W zaciszu Białego Domu, w zgiełku gabinetów na Kapitolu, czy w dobrze strzeżonych willach Beverly Hills – tam toczy się prawdziwe, ale zarazem mroczne życie gwiazd muzyki, filmu i polityki. Tam dzieją się rzeczy, które potrafią poruszyć ludzi na całym świecie. To podróż przez półtora wieku mariażu polityki z rozpustą.

- Wstrząsające kulisy upadku P. Diddy’ego pokazują, jak blisko elity Hollywood i Waszyngtonu flirtowały z brutalnym światem przestępczym.
- Lista Jeffreya Epsteina połączyła miliarderów, prezydentów oraz hollywoodzkich aktorów w pajęczynie milczenia i brutalnego szantażu.
- Tradycja romansów i politycznej rozpusty w Białym Domu, od Grovera Clevelanda po Billa Clintona, udowadnia, że dla przywódców USA największym afrodyzjakiem była bezgraniczna władza.
„P. Diddy? Nie znam. Nie słyszałem”
Afera, która wybuchła już wiele lat temu, a finalnie doprowadziła do skazania rapera, znana jest chyba na całym świecie. A najlepiej tym, którzy mieszkają w Hollywood i w Waszyngtonie. Na słynne „białe przyjęcia” dawnego Puffa Daddy’ego (takiego pseudonimu pierwotnie używał) zapraszano całą śmietankę – nie tylko gwiazdy filmu i muzyki, ale i polityki.
Dlatego gdy nowojorska policja aresztowała go za wymuszenia, handel ludźmi, niewłaściwe zachowania seksualne, stręczycielstwo i całą masę innych rzeczy, które nieprzystoją przyjacielowi najważniejszych ludzi Ameryki, to ci najważniejsi ludzie Ameryki zaczęli natychmiast oczyszczać swoje konta społecznościowe i telefony ze zdjęć z upadłą gwiazdą muzyki.
P. Diddy? Nie znam. Nie słyszałem. Że mam z nim zdjęcie? Mam zdjęcia z całą masą osób – jestem dość popularny - Tego typu tłumaczenia stały się powszechne.
Leonardo di Caprio, Jennifer Lopez (która przez lata spotykała się przecież z Diddym), Usher (którego Diddy był producentem), Pink, Jay Z i Beyonce… Nikt nie zna, nikt nie wie, nikt nic nie widział.
Do tej listy można dodać też polityków z prezydentem Donaldem Trumpem na czele. Ludzie z Departamentu Bezpieczeństwa Wewnętrznego Stanów Zjednoczonych mówili nieoficjalnie dziennikarzom „The Post” o tym, że w pokojach, w których dochodziło do wykorzystywania seksualnego kobiet, mężczyzn – dorosłych i nieletnich – były kamery, które wszystko rejestrowały i Diddy mógł to oglądać na swoim telefonie.
I – co jeszcze bardziej istotne dla nagrywanych – mógł trzymać pliki w swoim prywatnym archiwum. Sprawa jest rozwojowa, a do listy gości Seana C. dziennikarze co chwilę dopisują kolejne znane nazwiska.
Podczas ostatniej amerykańskiej kampanii wyborczej, gdy na ostatniej prostej Kamalę Harris codziennie wspierały kolejne gwiazdy, z Di Caprio i Lopez na czele, złośliwi prawicowi publicyści pisali o tym, że lista celebrytów popierających kandydatkę demokratów zaskakująco pokrywa się z listą obecności na „białych przyjęciach”.
Dodawano też – już poza kamerami – że zapewne w ten sposób chcą sobie zapewnić nietykalność, gdy wypłyną kolejne dowody w sprawie rapera. On sam w tej chwili odsiaduje wyrok. Za wszystko czego się dopuścił dostał… 50 miesięcy więzienia.
W trakcie procesu przebywa w więzieniu na nowojorskim Brooklynie, gdzie dzień i noc obserwowały go nie tylko kamery, ale i specjalny sztab ludzi, który miał zapobiec jego ewentualnemu samobójstwu.
