Doomscrolling, czyli zjawisko kompulsywnego wchłaniania negatywnych treści, ma swoje źródła w naszej psychice, a nie w Internecie. Ale to Internet zamienił je w znak czasów.

Tekst ukazał się w Magazynie Zero#2.
- Współczesna architektura sieci, oparta na nieskończonym strumieniu treści, odbiera nam psychologiczną potrzebę domknięcia i zakończenia czynności, co potęguje nerwice i stany lękowe.
- Nasz mózg jest naturalnie wyczulony na zagrożenia. Social media bezwzględnie to wykorzystują, celowo podsuwając nam negatywne komunikaty, by sztucznie windować zasięgi i czas spędzony przed ekranem.
- Aby odzyskać kontrolę nad własnym życiem i uciec przed „syndromem wrednego świata”, niezbędne jest wdrożenie trzech zasad: radykalnej redukcji powiadomień, dywersyfikacji źródeł oraz twardej cyfrowej rutyny przed snem.
Wiadomość z ostatniej chwili! Wiewiórka, która nauczyła się jeździć na nartach wodnych, utonęła. To wielka strata. Jak bowiem wynika z raportu Międzynarodowej Agencji ds. Klimatu, miałaby szansę przetrwać nawet po uderzeniu huraganu „Szatan" w Kalifornię. Gubernator stanu zapowiedział już, że jest za stary do tej roboty. Ma na głowie II wojnę secesyjną, inflację sięgającą siedmiuset procent, pandemię wirusa zamieniającego ludzi w marmur oraz wyciek wrażliwych danych z serwerów CIA. Polski rząd tymczasem obserwuje sytuację ze spokojem.
– Z perspektywy prajedni jesteśmy tylko kosmicznymi mrówkami. Dryfujemy w beznamiętnej otchłani zimna, pustki i ciszy – skomentował sytuację premier.
A co do dobrych wiadomości, to nie ma, ku***, żadnych.
Witamy w strumieniu nicości, czyli czym jest doomscrolling?
Kilkanaście lat temu prosiłbym was o wyregulowanie odbiorników. Dziś poproszę o odłożenie telefonów. Zjawisko kompulsywnego przeglądania negatywnych treści w Internecie oraz w mediach społecznościowych jest dziś problemem na tyle poważnym, że na alarm bije połączony sztab psychologów, medioznawców, trenerów personalnych oraz filozofów uważności.
Myli się jednak ten, kto sądzi, że za podróżą do piekła (nowo)medialnych przekazów stoi nawyk odklejania się od rzeczywistości. To raczej symptom ultraintensywnego kontaktu z nią – tyle że jest to rzeczywistość przefiltrowana przez cudzą wrażliwość oraz, co gorsza, przez cudzy interes. Czesław Miłosz – zwłaszcza ten z „Ziemi Ulro" – nazwałby tę aktywność zagładą przez utratę sensów. My nazywamy ją – werble! – doomscrollingiem.
Pojawił się zły omen. Recesja grozi największej gospodarce świata – Business Insider Polska, sierpień 2024
XX wiek nauczył nas (słowami Lema), że trudno żyje się w czasach, w których technologia ma swój świetlisty awers i mroczny rewers. XXI wiek udowodnił, że jeszcze trudniej żyć, gdy podrzucona moneta zawsze staje na krawędzi. Telefony przypominają nam o ograniczeniu decybeli w zgodzie z unijnymi standardami, a jednocześnie oferują tryby wygłuszania miejskiej kakofonii (w sam raz na jogging pod sygnalizacją świetlną!).
Aplikacje podsumowują tygodniowy czas spędzony przed ekranem, by za chwilę nas skarcić: wciąż nie jesteś na bieżąco z życiem znajomych i nieznajomych! Media społecznościowe oferują i promują nowe systemy zabezpieczeń, choć ich sednem pozostaje eskalująca ekspozycja prywatności.
Wszystko to oczywiście rzeczy ważne i zauważalne, kontrapunkty w tkance rutynowego i „niewidzialnego" obcowania z technologią. Zaś to ostatnie doświadczenie łatwiej byłoby zamknąć w metaforze strumienia – bezustannego przyswajania informacji; bez paginacji i przecinków; bez wytchnienia i bez sensu. Nie ma znaczenia, w które z czarnych lusterek akurat spoglądamy; czy przeglądamy Facebooka, zapętlamy playlistę w Spotify, wykłócamy się na Reddicie o wyższość pepperoni nad hawajską, czy kupujemy na Temu Spider-Mana z żywicy.
Przeczytaj także: Nałóg, który zabija miliony. Historia tytoniu w pigułce
Zafiksowani na czynnościach bez realnego początku i końca, wszyscy spływamy tym strumieniem do nicości. Dla mnie, jako osoby z nasilającą się nerwicą natręctw, to wyjątkowo ciężka przeprawa. Jeśli bowiem coś daje mi oparcie w codziennym funkcjonowaniu, to raczej świadomość, że istnieją czynności, które można zakończyć. I o których można zapomnieć.
