Reklama
Reklama

Reklama

Duży spadek liczby ludności Polski. To tak, jakby zniknął Olsztyn czy Gliwice

Reklama
TYLKO NA

Liczba ludności Polski na koniec I kwartału 2026 r. spadła o 155 tys. w ujęciu rok do roku – podał Główny Urząd Statystyczny. To tak, jak gdyby z mapy naszego kraju zniknęło miasto niewiele mniejsze od Olsztyna czy Gliwic. – Gdyby uwzględnić nierejestrowane w statystyce publicznej przepływy ludności, wyludniamy się tak naprawdę od ok. 1995, może 2000 r. – mówi Zero.pl prof. Przemysław Śleszyński z PAN.

Liczba ludności Polski na koniec I kwartału spadła o 155 tys. w ujęciu rok do roku
Liczba ludności Polski na koniec I kwartału spadła o 155 tys. w ujęciu rok do roku (fot. Darek Delmanowicz / PAP)
  • W ciągu roku, od końca marca 2025 r. do końca marca 2026 r., liczba ludności Polski zmniejszyła się o ok. 155 tys. Taki ubytek można porównać do zniknięcia miasta niewiele mniejszego od Olsztyna (166,4 tys. mieszkańców) czy Gliwic (168,2 tys. mieszkańców).
  • Spadek rejestrowanej liczby ludności to efekt rekordowo ujemnego salda urodzeń i zgonów – mówi Zero.pl prof. Przemysław Śleszyński z PAN. Ale to tylko część prawdy o bilansie ludności.
  • Jak dodaje, w Polsce postępuje też nieubłagana, choć jeszcze powolna narodowościowa i etniczna wymiana ludności. Staliśmy się krajem imigracyjnym.

Reklama

Na koniec I kwartału 2026 r. ludność Polski liczyła 37 mln 281 tys. osób – podał Główny Urząd Statystyczny (GUS). Oznacza to, że było nas o ok. 155 tys. mniej niż przed rokiem oraz o ok. 51 tys. mniej niż na koniec 2025 r.

Depopulacja Polski postępuje

Tempo ubytku rzeczywistego ludności w okresie styczeń-marzec br., podobnie jak w analogicznym okresie w ubiegłym roku, wyniosło minus 0,14 proc. Ta skomplikowana formuła oznacza, że na każde 10 tys. mieszkańców Polski ubyło 14 osób.

Długi, rozmowy sponsorowane i wstyd. Żurnalista zameldował się w „Godzinie Zero”


Reklama

Jednocześnie z danych GUS wynika, że w I kwartale 2026 r. liczba urodzeń żywych była podobna do tej zarejestrowanej w I kwartale 2025 r. i wyniosła ok. 57,5 tys. Z kolei przyrost naturalny (różnica między liczbą urodzeń żywych i zgonów ogółem) pozostał ujemny i wyniósł minus 54,5 tys.


Reklama

Spadek rejestrowanej liczby ludności w ostatnim roku wynika przede wszystkim z rekordowo ujemnego salda urodzeń i zgonów – mówi portalowi Zero.pl prof. dr hab. Przemysław Śleszyński z Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania PAN oraz Komitetu Nauk Demograficznych PAN.

– Nie licząc pandemicznego roku 2021, jest to największy ubytek po II wojnie światowej i kontynuacja silnych spadków od tego czasu, powodowanych głównie rekordowo niskim poziomem urodzeń – dodaje nasz rozmówca.

Megatrend jest dla Polski niekorzystny. W sierpniu 2025 r. GUS opublikował raport pt. „Powierzchnia i ludność w przekroju terytorialnym w 2025 r.”, w którym alarmował: „Rok 2025 (stan na 1 stycznia) jest kolejnym począwszy od 2019 r., kiedy liczba ludności w Polsce odnotowuje spadek (minus 147 421 osób)”.