Wilk z Wall Street na Wyspie Pedofili
I są to wnioski, jakie wyciągnęły amerykańskie służby więzienne, po tym jak człowiek oskarżony i skazany za bardzo podobne przestępstwa, kolegujący się z bardzo podobnymi ludźmi, w nowojorskim więzieniu samobójstwo jednak popełnił. Choć nie brakuje też takich, którzy uważają, że przez swoje znajomości naraził się „seryjnemu samobójcy”.
Bo jeszcze więcej zamieszania niż lista Diddy’ego – szczególnie w Waszyngtonie i na Wall Street – wywołała inna lista. Lista Epsteina.
Jeffrey Epstein, znany w Nowym Jorku finansista, znał wszystkich. I wszyscy chcieli znać jego. Do czasu, gdy w 2008 roku po raz pierwszy zapadł w jego sprawie wyrok. Wyrok groteskowy, biorąc pod uwagę to, do czego dekadę później doszli śledczy i do czego dużo wcześniej doszli dziennikarze.
Kierowcy BMW: postrach i zakała dróg. To stereotyp, a jaka jest prawda?
Epstein został skazany na trzynaście miesięcy aresztu. Ale tylko w teorii, bo w praktyce mógł z niego wychodzić sześć razy w tygodniu… do pracy. Choć groziło mu dożywocie. Zarzuty ograniczyły się jedynie do „nakłaniania do prostytucji”.
Jego prawnik wynegocjował ten dobry deal z prokuratorem Alexandrem Acostą, późniejszym sekretarzem pracy w gabinecie Donalda Trumpa. Zmuszonym do rezygnacji ze stanowiska w administracji przez tego samego Trumpa, po tym jak wyszły na jaw kolejne zarzuty wobec Epsteina.
Jednak w tamtym czasie naczelnym zadaniem elit uwikłanych w znajomość z Epsteinem było to, żeby opinia publiczna nigdy nie poznała listy osób zamieszanych w tę sprawę. Czyli kogo?
Na liście Epsteina, która ujrzała światło dzienne dopiero po jego śmierci w 2019 r., pojawiały się nazwiska nie tylko Trumpa, ale także Billa i Hillary Clintonów oraz byłego już brytyjskiego księcia Andrzeja, który za znajomość z Epsteinem zapłacił tytułem. Był też były premier UK, Tony Blair, amerykańscy gubernatorzy i senatorowie oraz cała plejada gwiazd Hollywood z Woodym Allenem, Alekiem Baldwinem i Kevinem Spaceyem na czele.
Czy wirtualny świat całkowicie pochłonie nasze dzieci?
To, plus niezliczone kontakty w sferze amerykańskiej finansjery, dawały Epsteinowi poczucie bezkarności. Kiedy dziennikarka „Vanity Fair” Vicky Ward zainteresowała się biznesmenem w 2003 r., chciała jedynie zrobić ciekawy artykuł o ciekawym człowieku.
Wyszedł jej materiał śledczy o piramidach finansowych i skomplikowanej pajęczynie powiązań, w której duże role grały wykorzystywane seksualnie nieletnie dziewczyny. A jednak artykuł przed opublikowaniem został ocenzurowany.
Epstein i w mediach miał swoje wpływy. Polegały one nie tylko na powiązaniach towarzysko-biznesowych, nie tylko na wielkich pieniądzach, nie tylko na tym, że połowę śmietanki towarzyskiej Ameryki trzymał za gębę szantażem. Ale też na tym, że potrafił idealnie manipulować ludźmi.
Co się działo na Little St. James, małej prywatnej wysepce archipelagu Amerykańskich Wysp Dziewiczych? Bo to właśnie tam przylatywali znani i podziwiani ludzie na orgie z nieletnimi. Gdy sprawa wyszła na jaw, miejsce to zyskało nazwę Wyspy Pedofili.
Trump na początku wieku mówił, że zna miliardera od 15 lat. Cytowano stwierdzenie Trumpa:
Mówi się nawet, że Epstein lubi piękne kobiety, tak samo jak ja, a wiele z nich jest w „młodszej grupie”.