Doomscroling, czyli w dosłownym tłumaczeniu „scrollowanie zagłady" bądź „scrollowanie ku zagładzie", jest niezbitym dowodem na to, że współczesna struktura cyfrowa nie pozwala nam „kończyć" i „zapominać". To aktywność, której oddajemy się niemal wyłącznie w elastycznie definiowanych strefach liminalnych.
Scrollujemy w autobusach, na lotniskach, w poczekalniach i na przystankach, czyli wszędzie, gdzie poczucie paradoksalnej izolacji (czy jak kto woli: „samotności w tłumie") jest „odgórnie" narzucone. Przewijamy feed pomiędzy innymi aktywnościami, w oczekiwaniu na punkty węzłowe dnia, w ciszy poprzedzającej chwile intensywnego stresu. Najczęściej tuż przed snem, gdy nasza odporność jest najniższa.
Ewolucja w służbie lęku: Jak algorytmy hakują nasz mózg?
Zaczyna się od zmasowanego ataku na zmysły – powiadomienia push, nagłówki, opisy klejone pod zasięg, algorytmy. Sprzyjająca doomscrollingowi noc jest żyzną glebą dla tzw. efektu negatywności, czyli tendencji do łatwiejszego przyswajania minorowych treści. To w końcu w półśnie intensyfikuje się melancholia i pogłębiają neurozy. To wówczas myślimy o terminach deklaracji podatkowej; o tym, czy spełnimy się jako pracownicy, przyjaciele, mężowie, żony, ojcowie i matki; o marności tkanek i erozji umysłu.
Przeczytaj także: Dieta ketogeniczna pod lupą. Obiecujące wyniki nowych badań
Doomscrolling, choć prowadzi do kolejnych pytań, jest w pewnym sensie odpowiedzią: ugruntowuje nas w przekonaniu, że istnieją sprawy większe i ważniejsze od nas. Tyle że wiadomości, które w teorii mają nas uspokajać, jedynie wzmagają niepokój. Strach zamienia się w ciekawość, ciekawość intensyfikuje strach, koło się zamyka. Szukamy więc dalej, schodząc coraz głębiej i głębiej, aż do miejsca, w którym świadomość zerowej sprawczości staje się dla nas transparentna. Później, na przestrzeni kolejnych dni, tygodni i miesięcy, utrwalamy szkodliwy nawyk.
Potworna zbrodnia. Matka przygwożdżona widłami do ziemi. Dwuletnia córeczka uduszona w szafie – „Kurier Czerwony", Warszawa, styczeń 1923
W skali globalnej problem jest niezwykle trudny do zdiagnozowania. Nie istnieją kompleksowe badania, które, dla przykładu, wiązałyby praktykę doomscrollingu ze zjawiskiem eskalującej i paradoksalnej (w kontekście drożności kanałów komunikacyjnych) atomizacji społecznej. Jak pokazują jednak publikowane przez uniwersyteckie ośrodki oraz organizacje pozarządowe raporty, praktyka ta prowadzi do generalnego pogorszenia dobrostanu ankietowanych.
Pomijając wysokie, bo aż 30-procentowe ryzyko ciężkich schorzeń psychicznych (od depresji, przez stany lękowe, po schizofrenię), doomscrolling może być też katalizatorem zaburzeń fizycznych; powodować nieprawidłowości snu oraz widzenia, zaburzać rytm dobowy, rozregulowywać pracę ośrodków stresu, pogłębiać napięcia mięśniowe. Nie wspominając nawet o zjawisku katastrofizacji, które wprawdzie może przybierać niewinną postać (Jeśli nie dobiegnę do tego drzewa, to umrę – motywował się każdy facet w trakcie przebieżki), ale zazwyczaj przybiera tę poważniejszą. Kiełkujący w głowie defetyzm z czasem uniemożliwia prawidłowe przetwarzanie informacji.
Syndrom wrednego świata i polaryzacja jako igrzyska
Przeczytaj także: Polski algorytm rozpozna nowotwór. Diagnoza w jeden dzień
W wybitnym filmie Dana Gilroya „Wolny strzelec" Jake Gyllenhaal wciela się w niejakiego Lou Blooma, ludzką kanalię, dokumentującą najkrwawsze wypadki, rozboje i morderstwa. To również chodząca krynica bon motów, choć raczej nie opatrzylibyśmy nimi książki Leszka Kołakowskiego.
– Jak najszybciej wypie*** ze swojej głowy. To niebezpieczna dzielnica – mawia Lou, odsyłając nas do zjawiska zwanego „syndromem wrednego świata".