Reklama

W tym samym opracowaniu zaznaczono też, że ubytek liczby ludności wystąpił we wszystkich województwach, przy czym w każdym województwie był to ubytek większy niż w roku poprzednim. Według GUS, w 61 spośród 66 miast na prawach powiatu liczba ludności na dzień 1 stycznia 2025 r. była mniejsza w porównaniu ze stanem 1 stycznia 2024 r. W przypadku powiatów, spadek liczby ludności wystąpił w ok. 89 proc. tych jednostek podziału administracyjnego. Z kolei w przypadku gmin odsetek jednostek ze spadkami ludności wyniósł 78,8 proc.


Reklama

Profesor Śleszyński w rozmowie z Zero.pl wskazuje, że znaczenie rekordowo niskiej liczby urodzeń dla poziomu populacji w Polsce jest duże, ale „to tylko część prawdy”.

Zandberg o długu Żurnalisty: Kradzież pensji

– Na bilans ludności składają się jeszcze migracje międzynarodowe, opierające się na „oficjalnych” zameldowaniach i wymeldowaniach – podkreśla. – Ich saldo, tj. saldo Polski z zagranicą, jest lekko dodatnie dla naszego kraju w ostatnich latach. Ale gdyby uwzględnić nierejestrowane w statystyce publicznej przepływy, tj. ze względu na wielomilionowy exodus obywateli Polski, zwłaszcza do Europy Zachodniej, wyludniamy się tak naprawdę od ok. 1995, może 2000 r., jeszcze przed wejściem do Unii Europejskiej – dodaje.


Reklama

Imigranci mogą nam równoważyć ujemny przyrost naturalny

– Natomiast od ok. 2015 r. jesteśmy krajem imigracyjnym i z tego powodu aktualnie liczba mieszkańców przebywających na terytorium Polski prawdopodobnie stagnuje, a być może nawet lekko wzrasta – zwraca uwagę naukowiec. – Imigracja z Ukrainy, najpierw ekonomiczna, a potem wojenna, oraz głównie ekonomiczna z krajów azjatyckich i z innych regionów świata, może równoważyć lub nawet przewyższać ujemne saldo notowanego przez GUS przyrostu naturalnego – zauważa.


Reklama

Jeśli chodzi o obcokrajowców pracujących w Polsce, to GUS podaje dane z lekkim opóźnieniem – najnowsze dotyczą stanu na koniec października 2025 r. Z opracowania tego dowiadujemy się, że na dzień 31 października ub. r. pracę w Polsce wykonywało 1 mln 139,4 tys. cudzoziemców, tj. o 7,1 proc. więcej niż w październiku 2024 r. W porównaniu do poprzedniego miesiąca (września 2025 r.) ich liczba zwiększyła się o 0,9 proc.

Najliczniejszą grupą obcokrajowców wykonujących pracę w Polsce w końcu października ub. r. byli obywatele Ukrainy – grupa ta liczyła 767,1 tys. osób, czyli o 7,3 proc. więcej niż rok wcześniej o tej samej porze oraz o 1,1 proc. więcej niż w końcówce września 2025 r. Obywatele Ukrainy stanowili 67,3 proc. ogólnej liczby cudzoziemców wykonujących pracę w Polsce.


Reklama

Na kolejnych miejscach uplasowali się:


Reklama

  • obywatele Białorusi – 10,5 proc. ogólnej liczby cudzoziemców pracujących w Polsce;
  • obywatele Gruzji – 2,2 proc.;
  • obywatele Indii – 2,1 proc.;
  • obywatele Kolumbii – 1,7 proc.;
  • obywatele Filipin – 1,3 proc.

Cudzoziemcy z obywatelstwem innych krajów niż wyżej wymienione stanowili zaś 14,9 proc. ogólnej liczby cudzoziemców wykonujących pracę w Polsce.

– Następuje swego rodzaju narodowościowa i etniczna wymiana ludności – podsumowuje prof. Śleszyński. Jak dodaje, jest ona „powolna, ale systematyczna”:  – I będzie to się prawdopodobnie pogłębiać w związku z luką podażową na rynku pracy, czyli brakiem rąk do pracy, i być może jeszcze innymi czynnikami.


Reklama