Tyle, że chyba były nawet jak na Trumpa w zbyt młodej grupie, bo po jakimś czasie Epstein dostał zakaz wstępu do Mar-a-Lago, rezydencji Trumpa – za to, że próbował molestować tam nieletnią.
Bill Clinton po zakończeniu prezydentury miał podróżować z miliarderem na pokładzie jego samolotu jedenaście razy. Podobno dlatego, że lubił podróżować. Widziano go też na Wyspie Pedofili. Zapewne dlatego, że lubił wyspy.
Rzeczniczka byłego prezydenta zapewniała jednak, że latał boeingiem Epsteina tylko cztery razy, zawsze w sprawach dobra ludzkości, o żadnych oskarżeniach wobec Epsteina nie miał pojęcia, relacje między nimi były tylko służbowe, a tak w ogóle to nie rozmawiał z nim od dekady.
Pułapka na Trumpa. Dlaczego Netanjahu nie boi się wściekłości Białego Domu?
Oświadczenie rzeczniczki pojawiło się na Twitterze w 2019 r. I dlatego nie wytrzymuje próby czasu, bo sprawa Epsteina toczyła się od 2005 r., a skazano go po raz pierwszy w 2008, czyli ponad dekadę wcześniej. Ale od kiedy Clinton wydał swoje nowe wspomnienia, nie wytrzymuje to wszystko próby jeszcze bardziej.
W nowej książce 42. prezydent Stanów Zjednoczonych pisze, że spotkał się z Epsteinem tylko dwa razy, na krótko. Raz w siedzibie swojej fundacji i raz w nowojorskim domu Epsteina na Upper East Side.
Najwyraźniej już zapomniał, że rzeczniczka broniła go pięć lat temu nieco inaczej. Ale doniesienia, które już nie doczekały się żadnego oficjalnego komentarza, mówiły także o tym, że miliardera doskonale znała Hillary Clinton.
Jeffrey Epstein nie żyje. Oficjalnie popełnił samobójstwo 10 sierpnia 2019 r. w więzieniu, gdzie siedział za handel żywym towarem, zmuszanie do prostytucji, molestowanie i gwałty na nieletnich. Jego prawnik samobójstwo zakwestionował. Sąd sprawę potraktował poważnie i skończyło się to na zarzutach dla strażników więziennych. Zarzutach o zaniedbanie obowiązków.
Dziki Bill
Zanim William Jefferson Blyth III uznał, że lubi podróżować, a najlepiej z pedofilem, miał już inne problemy z młodymi kobietami. Choć nie aż tak młodymi. 14 stycznia 1999 r. światem wstrząsnęła wieść o rozpoczęciu drugiego w historii impeachmentu amerykańskiego prezydenta. Ale to była tylko „godzina zero” – punkt kulminacyjny całej lawiny problemów, które Bill Clinton na siebie ściągnął i z którymi musiał stanąć później w prawdzie. Wszystko zaczęło się, kiedy był jeszcze gubernatorem stanu Arkansas.
To właśnie wtedy miał jednej z podległych sobie urzędniczek proponować awans w zamian za seks. Rzecz wyszła na jaw w 1994 r., gdy był już prezydentem USA, a Paula Jones przypomniała sobie, że kiedyś takie awanse ówczesnego szefa odrzuciła. Sąd sprawą się zajął i autorytarnie stwierdził, że trzeba ją odłożyć do czasu końca prezydentury podejrzanego. A cztery lata później pozew został oddalony.
Iluzja wielkiego rynku. Dlaczego zachodni biznes nigdy nie zrozumie decyzji Pekinu
Ale widmo oskarżeń Pauli Jones pod adresem Clintona nie znikło. Oskarżenia wróciły ze zdwojoną siłą podczas kolejnej seksualnej afery, która miała dla prezydenta znacznie poważniejsze konsekwencje. Bo Bill Clinton nawet w zaciszu Gabinetu Owalnego nie wyciągnął wniosków i gustowania w podwładnych nie porzucił.
