Od lat staram się skrupulatnie zwiedzać Europę. Parę krajów i miast mam już na swoim koncie, i o ile w samej Hiszpanii zdarzyło mi się już być (przez co naprawdę nie jestem w stanie pojąć, dlaczego Robert Lewandowski zdecydował się na przenosiny z Barcelony do Chicago), o tyle na Ibizie nie. Do tego tygodnia myślałem, że nie wybrałem się na nią, ponieważ zwyczajnie mnie nie ciągnęło. Prawda okazała się jednak zgoła inna: po prostu nie dostałem odpowiedniego zaproszenia. Nie to, co poseł Prawa i Sprawiedliwości Michał Moskal.
Moskal, o którym media szumnie mówią jako o prawej ręce Jarosława Kaczyńskiego, a który przede wszystkim dotychczas znany był z zaręczyn w kopalni Bogdanka, na Ibizę udał się na zaproszenie Przemysława Krala, szefa Zondacrypto – owianej słuszną złą sławą giełdy kryptowalut, na której Polacy stracili setki milionów złotych. Tego samego Krala, którego aktualnie reprezentuje poseł Koalicji Obywatelskiej Roman Giertych.
Do podróży polityka – zgodnie z ustaleniami dziennikarzy Michała Fuji z TVN24 i Szymona Jadczaka z Wirtualnej Polski – doszło 7 sierpnia ubiegłego roku, co dla oceny całej historii jest nie bez znaczenia. Wszak sierpień nie jest najlepszym miesiącem na zwiedzanie południa Europy; w tamtej części kontynentu bywa wyjątkowo gorący, przez co nietrudno jest o przegrzanie, którego efektem mogą być nienajlepsze decyzje.
I pech chciał, że właśnie owo niefortunne przegrzanie najpewniej wystąpiło w przypadku Moskala. Bo jak inaczej można byłoby wytłumaczyć fakt, że zaraz po powrocie z Ibizy zaczął interesować się tematem kryptowalut i wraz z posłem Januszem Kowalskim intensywnie zgłaszać poprawki do procedowanej w Sejmie ustawy regulującej ich rynek? Wolę nawet nie spekulować.
Czytaj też: Sprawa Zondacrypto. Wszystko, co trzeba wiedzieć o aferze
Poseł PiS zarzuty stawiane przez dziennikarzy odrzuca i nazywa „kapiszonem”, czemu nie można się dziwić. Sam bym nie chciał się głośno chwalić tym, że poleciałem w środku lata na Ibizę i zapomniałem, że warto nosić czapkę. Polityk jednak idzie krok dalej i zapewnia: „Ani przed tym spotkaniem, ani po nim nie prowadziłem z Przemysławem Kralem żadnych rozmów. Każda próba insynuowania moich związków z Przemysławem Kralem lub firmą Zondacrypto spotka się ze stanowczą odpowiedzią na drodze prawnej”. Mam szczęście, że nie spekulowałem.
Giertychowi chyba coś się pomyliło
Mniej szczęścia miał Radosław P., prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego, który w czwartek został zatrzymany przez funkcjonariuszy Centralnego Biura Zwalczania Cyberprzestępczości i jeszcze tego samego dnia usłyszał zarzuty faworyzowania wierzycieli oraz płatnej protekcji.
Zatrzymanie nastąpiło niedługo po artykule Fuji i Jadczaka (oj, mieli koledzy z TVN24 i Wirtualnej Polski pracowity tydzień, mieli), w którym opisali, jak P. miał otrzymać wart 40 tys. euro zegarek Patek Philippe od Przemysława Krala, szefa Zondacrypto – owianej słuszną złą sławą giełdy kryptowalut, na której Polacy stracili setki milionów złotych. Tego samego Krala, którego aktualnie reprezentuje poseł Koalicji Obywatelskiej Roman Giertych.
Prezent dla prezesa PKOl miał być podziękowaniem za domniemane wstawienie się za giełdą kryptowalut w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów. P. tłumaczy się, że wcale tak nie było, a zegarka nie otrzymał, tylko kupił za gotówkę, w czym jedynie pomógł mu Kral. Niestety pech chciał, że nie ma ani paragonów, ani wyciągów z konta, ani dowodów przewozu gotówki za granicę – bo chyba nie woził jej na cztery razy, żeby tylko nie przekroczyć prawnego limitu przewozu euro, prawda?
