Reklama
Reklama
Reklama

Ostatni rok rządu Tuska. Co planuje premier?

TYLKO NA
kasjan_rzad-listing
Co planuje rząd na swój ostatni rok? Jeden wątek zdominuje przekaz (fot. Shutterstock)
Dodaj do ulubionych źródeł w Google

Rząd Donalda Tuska ma ostatni rok na spełnienie swoich obietnic. Szansa na to jest jednak nikła – z listy 100 konkretów Koalicji Obywatelskiej status „zrealizowane” mają zaledwie 34 postulaty. Nie lepiej wyglądają zapowiedzi PSL, Lewicy czy Polski 2050. Politolodzy nie mają złudzeń: najbliższe 12 miesięcy nie będzie czasem głębokich, systemowych reform. Czego więc powinniśmy się spodziewać?

  • Bezpieczeństwo, bezpieczeństwo i jeszcze raz bezpieczeństwo. Tak najprościej można streścić to, czego zdaniem ekspertów dotyczyć będzie większość decyzji i przekazów koalicji rządowej przez najbliższy rok.
  • Wśród deklarowanych niezałatwionych spraw pozostaje m.in. przejęcie Trybunału Konstytucyjnego. – Temat Trybunału jest niezwykle trudny. To jest sprawa istotna wyłącznie dla wąskiej grupy twardego elektoratu, nie budzi w społeczeństwie takich emocji jak ceny paliw czy koszty życia – wskazuje politolog Sergiusz Trzeciak.
  • Różnie rozkładają się wizje tego, jak rząd podejdzie do kwestii światopoglądowych, w tym aborcji. – To będzie robione rzutem na taśmę – ocenia dr hab. Bartłomiej Biskup z Uniwersytetu Warszawskiego, także politolog.
  • Niewiadomą pozostaje tempo zapowiadanych rozliczeń nieprawidłowości z czasów rządów Prawa i Sprawiedliwości. – Ten temat będzie grzany bez przerwy, ale pamiętajmy, że działa w obie strony – zauważa Trzeciak.

– Wzrost zagrożenia ze strony Rosji jest faktem – mówił we wtorek premier Donald Tusk, stojąc obok szefa litewskiego rządu. – Ostrzegałem o tym opinię publiczną i w Polsce, i w Europie, że będziemy się musieli spodziewać w tym roku i być może w przyszłym wzmożonych akcji ze strony Rosji. Nie wszyscy mi wtedy wierzyli. Jest mi bardzo smutno, że niestety miałem rację – wskazywał.

To kolejna wypowiedź Tuska nt. potencjalnych zagrożeń – te trudno jest zliczyć. Premier nie jest także wyjątkiem w rządzie. – Sytuacja jest najniebezpieczniejsza. Nie przyszedłem was przestraszyć, nie chcę nikogo straszyć. Chcę raczej uspokajać, ale nie mogę przejść obojętnie, bo później powiecie, że nikt was nie ostrzegał – mówił w połowie września Władysław Kosiniak-Kamysz, wicepremier i minister obrony narodowej, na Forum Miasteczek Polskich.

– Przez najbliższy rok rząd musi pokazać skuteczność. Pokazać, że dba o swój własny elektorat. Wobec tego postawi na rzecz, która jest absolutnie kluczowa: bezpieczeństwo – ocenia w rozmowie z Zero.pl dr Sergiusz Trzeciak, ekspert marketingu politycznego i autor książek, m.in. „Drzewo kampanii wyborczej 2.0, czyli jak wygrać wybory”.

Reklama
Reklama

Zdaniem eksperta słowo „bezpieczeństwo” będzie odmieniane przez wszystkie przypadki. – Bezpieczeństwo militarne, bezpieczeństwo obywateli, bezpieczeństwo ekonomiczne. Coraz częściej mówi się też o bezpieczeństwie cyfrowym czy nawet bezpieczeństwie energetycznym – wymienia.

Nacisk na bezpieczeństwo ze strony rządu przewiduje także dr hab. Bartłomiej Biskup z Uniwersytetu Warszawskiego, także politolog. – W tych czasach realnego zagrożenia nie stawia się na systemowe budowanie odporności państwa i społeczeństwa, tylko na straszenie. Robi się to po to, żeby wystąpił tzw. efekt flagi – zjednoczenia wokół rządu w poczuciu zewnętrznego niebezpieczeństwa – i aby w ten sposób utrzymać oraz podbić poparcie dla koalicji rządzącej – ocenia.