W styczniu 1998 r. prasa zaczęła rozpisywać się o romansie urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych z dawną stażystką Białego Domu, a w czasie nagłośnienia sprawy pracowniczką Pentagonu, Monicą Lewinsky. Współpracownicy Lewinsky zauważyli, że zbyt dużo czasu spędza z Billem Clintonem i przenieśli ją w 1996 r. właśnie do Departamentu Obrony. To nie zmieniło jakoś znacznie jej podejścia do służenia przywódcy kraju.
Jednak w 1997 r. zwierzyła się swojej przyjaciółce Lindzie Tripp z romansu z prezydentem. To był błąd, za który Bill Clinton niemal zapłacił urzędem. Linda zaczęła nagrywać rozmowy z Lewinsky. W rezultacie agenci FBI i prawnik Kenneth Star otrzymali dwadzieścia godzin nagrań, z których dość jasno wynikało, jakiego rodzaju praktyki odbywa Monica Lewinsky pod okiem prezydenta.
Gdy państwo pomaga, a polityka robi zdjęcia
Od tego czasu problemy Clintona zaczęły pączkować. Otwarto ponownie śledztwo w sprawie Pauli Jones. Wolontariuszka Białego Domu złożyła zeznanie, że była przez prezydenta molestowana po tym, jak poprosiła o stałą pracę.
Było tego tak wiele, że przywódca największego światowego mocarstwa musiał publicznie, przed kamerami, wypowiedzieć słynne słowa:
Nie miałem stosunków seksualnych z tą kobietą, z panną Lewinsky.
Co zamiast zatrzymać spiralę nieszczęść, tylko ją nakręciło. Śledczy dotarli do nagrań, z których wynikało, że prezydent oraz jego doradca nakłaniali Monicę Lewinsky do krzywoprzysięstwa, do tej prośby zresztą się zastosowała, zaprzeczając swoim kontaktom z Clintonem.
Ten z kolei musiał się przyznać do kontaktów seksualnych, choć jednorazowych, z jeszcze inną kobietą, Jennifer Flowers. Aż znowu przesłuchano Paulę Jones. 17 sierpnia Clinton skapitulował. Częściowo. Wygłosił skruszone przemówienie, w którym przed całym narodem wyznał, że miał „inne kontakty seksualne” z „tą kobietą, panną Lewinsky”. Ale nie był to seks! Absolutnie nie!
Czyli znowu – „Bill Clinton palił trawę, ale się nie zaciągał…”. Zaprzeczył jednak zdecydowanie innym zarzutom. Ale śledczy już nie bardzo słuchali zapewnień głowy państwa, bo te zmieniały się zgodnie z porami roku. Trzy dni później panna Lewinsky powiedziała zresztą, że jednak się zaciągał. Choć może nie jest to najlepsza parafraza, bo akurat w kontaktach Clintona i Lewinsky cygara odgrywały niepoślednią rolę.
Katastrofa nastąpiła w styczniu. I teraz warto podkreślić, za co Bill Clinton stanął przed komisją senacką. Bo wcale nie za romans, jak zwykło się mawiać. W Stanach Zjednoczonych niemoralne prowadzenie się nie jest zbrodnią, a pozamałżeńskie kontakty seksualne nie są sprawą, która destabilizuje działanie całego kraju i wywraca jego władze do góry nogami. Zbrodnią za to jest kłamstwo.
A Bill Clinton kłamał jak najęty i za każdym razem w przekonujący sposób oszukiwał Amerykanów, by po kilku dniach oszukiwać ich już trochę inaczej. Tak więc impeachment był pod zarzutami krzywoprzysięstwa, okłamywania opinii publicznej i Kongresu, utrudniania pracy wymiarowi sprawiedliwości oraz nakłaniania Moniki Lewinsky do fałszywych zeznań i zatajania faktów.
Postawienie prezydenta w stan oskarżenia przegłosowała Izba Reprezentantów. Wniosek upadł dopiero w Senacie, gdzie 12 lutego 1999 r. 45 senatorów było za odwołaniem prezydenta, a 55 przeciw. A co na to wszystko Pierwsza Dama Ameryki?