Może przez najbliższe trzy miesiące, które prezes PKOl spędzi w areszcie, jakieś dokumenty się znajdą. Choć będę szczery: zegarek niczego sobie, więc niewykluczone, że przemawia przeze mnie zazdrość.
Pech nie opuszcza także Marcina Romanowskiego, który od jakiegoś czasu przebywa w bliżej nieokreślonym miejscu, być może w Naddniestrzu, a podobno miał chcieć przebywać w bardzo określonym miejscu – w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.
Jak piszą (jakżeby inaczej) Fuja i Jadczak, w staraniach o uzyskanie azylu pomagać mu mieli mecenas Bartosz Lewandowski oraz Przemysław Kral, szef Zondacrypto – owianej słuszną złą sławą giełdy kryptowalut, na której Polacy stracili setki milionów złotych. Tego samego Krala, którego aktualnie reprezentuje poseł Koalicji Obywatelskiej Roman Giertych…
Dobra, powtórzyłem to trzy razy, to dodam jeszcze czwarty, ostatni. Tak, żeby dotarło. Przed polskim wymiarem sprawiedliwości Krala, przez którego tysiące ludzi miały stracić setki milionów złotych i który pojawia się we wszystkich głośnych aferach ostatnich dni, reprezentuje poseł rządzącej partii. Jeżeli po raz kolejny problemy zwykłych obywateli spychane są na dalszy plan kosztem krótkoterminowych politycznych celów, to coś się tu solidnie nie zgadza. Ale może przesadzam, może tak właśnie wygląda ta noszona na sztandarach praworządność.
Polska jednak nie chce Nuclear Sharing. Albo chce. Albo już sam nie wiem
Nie będę jednak przesadzał, kiedy powiem, że wicepremier, minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz miał na koniec tygodnia sporo roboty z prostowaniem wypowiedzi swoich wiceministrów – Magdaleny Sobkowiak-Czarneckiej i Pawła Zalewskiego. I o ile na wypowiedź pierwszej z wymienionych o tym, że do Polski w nocy z 9 na 10 kwietnia 2025 r. wleciało nie 20, a 100 dronów, można jeszcze jakoś przymknąć oko, o tyle w drugim przypadku będzie to dość trudne.
Bo jak przymknąć oko na coś, o czym napisały już chyba wszystkie znaczące media na świecie – od Reutera przez BBC po rosyjską propagandę?
Wiceminister Zalewski po spotkaniu w Brukseli z zastępcą sekretarza obrony Stanów Zjednoczonych ds. polityki Elbridge’em Colbym na pytanie dziennikarzy o to, czy obecność wojsk amerykańskich w Polsce mogłaby obejmować zdolności nuklearne, stwierdził wprost: – Chciałbym to powiedzieć bardzo jasno i otwarcie. Polska nie chce mieć głowic nuklearnych na swoim terytorium.
Czytaj też: Weto w sprawie e-dziennika to zła decyzja
Słowa te nijak mają się do starań Polski o udział w programie Nuclear Sharing. Bynajmniej nie dlatego, że naszym marzeniem jest, żeby na terenie naszego kraju obce mocarstwa, nawet te sojusznicze, trzymały swoje głowice jądrowe, ale dlatego, że jeśli deklarujemy wszystkim swoją chęć dołączenia do programu opartego na współpracy, to nie możemy mówić, że nie zamierzamy współpracować.
Panie Pawle, tak się nie robi. To tak, jakbyśmy mówili, że jesteśmy chętni, żeby nas zapraszali na wszystkie najbardziej huczne imprezy, ale my do siebie nigdy nie zaprosimy, bo nie lubimy sprzątać.
Albo jakbyśmy zwolnili najlepszego przyjaciela z pracy, zarzekając się, że załatwimy mu inną super fuchę, a potem odcięli jego nowej fusze całkowicie finansowanie. A nie, to inna sytuacja, to premier Donald Tusk, który wysłał do Trybunału Konstytucyjnego zupełnie niezależnego politycznie Macieja Berka, a teraz ogłosił, że Trybunał od przyszłego roku wypada z budżetu. Cóż, bywa i tak.
Chociaż nowe GTA zapowiada się wybitnie. Zawsze mogło być gorzej.