Jako przykład takich działań wskazuje niedawną informację o planowanym zamachu na Tuska i Kosiniaka-Kamysza. W związku z nim zatrzymany został 66-latek.

Również Trzeciak przewiduje wykorzystanie efektu flagi: – Rząd będzie chciał przez to dowieść, że skutecznie walczy z zagrożeniami i że w zasadzie najlepiej jest wyciszyć spory polityczne, zjednoczyć się wokół koalicji rządzącej i unikać zmian politycznych.

Reforma sądownictwa się nie uda. A co z przejęciem Trybunału Konstytucyjnego?

Ale bezpieczeństwo nie jest jedynym tematem. Rządząca koalicja nadal ma do zrealizowania wiele obietnic. Jeden ze 100 konkretów Koalicji Obywatelskiej, oznaczony jako częściowo zrealizowany, brzmi: „Uwolnimy sądy od politycznych wpływów. Wykonamy orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej i Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w zakresie gwarancji niezależności sądów i niezawisłości sędziów”.

Reklama
Reklama

Kluczem do jego realizacji jest Trybunał Konstytucyjny – ten, na którego czele nadal stoi powołany wbrew rządowi Bogdan Święczkowski, a od którego nowych sędziów ślubowania przyjąć nie chce prezydent Karol Nawrocki. W ostatnich tygodniach widoczna jest intensyfikacja ruchów rządu w tej kwestii. Głos w sprawie zabrała także Komisja Wenecka.

Czytaj też: Wojna o TK i ślubowanie Berka. Tłum walczył z policją

Problem w tym, że dla wielu osób tematy wokół praworządności są zbyt skomplikowane. – To jest sprawa istotna wyłącznie dla wąskiej grupy twardego elektoratu, nie budzi w społeczeństwie takich emocji jak ceny paliw czy koszty życia. Ludzie nie rozumieją, kto jest „neosędzią”, a kto „paleosędzią”. Obywatele nie oczekują dysput semantycznych, tylko szybkich sądów, sprawnego wymiaru sprawiedliwości i skracania procesów – wskazuje Trzeciak.

– Nikt jeszcze obietnicy usprawnienia sądownictwa nie spełnił. Nie zrobił tego Zbigniew Ziobro, mimo że miał na to osiem lat i pełnię narzędzi, i nie zrobił tego obecny rząd. Prawdziwa reforma dotyczyłaby skrócenia czasu trwania postępowań, cyfryzacji sądów, usprawnienia procedur, obniżenia kosztów i zwiększenia przewidywalności prawa. Uporządkowanie statusu sędziów jest ważne, ale dla obywatela liczy się dostępność sądu – ocenia.

Reklama
Reklama

Przez rok niemożliwe jest przeprowadzenie gruntownej reformy sądownictwa. Mimo tego przejęcie Trybunału Konstytucyjnego z perspektywy rządzącej koalicji może okazać się kluczowe.

– Sytuacja jest na tyle złożona, że mieści w sobie zarówno chęć zabezpieczenia się na wypadek porażki wyborczej, dążenie do bieżącej sprawczości, jak i elementy autentycznej troski o procedury. Logika polityczna miesza się tutaj z logiką prawną. Sam argument „praworządności” stał się niestety kolejnym instrumentem walki partyjnej, gdzie każda ze stron definiuje praworządność na swój własny użytek – tłumaczy Trzeciak.

Rozliczenia naglą. Choć nie wszyscy wyborcy myślą tak samo

Rok to także za mało, aby doprowadzić do końca jakiekolwiek rozliczenia – i to mimo pracujących miesiącami, a w niektórych przypadkach nawet latami komisji śledczych. Choć w związku z nimi do prokuratury złożono kilkadziesiąt zawiadomień o możliwości popełnienia przestępstwa, w tym te dotyczące kluczowych postaci polityki – m.in. Jarosława Kaczyńskiego, Mateusza Morawieckiego czy Zbigniewa Ziobry – zapowiadanych wyroków brak.

Czytaj też: Pegasus poza kontrolą? „Im potężniejsze narzędzie, tym silniejszy musi być nadzór”

– W najtwardszym elektoracie Koalicji Obywatelskiej dominuje poczucie, że te rozliczenia trwają za długo. Wyborcy nie chcą już tylko słuchać o nieprawidłowościach i stawianiu zarzutów – chcą aktów oskarżenia, a najlepiej skazania – ocenia Trzeciak.