Termin ukuł w latach 60. profesor komunikacji i kognitywista George Gerbner. Oznacza on, w dużym skrócie, przeświadczenie, że świat jest o wiele niebezpieczniejszym miejscem, niż zakładaliśmy.
W czasach rozkwitu telewizyjnego medium owo przeświadczenie było zakorzenione w społeczno-politycznym krajobrazie epoki. Jednak już wtedy wydawało się jedynie powidokiem przedwojennych praktyk odbiorczych, zwłaszcza tych z domeny prasy brukowej. A także symptomem znacznie szerszego psychologicznego zjawiska. Mowa o ewolucyjnym wyczuleniu na zagrożenie oraz związaną z nim potrzebą kontroli.
Putin straszy bronią jądrową. Zagadka strategii wojennej Rosji – Wiadomości WP, marzec 2022

Doomscrolling w praktyce. Jak niewinne przeglądanie wiadomości zamienia się w cyfrową pułapkę bez wyjścia. (fot. Shutterstock / Shutterstock)
Jeśli idzie o ten pierwszy mechanizm (ewolucyjne, i tak dalej), psychologowie są zgodni co do jego intensyfikacji w czasach wzmożonego informacyjnego szumu. Większość zgadza się jednak, że historyczną całość naszego doświadczenia w tym względzie nieźle odzwierciedlałby prolog „2001: Odysei kosmicznej" Kubricka: oto podrzucona przez małpoluda kość zamienia się w statek kosmiczny.
Negatywne informacje nieodmiennie pobudzają ciało migdałowate w mózgu – to zaś zaczyna produkować emocje. Prawdą jest również, że tak pobudzony mózg chętniej zapamiętuje bodźce negatywne i w konsekwencji – szybciej na nie reaguje. W fantastycznej grze wideo „Bloodborne" ciało migdałowate, inaczej corpus amygdaloideum lub amygdala, przyjmuje symboliczną postać mackowatego stwora rodem z mitologii Lovecrafta. Nie ma ucieczki. Jest tylko błędne koło: próba zrozumienia czegoś fundamentalnie niezrozumiałego.
Przeczytaj także: Lew-Starowicz o nowej pornografii: Tego nie daje żadna relacja międzyludzka
Wiara w kontrolę nad tym strumieniem informacji to z kolei wielka iluzja, a jednocześnie koło zamachowe doomscrollingu. Żyjemy w czasach nadświadomości w kwestii dynamiki rozmaitych zjawisk oraz zerowej wiedzy na temat ich natury. Geopolityka, mapy wpływów gospodarczo-militarnych, nowe technologie, sztuczna inteligencja…
Uporczywe przeglądanie negatywnych treści ugruntowuje nas w przekonaniu, że są to przestrzenie istotne w naszym życiu, ale też niemożliwe do przeniknięcia i pełnego zrozumienia. A ponieważ gdzieś z tyłu głowy kołacze się natarczywa myśl, że wszystko, co czytamy i widzimy, może być cyfrową „fałszywką", owocem konszachtów z AI albo półprawdą spreparowaną przez ten czy inny establishment, refleksja nad „sensami" komunikatów staje się bezzasadna.
Szokująca prognoza pogody na dalsze tygodnie zimy. Polska w samym epicentrum żywiołów – portal TwojaPogoda.pl, grudzień 2023
Piszę te słowa już po II turze wyborów prezydenckich w Polsce. I naprawdę nie potrafię nie dostrzec w nich najlepszej egzemplifikacji tezy o doomscrollingu jako metaforze wrażliwości naszych czasów. Potężna społeczna polaryzacja zepchnęła nas pod krawędź psychicznej integralności, choć – dla czystości dyskursu – będę tu mówił wyłącznie za siebie i za swoją rodzinę.
Przeczytaj także: Antybiotyk w środowisku może obniżać męską płodność. Naukowcy wskazują na ornidazol
Ze szlamu negatywnego przekazu w socialmediowych „rolkownicach" trudno było wyłowić cokolwiek wartościowego, ale też cokolwiek, co gruntownie tłumaczyłoby mechanizmy dokonujących się na naszych oczach przemian. Byliśmy zdani raczej na klasycznie definiowane „media", choć i w nich, z powodu najróżniejszego stopnia politycznego zaangażowania, trudno było dostrzec azyl.
Jasne, do pewnego stopnia zbieramy dziś żniwa kulturowej presji poprzedniej generacji. To pokolenie moich rodziców utożsamiało gruntowne zainteresowanie polityką z nienaganną postawą obywatelską. Jako polscy millennialsi zostaliśmy wychowani w poczuciu, że znajomość polityki jest nie tylko obowiązkiem, ale też głównym budulcem tożsamości oraz glejtem na mówienie o własnych potrzebach względem państwa.
