kotłów gazowych. Z szacunków wynika, że roczne koszty gazu będą 2,7 tys. zł wyższe dla przeciętnego domu, a w przypadku ogrzewania węglem będzie to 4 tys. zł więcej. I teraz zagadka: jeśli ludziom po 2028 r. wzrośnie koszt grzania domu o kilka tysięcy rocznie, to pokochają Unię, czy raczej zaczną głosować jeszcze chętniej na Brauna? ETS2 jest gigantycznym problemem politycznym. Paradoksalnie PiS i Bruksela mają tu wspólny interes: nie dokarmiać skrajnych sił systemem ETS2.

Czytaj również:


Reklama

Tragedia na S19 pod Rzeszowem: Eksperci o przyczynach


Reklama

 

 

 


Reklama

Komisja Europejska strzela sobie w kolano. AfD w Niemczech urosła na piecykach gazowych, których chciano tam zakazać. Le Pen we Francji urosła na podatkach od diesla. I nie jest tak, że powstały 4-procentowe partie, na które można machnąć ręką i powiedzieć, że to niska cena za uratowanie klimatu na ziemi. Na rozmaitych unijnych pomysłach klimatycznych upasły się partie antysystemowe, które są na pierwszych miejscach. Braun pewnie modli się, żeby ETS2 wszedł w formie niezmienionej i to jak najszybciej. Jeśli to nastąpi, napędzi to siłom skrajnym masę elektoratu.


Reklama

No ale 2,5 mln kopciuchów to jest dramat polskiego powietrza. Sam to wiesz. Smród w zimie jest czasem taki, że na spacer nie można wyjść. W mniejszych miejscowościach powietrze w zimie często jest koszmarne.

Zgoda.

Jakby tu siedział ktoś z Komisji Europejskiej, to by powiedział, że jeżeli nie wprowadzimy mechanizmu zmuszającego do wymiany kopciuchów - że ludzie widzą solidne obciążenie w kieszeni - to nigdy to nie nastąpi.


Reklama

Tylko że nie załatwisz tego problemu, dowalając staruszce podatek węglowy. ETS2 zapłaci grupa najbiedniejszych. Jaki to ma sens? Zrewoltować prowincję? Pieniądze z podatków węglowych będą trafiać do polskiego budżetu na społeczny fundusz klimatyczny, docelowo będzie to worek pieniędzy na inwestycje i modernizację budynków. Tylko to jest pomieszanie z poplątaniem, że osoby biedne, kupujące w Polsce węgiel, będą płacić do jakiegoś wora, z którego potem teoretycznie wrócą do nich pieniądze, żeby się modernizowali. Zamiast ich obkładać nowym podatkiem, trzeba im te kotły wymienić. Powiedzieć: „Pani Basiu, pani Janino, płacicie za duże rachunki, w waszym interesie leży, żeby ten dom docieplić, pani siedzi w niedogrzanym pomieszczeniu, wilgoć powoduje kłopoty zdrowotne, a przy okazji wymienimy pani źródło ogrzewania”.


Reklama

Na co?

Na przykład na kocioł gazowy. Uważam, że Unia powinna się od kotłów gazowych odczepić. Mogą to też być kotły peletowe lub zgazowujące drewno. W mniejszych budynkach sprawdzają się klimatyzatory z funkcją grzania i pompy ciepła, pod warunkiem, że budynek jest dobrze zaizolowany.

Absurd unijnej polityki polega też na tym, że Bruksela przez lata finansowała nam kotły gazowe. Mówiła: gaz jest okej, w ogrzewnictwie indywidualnym montujcie kotły, a tu macie jeszcze od nas pieniądze. A teraz ta sama Unia mówi: w ramach ETS2 obłożymy wam podatkiem również kotły gazowe. Wielka niespójność. Zespół badawczy, w którym teraz pracuję, sprawdzał, co łączy polskie elektoraty różnych partii w poglądach na transformację energetyczną. I jest kilka takich rzeczy wspólnych. Wyborcy KO i PiS zgodnie sprzeciwiają się odchodzeniu od kotłów gazowych. Nie zgadzają się też na zakaz samochodów spalinowych. A z drugiej strony Polacy są zgodni w aprobacie dla energetyki jądrowej. Nawet zatwardziały elektorat Brauna, który sprzeciwia się już niemal wszystkiemu, akurat atom popiera. Zresztą Braun odwołuje się do „Polski atomowej” nie bez powodu. Dlaczego PiS nie bierze tego, co mocno gra w duszy Polaka, czyli nie broni kotłów gazowych? Dlaczego bierze na sztandary węgiel, a nie atom? Wystarczy mówić o rzeczach, które ludzi naprawdę denerwują, bo ten absurd wyklętych kotłów gazowych jest dla nich zrozumiały.