Reklama
Reklama

Część tego elektoratu jest nawet w stanie zaakceptować rozwiązania, które ze strony opozycji spotykają się z zarzutem nadużycia władzy. – Twardy wyborca uznaje: skoro PiS tak postępował, to my w ramach rozliczeń mamy prawo zrobić przynajmniej to samo. To nakręca spiralę eskalacji – wskazuje.

Jest jednak i druga, szersza grupa wyborców umiarkowanych, których takie działania mogą odstraszać. – Oni patrzą na to pragmatycznie: „Tyle lat już rozliczacie, ile można to ciągnąć? Co my z tego mamy? Ile środków publicznych realnie odzyskaliście? Skoro mówicie o gigantycznych nadużyciach, pokażcie efekty”. Więc dla jednych to będzie za mało i zbyt wolno, a drudzy powiedzą: „Mieliście trzy lata, zajmijcie się wreszcie bieżącymi problemami Polaków” – mówi nam Trzeciak.

Rząd ma świadomość istnienia dwugłosu. Świadczyć może o tym nawet niedawne nagranie Tuska, który w mediach społecznościowych na koniec września wyliczał: – 314 spraw w toku. W 152 sprawach przedstawiono zarzuty 678 podejrzanym. Łącznie 1598 zarzutów. I zabezpieczono majątek o wartości ponad 484 mln zł.

– Pewnie wydaje wam się, że idzie za wolno. Tak, tak, wiem to wszystko, ale zobaczcie na liczby – wskazywał.

– Ten temat będzie grzany bez przerwy, ale pamiętajmy, że działa w obie strony. O ile narracją rządu jest rozliczanie „złodziejstwa i nieprawidłowości PiS”, o tyle PiS sprowadza to natychmiast do represji politycznych, polowania na opozycję i upolitycznienia prokuratury – zauważa Trzeciak.

Reklama
Reklama

Zdaniem politologa postęp w rozliczeniach zależeć będzie przede wszystkim od nastrojów społecznych. – Rząd zdecyduje się na mocne uderzenie w opozycję przed samymi wyborami, jeśli z badań wyjdzie, że własny elektorat tego bezwzględnie oczekuje – że potrzebne są nowe wątki, nowe afery, głośne ustalenia śledztw. Zapewne te działania będą ściśle skorelowane z badaniami opinii publicznej – ocenia.

– Ale otwieranie zbyt wielu nowych spraw bez zamykania starych rodzi w kampanii potężne ryzyko zarzutu bezskuteczności – i to paradoksalnie ze strony własnych sympatyków, którzy uznają, że rząd niczego nie doprowadził do końca – przestrzega.

Światopogląd może utrudnić kampanię. Mimo to Lewica próbuje

W ostatnich dniach do Sejmu wrócił również temat aborcji – także jeden ze 100 konkretów Koalicji Obywatelskiej, a także czołowy postulat Nowej Lewicy. To właśnie za sprawą drugiej z wymienionych partii w ubiegłym tygodniu zebrała się komisja ds. prawa aborcyjnego.

Reklama
Reklama

Na posiedzenie komisja czekała od lipca 2024 r. Pierwotnie jej ponowne posiedzenie planowane było na wrzesień, jednak zostało odwołane. Jako oficjalny powód wskazywano brak stanowiska Ministerstwa Zdrowia.

Aktualnie w komisji znajdują się cztery projekty dotyczące aborcji. Dwa z nich – autorstwa Koalicji i Lewicy – zakładają możliwość przerwania ciąży do 12. tygodnia. Kolejny, związany z PSL i Polską 2050, przewiduje powrót przesłanki dotyczącej ciężkich i nieodwracalnych wad płodu. Jest także projekt Lewicy dotyczący częściowej dekryminalizacji aborcji.

– Ruszanie w tej chwili spraw światopoglądowych to strategiczny błąd. Z punktu widzenia Lewicy znacznie bezpieczniejsze byłoby skupienie się na mieszkalnictwie, prawach pracowniczych, usługach publicznych i ochronie zdrowia – ocenia Trzeciak.