Hillary Clinton aferę przetrwała przy boku męża, choć w Białym Domu – po tym jak rozbiła mu pod nogami zabytkową porcelanę – nie odzywała się do niego ani słowem. Załoga rezydencji, chcąc jej pomóc, przygotowywała co i rusz jej ulubione ciasta. Tyle mogli zrobić. To nieoficjalnie. A oficjalnie?
Pani prezydentowa wszem i wobec głosiła, że cała sprawa z Monicą Lewinsky to… „szeroki spisek skrajnej prawicy!”. Impeachment upadł, Clinton obronił stanowisko, ale sprawy o molestowanie i krzywoprzysięstwo toczyły się dalej w sądach niższych instancji i zakończyły się ugodami, w wyniku których prezydent – już wówczas były – musiał wypłacić w sumie niemal milion dolarów. Skazany nigdy nie został.
Ciemna strona Camelotu
Przykład Bill Clinton mógł brać ze swojego idola – Johna Fitzgeralda Kennedy’ego. I to nie tylko w kwestii wystąpień publicznych i polityki, ale też w dziedzinie kontaktów damsko-męskich. W tych pierwszych sprawach – z korzyścią dla wszystkich.
W tej drugiej – zdecydowanie nie. JFK jako młody, bo zaledwie 43-letni mężczyzna, z młodą i bardzo elegancką żoną, zasiada w Białym Domu. Dwa miesiące przed zaprzysiężeniem nowego prezydenta w Waszyngtonie przychodzi na świat ich syn, JFK Junior. Bajka, która dla Amerykanów nabiera dużego znaczenia.
Jest rok 1961 i Ameryka chce być nowoczesna, szybka, skuteczna, piękna, elegancka i światowa. Tacy wydają się być państwo Kennedy. John ma też brata, Roberta, który zostaje w jego administracji prokuratorem generalnym. Piękni, młodzi, bogaci.
O problemach zdrowotnych 35. prezydenta nikt właściwie nie wie. On sam też kryje się z chorobą Addisona, jak tylko może. Przez nią ledwo może się wyprostować, często ból nie daje mu myśleć. Bierze coraz więcej środków przeciwbólowych. Ale bardziej niż o swoje zdrowie dba o wizerunek młodego, jurnego, pełnego wigoru mężczyzny. I to mogłoby go zgubić.
Legenda JFK, o którą szczególnie troszczyła się jego żona Jackie, nie ucierpiała nawet po opublikowaniu całej masy wspomnień agentów ochrony i byłych pracownic prezydenta, które potwierdzały, że Bill Clinton przy Kennedym żył jak mnich.
W 2003 r. odnalazła się „dziewczyna ze zdjęcia”, na którym prezydent jest w limuzynie, a ona klęczy na podłodze auta. To była – a jakże! – stażystka. Tyle że w dziale prasowym Białego Domu. Zadzwoniła do autora książki „Niedokończone życie”, który odnalazł fragmenty utajnionego wywiadu z jej ówczesną szefową. Mówiła ona właśnie o stażystce, która co prawda nie umie napisać słowa na maszynie i do pracy się nie nadaje wcale, ale jest piękna, smukła i „ma pewne zalety drogie prezydentowi”.
Marion Fahnestock powiedziała:
Od czerwca 1962 do listopada 1963 r. utrzymywałam kontakty seksualne z prezydentem Kennedym. Cała reszta to bzdury.
Mając zapewne na myśli swój brak umiejętności stenografowania. Później sama wydała wspomnienia, w których opisywała, że mając 19 lat zaczęła pracę w biurze, które de facto służyło prezydentowi nie tyle do kontaktów z prasą, co raczej do jej zbyt bliskich kontaktów z nim samym i jego gośćmi.
Opisywała, jak straciła z nim cnotę na terenie Białego Domu, jak namówił ją do zabaw ze swoim asystentem i jak odmówiła mu dopiero wtedy, kiedy powiedział, by „odprężyła jego braciszka” – Edwarda Kennedy’ego, późniejszego senatora.