Reklama

Czy istnieje dziś jakiś docelowy model polskiej energetyki, co do którego zgadzają się eksperci z różnych ideowych parafii? Coś na tyle oczywistego, że konserwatysta się zgodzi z lewicowcem w jakimś podstawowym kształcie tego modelu?


Reklama

Atom to podstawa każdego realnego planu transformacji energetycznej w Polsce. Drugi oczywisty element naszego docelowego miksu to OZE, czyli fotowoltaika, wiatraki i odnawialne źródła energii w postaci biogazu. Trzeci element: magazyny energii. Technologia magazynowania prądu w ostatnich latach bardzo się rozwinęła, rozwiązano mnóstwo problemów z bateriami. Wystarczy spojrzeć na Kalifornię, gdzie nauczyli się ścinać szczyt zapotrzebowania.

Ścinać szczyt? Czyli?

Teraz mamy godzinę 14:40, obaj siedzimy w pracy, nie korzystamy z energii w domu. Jak wrócimy do domów, tak jak miliony Polaków, to zapotrzebowanie na energię gwałtownie rośnie. Magazyny energii łagodzą problem szarpaniny w systemie energetycznym. Nie rozwiązują generalnego problemu OZE - czyli że nie umiemy tyle prądu zmagazynować, żeby wielkie miasto mogło funkcjonować na bateriach przez kilka dni, jeśli nie wieje i nie świeci wystarczająco dobrze. Ale jesteśmy już w stanie wypłaszczyć szczyty poboru. Mamy końcówkę marca, ładnie świeci, możemy energię zmagazynować, kiedy jesteśmy w pracy, a potem przesunąć ją na wieczór.


Reklama

Atom, OZE, magazyny energii i co jeszcze?


Reklama

Gaz. Elektrownie gazowe jako backup.

Dlaczego nie węglowe?

Muszą zostać, ale jako zimna rezerwa, czyli na wypadek turbokryzysu powinny być gotowe do uruchomienia. Chodzi o kilka najnowszych bloków np. Jaworzno. A gaz powinien być na co dzień. Elektrownie gazowe szybciej się uruchamiają, szybciej zmieniają moc, mają większą możliwość zmiany zakresu pracy w sposób bezpieczny dla jednostki.


Reklama

Chodzi o to, że lepiej współpracują ze zmiennym OZE?


Reklama

Tak. Jako backup są tańsze w utrzymaniu niż elektrownie węglowe - nie ma kosztu w postaci kopalni, pracuje tam dużo mniej osób.

No ale gaz ma tę wadę, że musimy go kupować. Jak się coś dzieje - np. teraz w Iranie - to ceny LNG skaczą o połowę. 

Owszem. Nasze własne złoża zaspokajają 25 proc. zużycia, Orlen zainwestował w złoża na szelfie norweskim, ale gaz faktycznie trzeba kupować. LNG jest podatny na wahania cen bardziej niż węgiel. Tylko że węgiel ze Śląska zawsze będzie drogi i tylko droższy, a gaz - nie zawsze.


Reklama

Zmienił się kontekst geopolityczny, na świecie jest dużo groźniej, duża zmienność, więc wracajmy do węgla, bo można go wydobyć tu na miejscu i daje nam to niezależność - to mniej więcej mówi część prawicy. Nie jest tak?


Reklama

Węgiel jest drogi. Z polityką klimatyczną czy bez niej wydobycie coraz więcej kosztuje. A stare bloki węglowe pochodzą z czasów Gierka i się sypią.

No to można zbudować nowe.

Nowych nie zbudujesz, bo technologia została totalnie porzucona. Tylko Chińczycy mogliby nam dziś kilka nowych węglówek zbudować, ale to ryzykowne geopolitycznie.


Reklama

Trochę sobie nie wyobrażam, w jaki sposób PiS chce zatrzymać transformację z węgla do gazu i atomu. W realizacji jest mnóstwo projektów, te firmy powygrywały już aukcje na tzw. rynek mocy, mają zapewnione finansowanie, jeśli nie zaczną produkować prądu, będą gigantyczne braki. Za czasów PiS-u została zbudowana i odpalona elektrownia Dolna Odra, największa elektrownia gazowa w Polsce. Oczywiście można dojść do władzy i powiedzieć, że kasujemy projekty gazowe, będziemy budować nowe elektrownie węglowe, tylko to się nie uda.


Reklama

Właściwie dlaczego?