Zdaniem politologa powrót tematu aborcji do Sejmu wynika z pokusy części środowisk lewicowych, którym wydaje się, że na tym temacie zdołają wyraźnie odróżnić się od Koalicji Obywatelskiej. – Pamiętajmy jednak, że Koalicja Obywatelska nie będzie chciała forsować tych tematów przed wyborami, uznając je za zbyt ryzykowne. Dla całej koalicji to spór szkodliwy – wskazuje.

I dodaje: – Nie wierzę w sprawczość Lewicy na tym polu. Jeżeli przez trzy lata w kółko o tym mówią, a stan prawny pozostaje bez zmian, narażają się jedynie na zarzut bezskuteczności ze strony własnych wyborców.

Reklama
Reklama

Nie bez znaczenia zdają się jednak głosy elektoratu. Na 22 października w 24 miastach zapowiedziano protesty pod hasłem „Czerwona kartka za aborcję”. „Od trzech lat nie znaleźli wystarczająco czasu, motywacji ani sposobu na to, by przegłosować w Sejmie obiecane ustawy: dekryminalizację pomocy w aborcji i legalizację do 12. tygodnia. Po ponad 800 dniach totalnej bezczynności komisja proponuje nam powrót do zakazu z 1993 r.” – piszą organizatorzy.

Czytaj też: Abortomat stanął obok Sejmu. Prawnik widzi szereg zagrożeń

Choć na ten moment nie zapowiada się, żeby frekwencja zbliżyła się do tej z rekordowych protestów z czasów rządów Prawa i Sprawiedliwości, sejmowa większość nie może przejść wobec nich obojętnie. Nawet biorąc pod uwagę sprzeciw Polskiego Stronnictwa Ludowego.

– Rząd będzie próbował pouchwalać te postulaty światopoglądowe, które wcześniej obiecał. To już trochę widać w bieżącej polityce. Tyle że to częściowo w ogóle nie przejdzie przez Sejm i przez parlament, a to, co ewentualnie przejdzie, tego nie podpisze prezydent. Myślę więc, że to będzie robione rzutem na taśmę – tak jak teraz obserwujemy powrót do spraw aborcyjnych. Chodzi o to, żeby później wyborcy nie powiedzieli, że te obietnice nie zostały przez koalicję w ogóle podjęte – ocenia Biskup.

Reklama
Reklama

Budżet nie jest z gumy. Chyba że mamy rok wyborczy

Zdaniem Trzeciaka rząd postawi na decyzje „bliżej obywateli” – takie jak niedawna Ustawa o podatku od nadzwyczajnych zysków koncernów paliwowych. – Zobaczymy próbę naciągnięcia budżetu do granic możliwości – to będzie klasyczny budżet wyborczy – wskazuje.

– Na pewno nie będzie mowy o cięciu jakichkolwiek świadczeń socjalnych. Zostanie utrzymane 800 plus, trzynaste i czternaste emerytury, a być może pojawią się kolejne obietnice transferów. Pomimo trudnej sytuacji finansów publicznych prędzej skończy się to podnoszeniem podatków dla wybranych grup, korporacji czy drobnych przedsiębiorców, bo rząd musi mieć środki na transfery. Na pewno nie będzie żadnej oszczędności, to będzie czas nieustannego rozdawania – ocenia Trzeciak.

Tyle że sytuacja budżetowa faktycznie nie jest w tym momencie najlepsza. Według projektu na 2027 r. zakładany deficyt i dług państwa będą wyższe niż wcześniej prognozowano. Będzie to czwarty rok z rzędu, w którym rozmiary dziury budżetowej przekroczą 200 mld zł – 282,6 mld zł.

Czytaj też: NBP w podbramkowej sytuacji. Fatalny moment na kryzys

Dodatkowo na horyzoncie pojawiło się ryzyko przekroczenia progu ostrożnościowego dla państwowego długu publicznego na poziomie 55 proc. PKB. Ministerstwo Finansów zakłada, że stanie się to już w 2028 r. Pogarszająca się kondycja fiskalna sprawiła, że agencja ratingowa Moody’s obniżyła we wrześniu rating Polski. Stało się to po raz pierwszy w historii dokonywania ocen naszej wiarygodności kredytowej przez tę instytucję.

Reklama
Reklama

Koalicja kontra prezydent. A co z wewnętrzną walką?