Większość wspomnień dotyczących ciemnej strony legendy JFK rozgrywa się w basenie rezydencji. Tym, który później za czasów prezydenta Nixona został zasypany i zamieniony w – o ironio – dział prasowy Białego Domu. Mówią o tym wspomnienia byłych sekretarek, asystentek, prostytutek i agentów Secret Service.
Do najsłynniejszych anegdot należy ta, w której właśnie agenci w ostatniej chwili uchronili prezydenta przed katastrofą, gdy radośnie odciążał swój schorowany kręgosłup, baraszkując w tym basenie z dwiema młodymi kobietami. Pierwsza Dama postanowiła wrócić wcześniej do Białego Domu i grupa basenowa ledwo zdążyła się ukryć w Gabinecie Owalnym.
Mniejszych i większych romansików w życiu uwielbianego prezydenta Stanów Zjednoczonych było bez liku. Do jego kochanek należała między innymi Tina Sinatra, córka przyjaciela pary prezydenckiej, znanego na całym świecie Franka Sinatry. Ale paradoksalnie do legendy przeszedł ten romans, który trwał najkrócej. Z Marilyn Monroe.
Jej nikomu przedstawiać nie trzeba. Jeśli mówimy o ikonach Ameryki z lat 60., jednym tchem wymienia się tę dwójkę – John Fitzgerald Kennedy i ona. I – jeśli wierzyć wspomnieniom masażystów i znajomych aktorki – tego tchu zabrakło prezydentowi, gdy poznał legendę kina.
Historycy ustalili, że spotkali się tylko cztery razy, lecz zazwyczaj towarzyszyli im i małżonkowie, i kamery, i tysiące innych osób. Sam na sam mogli się znaleźć tylko raz, po przyjęciu u Binga Crosby’ego w marcu 1962 r.
Zostawiłem aparat w hotelu i poszedłem robić zdjęcia smartfonem. Jak mi poszło?
I wtedy właśnie coś się wydarzyło. Wiemy to z relacji jej masażysty właśnie, do którego zadzwoniła w środku nocy z pytaniem, jak ulżyć komuś, kto cierpi na ból kręgosłupa. Po czym sam Kennedy miał wziąć słuchawkę i opisać swoje dolegliwości.
Jednak plotki o ich romansie wybuchły jak pożar lasu, po tym jak JFK świętował swoje urodziny w nowojorskiej Madison Square Garden, a głównym punktem programu było najsłynniejsze bodaj w historii wykonanie „Happy Birthday” przez Marilyn Monroe.
Oliwy do ognia dolała nagła samobójcza śmierć aktorki w trzy miesiące po tym wydarzeniu. Zwolennicy teorii spiskowych mówią o tym, że nie było to żadne samobójstwo, tylko morderstwo na zlecenie klanu Kennedych, bo Marilyn miała mieć jednocześnie romans z Robertem Kennedym – bratem prezydenta.
Teorie podgrzewane są tym, że życie wszystkich trzech postaci tej „Mody na sukces” zakończyło się w nie do końca jasnych okolicznościach i to w zbliżonym czasie. Ale – jeśli wierzyć niektórym historykom – był to nie tyle trójkąt, co… czworokąt!
Jacqueline Kennedy nie była żoną, która nosiłaby swój krzyż z pokorą i w milczeniu. I tak jak jej mąż posiadał spory urok osobisty, tak i ona też nie była od macochy. W kilku jej biografiach możemy przeczytać, że wyszła za mąż za JFK dlatego, że mógł jej zagwarantować odpowiednią pozycję społeczną i pewną dozę wystawnego życia.
W końcu pochodził ze znanego politycznego rodu. Mówiło się o jej romansie z Frankiem Sinatrą (tak, tak, ojcem kochanki męża) czy Marlonem Brando, ale najczęściej – choć półgębkiem – plotkowano o jej romansie z… Robertem Kennedym właśnie! Brat męża miał mieć dla Jackie spory urok i samemu być pod jej urokiem.