Już mówiłem: po pierwsze, technologia, którą porzuciły kraje zachodnie, trzeba by jej szukać w Chinach. Po drugie, banki nie chcą mieć nic wspólnego z węglem i nie będą tych projektów finansować. Po trzecie: nowe jednostki węglowe - właśnie dlatego, że emitują mniej zanieczyszczeń - są wrażliwe na zmiany mocy i jakość węgla. Blok numer 7 w Turowie - ostatnia węglówka zbudowana w Polsce przez Japończyków - ruszył w 2021 r. Jest delikatny, awaryjny, często trzeba go odstawiać do rezerwy. Dziś Japończycy już żadnej węglówki by nam nie zbudowali, deklarują, że mogą świadczyć jedynie wsparcie i serwis. Stare radzieckie „dwusetki” z epoki Gierka lepiej sobie radzą, wytrzymują skoki zapotrzebowanie w systemie energetycznym. Były projektowane z dużym zapasem - radziecka szkoła projektowania - co pozwala nam dzisiaj nimi jakoś manewrować. Paradoksalnie te stare radzieckie „dwusetki” lepiej współpracują z niestabilnymi źródłami OZE niż nowoczesne węglówki. Mają wielką tolerancję na „złe traktowanie” i gorszy węgiel. Ale problem jest taki, że te radzieckie bloki się sypią.

W zasadzie co zrobiliśmy źle? Gdzie kolejne rządy popełniły błąd, że mamy drogi prąd i tyle kłopotów?


Reklama

Główny błąd polegał na tym, że kolejne rządy nie traktowały poważnie budowy elektrowni jądrowej. Przespaliśmy całe lata 90-te i początek XXI wieku. „Przecież mamy nasze czarne złoto, nic więcej nie potrzebujemy”. Przegapiliśmy też dobry czas na budowę elektrowni gazowych, kiedy tani pieniądz leżał na rynku i nie trzeba było czekać w kolejce kilka lat po turbiny gazowe. Dzisiaj i tak te gazówki budujemy, tylko drożej. Każda narracja typu „wracamy do węgla” będzie miała jeden efekt: zaczniemy budować później i drożej.


Reklama

Czy rząd Tuska przyspieszył transformację energetyczną? Robią to lepiej niż rząd PiS?

Paulina Hennig-Kloska to jedno z moich największych rozczarowań tego rządu. Ministerstwo Klimatu i Środowiska non stop się na czymś wykłada. Nie udało im się odblokować wiatraków na lądzie, czekali na Trzaskowskiego w Pałacu Prezydenckim, przeliczyli się. Uruchomili natomiast dziwną akcję montowania przydomowych turbin pionowych. Te turbiny okazały się jednym wielkim scamem. Przepalono sporo pieniędzy.

Ale co to są te turbiny pionowe?


Reklama

Taki wiatraczek pionowy instalujesz sobie na domu, teoretycznie ma się kręcić niezależnie od kierunku wiatru i być alternatywą dla fotowoltaiki, czyli jak nie świeci słońce, to z wiatraczka miał iść prąd.


Reklama

I co?

Okazało się, że te turbinki nie produkują tyle, ile deklarowali sprzedawcy. A drugi problem, że rynek został zalany importem tanich urządzeń z Chin, które nie trzymały parametrów. Kilkanaście tysięcy złotych dotacji na to ustrojstwo przysługiwało, bo w to jeszcze wchodził magazyn energii, więc ludzie próbowali sobie załatwić tak naprawdę magazyn energii z zabawkową turbiną. Utopiono 150 mln zł. W dodatku w ostatnich tygodniach okazało się, że Unia nie chce nam certyfikować wydatków z „Czystego Powietrza” na 4,5 mld zł. I minister finansów Andrzej Domański zakręcił kurek, bo nie wiadomo, czy pieniądze płynące na ten program Bruksela nam odda. 

Dlaczego?


Reklama

Ministerstwo klimatu ignorowało sygnały ostrzegawcze. Finansowano kotły, które udawały ekologiczne, a łatwo można je przerobić na kopciucha. Po drugie dofinansowano urządzenia, które formalnie nie były dopuszczone do obrotu w Europie. Chodzi głównie o kotły peletowe i pompy ciepła.


Reklama

Bo były do bani?

Niekoniecznie. Raczej chodzi o papierologię. Istnieje w Europie taka baza EPREL, każde urządzenie energetyczne powinno zostać do niej wpisane, a tych naszych urządzeń tam nie było, czyli formalnie nie zostały dopuszczone do obrotu. Producenci nie ogarnęli, a ministerstwo postanowiło machnąć ręką, i na koniec zeszłego roku ileś urządzeń z programu wyleciało, chociaż już zostały zamontowane. To wydatki, których moim zdaniem nie uda się z Unii odzyskać.

Ale „Czyste Powietrze” w ogóle działa? Idzie ta wymiana kopciuchów czy nie?


Reklama

Działa, ale przy takim tempie pozbycie się pieców węglowych zajmie nam kilkadziesiąt lat. Program „Czyste Powietrze” został najpierw zawieszony, by były tam grube wałki, które zaczęły się jeszcze za PiS. Potem program został odwieszony na nowych zasadach, których nikt nie rozumie. Dziś „Czyste Powietrze” przez niemal wszystkich jest oceniane źle, wykonawcy nie chcą do niego podchodzić, samorządy też nie, liczba wniosków jest mniejsza niż wtedy, kiedy myśmy ten program rozkręcali.