Realizowania obietnic nie ułatwi relacja rząd-prezydent. Ta pozostaje napięta od początku kadencji Sejmu, jeszcze kiedy w Pałacu Prezydenckim urzędował Andrzej Duda. Wybór Karola Nawrockiego nie poprawił sytuacji. – Rząd pójdzie na zwarcie. Logika czystej polaryzacji po prostu tutaj zwycięża – ocenia Biskup.

Argumentem za tym ma być m.in. spór o ambasadorów. Zgodnie z informacjami z Pałacu Prezydenckiego porozumienie w tej sprawie miało być już wynegocjowane, jednak w ostatniej chwili zostać zablokowane przez Tuska. We wtorkowej rozmowie z „Rzeczpospolitą” Nawrocki zadeklarował, że jest gotów do powrotu do rozmów, ale nie z wicepremierem, ministrem spraw zagranicznych Radosławem Sikorskim, a bezpośrednio z premierem.

– Z wicepremierem Sikorskim nie jestem gotów. Dlaczego? Bo rozmowy z nim w sprawie ambasadorów nie mają żadnego znaczenia. Po co mam rozmawiać z ministrem, który nie jest gospodarzem sytuacji? Mogę rozmawiać z szefem ministra Sikorskiego, czyli z premierem Tuskiem. Jeśli pan premier chce wrócić do porozumienia, które nadal leży na stole, jestem gotów – zadeklarował prezydent.

W ocenie Biskupa widać w tym przypadku wyraźnie, że premier wcale nie dążył do realnych uzgodnień. – Kolejnym dowodem jest ponowne uchwalanie przez większość parlamentarną ustaw dokładnie w tym samym kształcie, zamiast próby wynegocjowania kompromisowych przepisów, które prezydent mógłby podpisać – wskazuje.

Reklama
Reklama

– To wynika wprost z logiki polaryzacyjnej: ostre starcie powoduje, że można podgrzać emocje wyborców i zmobilizować ich do pójścia do urn, wskazując prezydenta jako kolejnego, głównego przeciwnika – tłumaczy.

I dodaje: – Prezydent ma dzisiaj najsilniejszy mandat bezpośredni i najlepsze notowania. W cudzysłowie oczywiście mówiąc: z perspektywy politycznej opłaca się zwierać z kimś silnym, a nie ze słabym. Budowanie osi sporu z tak wyrazistą postacią polityczną może tworzyć dla koalicji rządowej wygodne narzędzie konsolidacji własnego elektoratu.

Czytaj też: Dziadersi chcą krwi. Tusk i Nawrocki polewają

Prezydent nie pozostaje przy tym bierny, chociażby odpowiadając na ciągłe wypowiedzi członków rządu o zagrożeniach w przywołanym wywiadzie słowami: – Poziom zagrożenia nie zmienił się istotnie w ciągu ostatniego pół roku. (…) Mam trochę żalu do nieodpowiedzialnych polityków, którzy straszą Polaków wojną z powodów czysto politycznych, sondażowych.

Ale o ile balans między koalicją rządzącą a prezydentem jest do przewidzenia, o tyle niewiadomą pozostają relacje w roku wyborczym wewnątrz niej. Każdej z pięciu tworzących ją partii zależeć będzie na uzyskaniu w przyszłym roku jak najlepszego wyniku wyborczego. Pomóc w tym mogą narzędzia wynikające ze sprawowania władzy.

Reklama
Reklama

Problem w tym, że interesy poszczególnych członków rządu niekoniecznie pozostają tożsame, tak jak w przypadku podejścia Lewicy i PSL do aborcji. – W logice przetrwania mniejszych partii leży bezwzględna zasada: wyróżnij się albo zgiń. Im bliżej wyborów, tym mocniej mniejsi koalicjanci będą musieli akcentować swoją niezależność – wskazuje Trzeciak.

– Lewica musi budować odrębność, tak samo Polska 2050 i Centrum. PSL przez to, że się rozmył, notuje spadki poparcia – stąd ich twardy opór i własne projekty, chociażby przy ustawie o wychowaniu patriotycznym. Z kolei Koalicja Obywatelska dąży do scalenia wszystkiego pod swoim szyldem, argumentując hasłem „bądźmy silni razem”, że oddanie głosu na małe partie grozi zmarnowaniem mandatu w systemie d’Hondta. To są wszystko odmienne cele – podsumowuje.

Może zainteresuje Cię również:

Reklama
Reklama