To oczywiście bujda na resorach, gdyż, jak uczy historia, kolektywny poziom wiedzy rośnie wprost proporcjonalnie do polaryzacji i podziałów społecznych. Gdyby było inaczej, erupcja popularności Sejmfliksa oraz koncept polskiej polityki jako straszno-śmiesznych igrzysk dla mas nie byłby owocem ostatniej dekady. Na dobre i na złe, pokolenie Z i Generacja Alfa nie będą mieć tego dylematu.
Pytanie, do którego niechybnie prowadzi taki lament, powinno brzmieć: dlaczego w ogóle mówimy o doomscrollingu jako problemie społecznym? I tu pojawia się kwestia korporacyjnej odpowiedzialności (wiem, dobry żart) za to, jak korzystamy z mediów społecznościowych. W czasach gdy Internet miał pionową strukturę, z autorytetami na górze i maluczkimi na dole, segregacja komunikatów nie była większym problemem.
Dziś jednak struktura jest pozioma – zrównani pod względem znaczenia są nie tylko użytkownicy sieci, ale i tworzone przez nich treści. To właśnie dlatego, kiedy zaczynamy swoją „przygodę" z doomscrollingiem, negatywne komunikaty są na początku odcedzane z neutralnej informacyjnej papki. Algorytmy pracują pełną parą, by jak najszybciej ustawić nas na kursie kolizyjnym z „prawdziwym światem". A ponieważ nie istnieją przepisy penalizujące podobne targetowanie treści, odpowiedzialność za własne zdrowie spoczywa na nas.
Mnie dla przykładu nałogowe oglądanie facetów czyszczących końskie kopyta (fascynująca sprawa!) zaprowadziło do winietek z życia weterynarzy. Potem zaś algorytm odesłał mnie prosto na nielegalne farmy zwierząt i do pseudohodowli, by wreszcie zafundować mi wirtualny tour po ubojni. Po tygodniu mój feed wyglądał, jakby układał go Schopenhauer. Każdy człowiek bierze granice własnego pola widzenia za krawędź wielkiego świata. W punkt, stary, w punkt.

Przerażony mały chłopiec używający telefonu na ciemnym tle (fot. New Africa / Shutterstock)
Wszystko się uda. Jutro będzie lepiej. Nie ma problemu, którego nie rozwiązałby głęboki sen – Delfin z Planety Nibiru, rok księżycowy 2132
Przeczytaj także: Nowe wytyczne dotyczące zdrowia jelit. Naukowcy odkryli zaskakujące powiązania
Na talerzu mamy dziś sporo. Jedną wojnę w Europie, drugą w Azji, trzecią na horyzoncie; katastrofy ekologiczne; długofalowe gospodarcze i kulturowe skutki pandemii; kiełkujący pod trawniczkiem ultranacjonalizmów faszyzm, defetyzm w zderzeniu z ekonomicznymi dysproporcjami oraz ekspansję big techów; Manchester United na Ziemi oraz Katy Perry w kosmosie. Nic dziwnego zatem, że przejęcie kontroli nad informacyjnym strumieniem jest dziś równoznaczne z odzyskaniem kontroli nad własnym życiem.
Jak wyrwać się z cyfrowej otchłani? Trzy kroki do odzyskania kontroli
Odpowiedź na pytanie, jak tego dokonać, nie jest prosta. Lecz wbrew pozorom nie musi przybierać formy mindfulnessowego dekalogu. Wystarczy tylko – wiem, że w szponach maszyny zasilanej atawizmami jest to trudne – zwrócić się w stronę nauki i posłuchać specjalistów. Ci zalecają po pierwsze redukcję (ograniczenie subskrypcji, zmniejszenie liczby śledzonych mediów, selekcjonowanie aplikacji i powiadomień); po drugie dywersyfikację (zwłaszcza w kontekście rozmaitych autorytetów czy medialnych źródeł), a po trzecie – rutynę (np. określone granice czasowe, w których chłoniemy informacje, unikanie kontaktu z błękitnym światłem przed snem itd.).
Łatwiej powiedzieć niż zrobić? Być może, ale nawet w „ciekawych czasach" istnieją momenty wyciszenia, w których temperatura społecznych emocji nieco opada. Warto je wykorzystać. Gdzieś i kiedyś przecież trzeba zacząć.
Alternatywą pozostaje złoty strzał z rafinowanej „rzeczywistości". Bo choć nurkowanie głębinowe w otchłani może wydawać się atrakcyjne, to jego ostatecznym rezultatem jest wyłącznie strach. Lęk przed światem, który nie chce objawić swojego prawdziwego oblicza. Przed człowiekiem, który chce uśpić waszą czujność. I przed sztuczną inteligencją, która m0gła prz3cież nap1sać ten t3kst. Słodk1ch snów.