Reklama

No ale tam kradli. Sam mi opowiadałeś o tych wszystkich ekipach montujących zamarzające pompy ciepła staruszkom w drewnianych chatach. Sam podnosiłeś alarm w tej sprawie.

No tak. Grasowały ekipy naciągaczy, odbywało się wtrynianie biednym ludziom fejkowych urządzeń, bezsensowne modernizowanie rozpadających się chałup. I trzeba było z tym zrobić porządki. Ale zrobiono je fatalnie. Program po zmianach jest zbyt skomplikowany, wstawili tam progi zużycia energii, które niewiele osób rozumie. Niby znałem ten program od podszewki, ale jak dla sportu usiadłem ostatnio nad wnioskiem, nie byłem w stanie go wypełnić. Zwykły człowiek tym bardziej nie jest w stanie się zorientować, co może sobie zamontować i na jaką dotację może liczyć. W efekcie wymiana kopciuchów za nowej władzy spowolniła w porównaniu z tempem, które było za PiS-u.

A program „Mój elektryk”?


Reklama

Teraz on się nazywa „NaszEauto”. Czekam na dopłatę, bo wziąłem. Czy to jest sukces? Dofinansowano osobom zamożnym zakup samochodu elektrycznego. Mój samochód będzie kosztować 134 tys zł i dostanę 40 tys. od państwa. Całe story.


Reklama

Najbardziej mi przeszkadza „niedasizm” tego rządu. Polska powinna coś zrobić z cenami prądu, obniżyć je. Rząd sprzeciwił się planowi prezydenta „Tani prąd - minus 33 procent”, okej, rozumiem, że nie będą popierać politycznego wroga, ale sami nic w tej sprawie nie robią. W pomyśle prezydenta chodziło o wycięcie z naszych rachunków różnych opłat i podatków. Zamiast heheszkować, powinni nad takim planem usiąść. 25 proc. każdego rachunku za prąd to ETS, te pieniądze idą do budżetu do osobnego wora na transformację energetyczną. Tyle że największym odbiorcą pieniędzy z tego wora jest kolej. Oczywiście, pociągi ograniczają emisję CO2, ale nie taki był cel. Pieniądze z ETS powinny iść na modernizację sieci energetycznej i utrzymanie rynku mocy, czyli - w dużym skrócie - modernizację starych i budowę nowych źródeł energii. Za transformację energetyczną w naszych rachunkach płacimy podwójnie. Płacimy na ETS, czyli tak naprawdę na kolej. A drugi raz płacimy na transformację w opłatach: mocowej, „ozowej”, sieciowej, kongeneracyjnej. To trafia do spółek i ma im umożliwić inwestycje. Trzeba to uporządkować. Płaćmy na rozwój sieci w ramach ETS, z tego do budżetu trafia kilkanaście miliardów co roku, a kolej niech szuka pieniędzy gdzieś indziej.

Rządowy „niedasizm” widoczny jest też w blokowaniu obniżki VAT na prąd. Do tego wzywa Komisja Europejska, ale Ministerstwo Finansów wyliczyło, że to będzie kosztować 14 mld rocznie, więc „nie da się”. Tymczasem niezależne think tanki szacują, że ten koszt dla budżetu byłby dużo niższy.

Dlaczego Unia chce obniżać VAT na prąd?


Reklama

Bo próbuje zrobić mniej więcej to samo, co proponuje Karol Nawrocki, czyli maksymalnie obniżyć rachunki za prąd. Bruksela dąży do elektryfikacji. Ogrzewanie domów, samochody, transport, wszystko ma być na prąd, więc powinien być jak najtańszy. I moim zdaniem taka będzie przyszłość, bo to po prostu wygodne. Czy ma sens, że mój blok jest podłączony równocześnie do gazu, prądu i jeszcze miejskiej sieci cieplnej? Ciągnięcie tego wszystkiego to są duże koszty, a do wygodnego życia całkowicie wystarczą woda i prąd. Prąd jest najwygodniejszym źródłem energii do odgrzewania. Unia w tę stronę chce żeglować, więc prezydencki projekt w pewnym sensie jest zgodny z tym, co zaleca Bruksela.


Reklama

***

Bartłomiej Orzeł (1993) - ekonomista. Twórca Sądeckiego Alarmu Smogowego i działacz Polskiego Alarmu Smogowego. Następnie doradca Mateusza Morawieckiego, a w latach 2020-22 pełnomocnik rządu ds. Programu Czyste Powietrze i przewodniczący komitetu ds. Krajowego Programu Ochrony Powietrza. Obecnie przedsiębiorca i lider think thanku Project Tempo.


Reklama