Jego żona Ethel była kobietą o surowych, katolickich zasadach i urodziła mężowi aż jedenaścioro dzieci. W związku z czym, jak łatwo zgadnąć, nie miała za wiele czasu, by pilnować brylującego na politycznych salonach Roberta. Tymczasem jego bratowa była na wyciągnięcie ręki. Nieszczęśliwa. Zdradzana, o czym akurat RFK wiedział lepiej niż ktokolwiek. Efektowna.
Tę historię ujawnił wielokrotnie nominowany do Pulitzera autor David Heymann. Uczucie między Jackie a Robertem rodzi się w zasadzie od razu, gdy ta bierze ślub z Johnem. Ale z biegiem lat i zdrad Johna to Robert staje się najbliższym mężczyzną w jej życiu. I paradoksalnie właśnie on w różny sposób rekompensuje jej brak miłości w małżeństwie.
Jednak świat zauważa, że coś jest między nimi dopiero na pogrzebie 35. prezydenta USA. Robert trzyma bratową za rękę i zachowuje się nie jak brat zmarłego, a jak mąż Jackie. Romans rozkwita i zaczyna owocować, gdy wdowa z dziećmi przenosi się z Waszyngtonu do Nowego Jorku.
Robert zajmuje się jej dziećmi, chodzi z nią na spacery po Central Parku. Gdy przyjeżdża, żyją jak rodzina. I to taka najbliższa. Wszyscy o tym wiedzą, nikt o tym nie mówi. Cały klan Kennedych, z żoną RFK na czele, stara się tę sprawę tuszować. Jednak nie da się tej znajomości zamienić w trwały i formalny związek, bo Robert ma ambicje prezydenckie. A zostawienie przez katolika żony z jedenaściorgiem dzieci dla wdowy po zamordowanym na oczach tysięcy osób bracie-prezydencie raczej mu głosów nie przysporzy. Jacqueline o tym wie.
Wokół niej kręci się już przyjaciel rodziny, Aristoteles Onassis. Bajecznie bogaty grecki armator. Chce ją dla siebie, zasypuje prezentami i obiecuje spokój na wzburzonych falach życia. Jackie chce spokoju. Robert chce Jackie. Mówi: „Ona za niego wyjdzie? Po moim trupie!” I umiera od rany postrzałowej kilka tygodni później. Jackie wychodzi za Onasissa.
„Ludzie uwielbiają wierzyć w bajki. Dajmy im coś, w co mogą wierzyć!” – mówiła Jacqueline Kennedy, organizując pogrzeb swojego męża. Bajka o szczęśliwych, młodych i pięknych Kennedych przetrwała i nie zburzyły tej opowieści żadne pojawiające się dowody na to, że tak pięknie to wcale tam nie było.
Tradycja prezydencka
I choć tytuł najbardziej rozpustnego prezydenta Stanów Zjednoczonych bez wątpienia zostałby przyznany Johnowi Fitzgeraldowi Kennedy’emu, to nie był on wcale taki oryginalny. Można wręcz powiedzieć, że kontynuował po prostu pewną amerykańską tradycję.
Nie wszystko jest opisane, nie wszystko udokumentowane, ale warto tu przytoczyć dwa przykłady. Jeden to prezydent Grover Cleveland – o którym stało się głośno po ostatnich wyborach prezydenckich, do tej pory był jedynym w historii, któremu udało się wrócić do Białego Domu po czteroletniej przerwie. W tej chwili do tego elitarnego jednoosobowego dotąd klubu dołączył też Donald Trump. I klub stał się dwuosobowy.
W czasach, gdy Cleveland był gubernatorem Nowego Jorku, zyskał sympatię opinii publicznej tym, że głośno i dobitnie sprzeciwiał się nominacjom do administracji stanowej osób niekompetentnych, wybranych według klucza partyjnego. W 1884 r. udało mu się na tym wjechać na konwencję demokratów i uzyskać nominację prezydencką.
I wtedy „Buffalo Evening Telegraph” ujawniło informacje, które tę sympatię wyborców mu odebrały. Mianowicie, dziesięć lat wcześniej, gdy zaczynał być popularnym i sprawnym politykiem, zmusił swoją partnerkę Marię Halpin do stosunku seksualnego, po którym dziewczyna zaszła w ciążę. Gdy urodziło się dziecko, użył swoich wpływów, by oddała syna do sierocińca, a o sprawie nie wspominała.
Oczywiście temat podchwycili republikanie, którzy oskarżyli go o posiadanie nieślubnego syna, co skwitował stwierdzeniem, że „nie wyklucza, że faktycznie może to być jego dziecko”. Oburzenie opinii publicznej jednak nie trwało za długo, bo już kilka miesięcy później przysięgał wierność Stanom Zjednoczonym jako 22. prezydent tego kraju.
Podobnego rodzaju problem miał prezydent 29 Stanów Zjednoczonych. Tyle że miał chyba mniejsze szczęście do kochanek. Nieślubne dziecko urodziła mu koleżanka z gazety, poznana przez niego jako 19-latka. A córka urodziła się na rok przed wyborem Warrena Hardinga na przywódcę Stanów Zjednoczonych. On się wypierał, Nan Britton nie naciskała i dopiero ponad 90 lat po jego śmierci badania DNA udowodniły jego ojcostwo.
Jednak skandal z nieślubnym dzieckiem z 1920 r. nie byłby aż tak zły dla Hardinga, jak skandal z… szantażującą go inną kochanką, która na domiar złego była podejrzewana o to, że jest niemieckim szpiegiem!
Carrie Phillips była sąsiadką późniejszego prezydenta na początku XX wieku. Później wraz z rodziną wyjechała do Niemiec. Wróciła do USA sama, w przeddzień wybuchu I wojny światowej i od razu odnowiła kontakty z dawnym przyjacielem, który w międzyczasie został już amerykańskim senatorem. W kraju trwały wtedy rozmowy o przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do wojny.
Phillips postanowiła zaszantażować więc Hardinga ujawnieniem romansu i zażądała po pierwsze, by nie popierał wypowiedzenia Niemcom wojny, a po drugie – chciała od niego astronomicznej w tamtym czasie kwoty 50 tys. dol.!
Senator nie ugiął się i zagłosował „za”, a pani Phillips groźby nie spełniła. Ale pojawiła się w jego życiu znowu, zaraz po tym, jak otrzymał od republikanów nominację prezydencką. Wrócił szantaż, który tym razem był groźniejszy i zakończyło się to na kwocie 25 tys. dol. oraz posadach w administracji dla całej jej rodziny. Aż do nagłej śmierci prezydenta w 1923 r., czyli w połowie kadencji, Carrie Phillips przypominała mu się od czasu do czasu z ich przeszłością, za co dostawała miesięcznie 2 tys. dol.
Epilog
„Władza to największy afrodyzjak” mówił Henry Kissinger, doradca do spraw bezpieczeństwa i sekretarz stanu u Nixona oraz Forda, laureat Nagrody Nobla. Mężczyzna, za którego na pierwszy rzut oka nie dalibyście pięciu groszy, a zarazem mężczyzna, który wygrał plebiscyt prowadzony wśród króliczków „Playboya” na człowieka, z którym najchętniej poszłyby na randkę.
Sam potrafił i lubił z tej władzy w taki sposób korzystać, przychodząc do Białego Domu z najpiękniejszymi kobietami Waszyngtonu, za każdym razem z inną. I bawiąc się w najlepsze z modelkami, aktorkami i barmankami, bez podziału na pochodzenie, status społeczny czy status rodzinny.
Historia amerykańskich prezydentów pokazuje, że miał rację. I może to dobrze, że nawet w obecnych, nieprawdopodobnie prozaicznych czasach, w których nic już nie szokuje, nic nikogo nie dziwi, żadna afera w stylu Watergate nie jest w stanie zachwiać rządem, ciągle jest coś, co interesuje, fascynuje i wypełnia szpalty gazet, portali internetowych i czas antenowy największych stacji.
Jackie Kennedy mówiła, że ludzie lubią wierzyć w bajki. Ale chyba jeszcze bardziej lubią wierzyć w skandale. Im większe – tym lepiej.
Tekst ukazał się w Magazynie Zero.

