
Przez 27 lat nie opuszczała pokoju w mieszkaniu w bloku w Świętochłowicach. Gdy w końcu trafiła do szpitala, system odesłał ją z powrotem do oprawców. Dopiero interwencja dziennikarki Kanału Zero Moniki Krześniak, nowa opiekunka i determinacja wolontariuszek doprowadziły do tego, że 43-letnia Mirella uwolniła się z domowego więzienia. Jak teraz sobie radzi i stawia czoła rzeczywistości?
- Po roku od czasu, gdy cała Polska dowiedziała się o sprawie Mirelli ze Świętochłowic, Kanał Zero postanowił sprawdzić, co dzieje się w tej szokującej sprawie. Policja, ośrodek pomocy społecznej i prokuratura przez miesiące nie widziały podstaw do założenia niebieskiej karty dla rodziny Mirelli mimo skrajnego zaniedbania kobiety i obrażeń, które lekarze uznali za zagrażające życiu.
- W końcu, m.in po naszej interwencji przydzielona w kwietniu asystentka pomogła Mirelli odzyskać dostęp do zebranych dla niej pieniędzy, nauczyła korzystać z pralki, chodzić do fryzjera i dentysty, aż w końcu podjąć decyzję o wyprowadzce z domu rodziców.
- Sąd rozstrzyga teraz, czy kobieta powinna trafić pod przymusową opiekę instytucjonalną.
– Mirella, która przez 27 lat była więziona w swoim pokoju przez rodziców, jest już na wolności, wyprowadziła się od rodziców – mówi nam Monika Krześniak, reporterka Kanału Zero, która od miesięcy walczyła o los 43- letniej Mirelli. Wzywała policję, alarmowała urzędy. W końcu nastąpił przełom i więziona przez lata kobieta wraca do społeczeństwa.
Co teraz dzieje się z Mirellą. gdzie przebywa i jak sobie radzi?
Dziennikarka Kanału Zero rozmawiała o tym z Aleksandrą Salbert, Laurą Duras i Luizą Krusz – trzema kobietami, które od miesięcy wspierają Mirellę w powrocie do normalnego życia i pierwszych krokach samodzielności. Czy ta poraniona fizycznie i psychicznie kobieta odzyska godność i tak naprawdę swoje życie?
Mirella ze Świętochłowic – 27 lat domowego więzienia
43-letnia mieszkanka Świętochłowic przez niemal trzy dekady nie opuszczała swojego pokoju. Sąsiadom i bliskim jej rodzice wmówili, że dziewczyna opuściła wcześnie dom i nie mają z nią kontaktu.
Polska usłyszała o Mirelli w lipcu ubiegłego roku. Sąsiadka zaalarmowała policję, bo w mieszkaniu była awantura. Na miejsce przyjechał dzielnicowy, którego matka kobiety najpierw próbowała nie wpuścić do środka, twierdziła też, że w domu są tylko ona i mąż.
Funkcjonariusz nie odpuścił. To wtedy w drzwiach pokoju stanęła 42-letnia wówczas Mirella – kobieta, która zniknęła w wieku 15 lat i od tego czasu nikt jej nie szukał.
Policjant zauważył obrzęki na jej nogach i wezwał pogotowie. Jak relacjonował później oficer prasowy Komendy Miejskiej Policji w Świętochłowicach, kobieta była „skrajnie zaniedbana”, a badanie na miejscu skończyło się decyzją o przewiezieniu jej do szpitala.
Mirella trafiła na izbę przyjęć wychudzona, ze zniszczonym uzębieniem i ranami na nogach. Kobieta nie umiała korzystać nawet z toalety. W szpitalu spędziła blisko dwa miesiące.
System, który zawiódł
Mimo drastycznego stanu zdrowia, dzielnicowy, który jako jeden z pierwszych zobaczył kobietę po 27 latach, nie wdrożył procedury niebieskiej karty. Nie przesłuchano też rodziców.
– Dla mnie jest to nie do pomyślenia. Ten człowiek popełnił kolosalny błąd. Zaniedbanie, które graniczy z zaniechaniem obowiązków – ocenia w swoim materiale dziennikarka Kanału Zero, Monika Krześniak. Nasza reporterka była jedną z osób, które zaczęły walczyć, by sprawiedliwości stało za dość i Mirella została objęta odpowiednią opieką.
Jednak dwóch miesiącach hospitalizacji Mirella – wbrew nadziejom na zmianę swojego losu – wróciła do domu rodziców. Ani szpital, ani prokuratura nie zgłosiły wówczas podstaw do niebieskiej karty.
Monika Krześniak wróciła do jej mieszkania realizując kolejny odcinek reportażu. Nagrała odgłosy krzyków i uderzeń dobiegające z mieszkania kobiety. Interweniująca na miejscu policja przyjęła jednak wersję rodziny, że doszło jedynie do „incydentu”, a samą Mirellę – jak twierdzi autorka – mieli utwierdzać w przekonaniu, że to dziennikarze chcą jej zaszkodzić.
Po emisji materiału z nagraniem sprawą zainteresował się wiceprezydent Świętochłowic, który zgłosił podejrzenie przemocy domowej na policję. Dopiero wtedy, jak przekazała prokurator, wdrożono procedurę niebieskiej karty i wystąpiono do sądu o wyznaczenie kuratora dla kobiety, u której orzeczono znaczny stopień niepełnosprawności.
Dyrektorka OPS żartowała z ofiar
Nadzór nad pracownikami ośrodka pomocy społecznej sprawowała wówczas dyrektor Monika Szpoczek, wykładająca również na Uniwersytecie Śląskim. Monika Krześniak dotarła do szokujących wiadomości, które kierowała ona do swoich studentów – w jednej z nich, pytana przez przełożonego, jak spędza urodziny, miała napisać: „Zajebiście, Mirelka i Fabianek mnie masują”. Fabianek to ośmioletni chłopiec odebrany biologicznej matce, który trafił do rodziny zastępczej i tam był bity.
Po kontroli przeprowadzonej przez Śląski Urząd Wojewódzki, która wykazała szereg nieprawidłowości w działaniu ośrodka, prezydent zdecydował się rozwiązać umowę z dyrektorką. Praca w OPS-ie zakończyła się także dla kilku innych pracowników.
Kwiecień, który wszystko zmienił
Punktem zwrotnym w życiu Mirelli okazało się przydzielenie jej w kwietniu nowej, opłacanej przez ośrodek pomocy społecznej asystentki. Jak relacjonują wolontariuszki zaangażowane w pomoc kobiecie, to właśnie ta opiekunka jako pierwsza realnie zmieniła codzienność Mirelli.
– Potrafiła sobie świetnie poradzić z oponującą wiecznie matką Mirelli – mówi jedna z nich, opisując, jak nowa asystentka przełamała opór rodziców i doprowadziła do tego, że kobieta mogła wreszcie korzystać z pralki, wychodzić na balkon i zmieniać pościel.
Dzięki niej Mirella zaczęła też mieć dostęp do pieniędzy zebranych dla niej w ramach zbiórki – wcześniej, mimo starań wolontariuszek, instytucje nie pozwalały jej z nich korzystać. Kobieta trafiła do dentysty, fryzjera, przekłuła uszy, kupiła wymarzone kolczyki i zaczęła regularnie uczęszczać na zajęcia w ośrodku środowiskowym.
W drodze do dentysty, jak wspomina jedna z opiekunek, Mirella powiedziała, że wyprowadzka od rodziców to „najlepsza decyzja” w jej życiu. Miała też mówić, że po powrocie do domu rodziców czuła się „jakby wchodziła do piwnicy”, a wychodząc z niego – „zaczerpnęła pięknego życia”.
Nowe życie i wciąż otwarta sprawa
Dziś Mirella mieszka poza domem rodziców, samodzielnie robi zakupy, korzysta z usług fryzjera i kosmetyczki, a wolontariuszki pomagają jej zbierać pieniądze na własne mieszkanie – zbiórka na ten cel wciąż trwa. Kobieta, według relacji bliskich jej osób, „jest bardzo szczęśliwa i wdzięczna”, choć wciąż potrzebuje wsparcia w codziennym funkcjonowaniu.
Historię Mirelli i drogę do jej uwolnienia opisano w książce „Zamknięta, 27 lat”, dostępnej na stronie zamknieta27lat.pl. Sprawą zajęły się też Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej, Prokuratura Krajowa oraz Rzecznik Praw Obywatelskich.
Ostatecznie sprawa trafiła do sądu, który – na wniosek prokuratury powołującej się na ustawę o ochronie zdrowia psychicznego – ma zdecydować, czy kobieta powinna zostać umieszczona w Domu Pomocy Społecznej bez swojej zgody.
Sam wniosek zaskoczył część osób zaangażowanych w pomoc Mirelli, ponieważ zmiany w jej życiu po kwietniu oceniają jako jednoznacznie pozytywne. Rozprawa odbyła się przy wyłączonej jawności, decyzję sądu poprzedzić ma jeszcze opinia biegłego psychiatry.
Osoby, które od miesięcy towarzyszą Mirelli, liczą na to, że sprawa doczeka się finału, a wszyscy odpowiedzialni za lata zaniedbań poniosą konsekwencje.
– Liczę na to, że ci, którzy przymykali oczy na krzywdę Mirelli, poniosą za to surowe konsekwencje – podsumowała Monika Krześniak.
Cały reportaż do zobaczenia tutaj:



