– Zgodziłem się na założenie kamer m.in. w miejscu zamieszkania i inne działania operacyjne po to, by służby miały pełniejszy obraz – mówi w rozmowie z Zero.pl wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski. Jak dodaje, nie czuje się odarty z prywatności. Zapewnia też, że „lewicową agendę wprowadza główną bramą”.

Aleksandra Cieślik, Anna Wittenberg, Zero.pl: Po co Nowa Lewica jest w rządzie, skoro premier i tak was wysyła do kąta przy ważnych reformach?
Krzysztof Gawkowski, wicepremier, minister cyfryzacji: Osiągnięć Nowej Lewicy w rządzie zazdroszczą nam wszyscy koalicjanci.
Tak?
Główne reformy, które rząd przeprowadził, i największe zrealizowane wydatki społeczne – renta wdowia i pieniądze na budownictwo społeczne – to propozycje Nowej Lewicy. Żadna inna formacja polityczna w rządzie nie ma takich rozwiązań programowych.
Małżeństwa jednopłciowe? "Wjeżdża główną bramą"
Reforma Państwowej Inspekcji Pracy wybitnie się za to nie udała. Rządowy proces legislacyjny był niemal zakończony, a premier na ostatniej prostej uznał, że projekt waszej ustawy należy wyrzucić do kosza.
Po czym po trzech dniach powiedział, że wracamy do pracy nad tą ustawą i tak się stało. Tak już jest w polityce.
Na razie nie udało nam się wprowadzić związków partnerskich, ale na przykład zablokowaliśmy reformę dotyczącą kredytu 0 proc. Jakbym miał więc ocenić z perspektywy wyborców, uważam że obecność Nowej Lewicy w koalicji się opłaca.
Lewicową agendę próbujecie wprowadzać tylnymi drzwiami – tak jak małżeństwa jednopłciowe.
To wjeżdża raczej główną bramą.
Ta główna brama polega na tym, że w aktach stanu cywilnego ma być napisane „pierwszy małżonek” i „drugi małżonek”, a nie „mąż” i „żona”.
Prawo w Polsce jest jasne: wzory aktów stanu cywilnego zmienia się w rozporządzeniu, w zgodzie z treścią ustawy prawo o aktach stanu cywilnego. Do wydania rozporządzenia nie potrzeba zgody prezydenta. A nie jest przecież tajemnicą, że w Pałacu Prezydenckim nie ma przychylnego nastawienia do zmian przepisów określających status małżonka.
Przedstawiłem więc rządowi pewną propozycję – to pierwszy krok, który pozwoli zarejestrować w Polsce związki zawarte za granicą.
Czym będzie się różniło teraz jednopłciowe małżeństwo zawarte w Holandii od małżeństwa zapisanego w konstytucji i ustawie o planowaniu rodziny?
Nie wszystko będzie możliwe. Przykładowo, nie będzie możliwości adopcji dzieci.
Wspólność majątkowa?
To rozporządzenie dotyczy wyłącznie wzorów aktów stanu cywilnego. Nie zmienia ustawy – Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego.
Nie wierzymy, że jeszcze pan nie wie dokładnie, jakie będą konsekwencje tego, co pan wprowadza.
Powiedziałem, że nie będzie adopcji.
Cała koalicja się na to zgodzi?
To niełatwy temat, oczywiście. Dlatego projekt rozporządzenia wysłałem do konsultacji do całej Rady Ministrów. A szczegółowe wytyczne powinny być wydawane przez Ministerstwo Cyfryzacji, ale w porozumieniu z resortami spraw wewnętrznych i administracji oraz sprawiedliwości.
Czy Polsce naprawdę groziło wyłączenie prądu?
Dlaczego sieje pan panikę? Polskie Sieci Elektroenergetyczne podały, że w grudniu 2025 r. nie było krytycznych incydentów, podczas gdy mówił pan, że w wyniku ataków cyberprzestępców powiązanych z Rosją niemal doszło w Polsce do blackoutu.
Ale przecież doszło do największego w historii ataku na polską energetykę.
Dwa dni po tym, gdy pan powiedział o niedoszłym blackoucie, premier Tusk mówił: „ani przez chwilę nie była zagrożona infrastruktura krytyczna”.
Premier mówi o perspektywie tego, jak służby to opowiadały już po całym incydencie. A ja mówiłem o tym, jak wyglądało to z perspektywy mojej, kiedy ten incydent się wydarzył.
Nie bardzo rozumiemy. Było w końcu to zagrożenie blackoutem w grudniu czy go nie było?
Był największy atak na sieci elektroenergetyczne w historii Polski. To był atak na trzy różne miejsca, w tym duży zasób energetyczny. Czy mogło nie być prądu w jakichś miejscowościach? Tak, mogło tak się skończyć.
Natomiast jest pozytywny wniosek z tej sytuacji – współpraca z prezydentem.
To znaczy?
Tam, gdzie chodzi o odpowiedzialność za bezpieczeństwo, Karol Nawrocki jest informowany o sytuacji poprzez przekazywanie mu materiałów niejawnych, ale również podczas spotkań Komitetu Bezpieczeństwa, w których uczestniczą jego przedstawiciele. I to najbardziej merytoryczne dyskusje, jakie są prowadzone w Polsce. Odbywają się w trybie niejawnym i tam współpraca z obozem prezydenta jest bardzo dobra.
Jak nie można wynieść informacji do mediów, to wtedy się dogadujecie, a jak można zagrać informacją, to jest piekło?
Na spotkaniach ujawniamy informacje, słyszymy komentarze, mamy poczucie, że gramy wszyscy w tej samej drużynie. Te spotkania są spokojne, z perspektywą poczucia bezpieczeństwa, troski o obywateli. Tak to czuję i dlatego o tym mówię. Dopiero kiedy przychodzi do jakiejś szarpaniny na X, wpisów i wypowiedzi medialnych, można odnieść wrażenie, że żyjemy w totalnie podzielonym państwie. Tymczasem to nieprawda.
Ta naparzanka to nieprawda?
Na odcinku bezpieczeństwa prezydencki i rządowy obóz działają ręka w rękę.
"Cyfrowe czołgi już tu są" – lejtmotyw wicepremiera
Wróćmy do straszenia. Pod koniec 2025 r. mówił pan, że rosyjskie służby miały płacić Polakom za działania w sieci po 3-4 tys. euro za jedną akcję. Posłowie PiS poprosili o szczegóły i żadne ministerstwo w odpowiedzi na interpelację nie potwierdziło pańskich słów. Resort sprawiedliwości podał, że nie odnotowano postępowań, w których polscy obywatele występowaliby jako podejrzani.
Podtrzymuję: w Polsce służby rosyjskie i białoruskie działają bardzo aktywnie nad mobilizacją, próbą złowienia i przekupienia polskich obywateli. Pisaliśmy o tym w oficjalnych materiałach, w podsumowaniu tzw. parasola wyborczego. A że nie udało się nikogo złapać? To może dobrze, bo nikt się nie skusił.
Wychodzę z założenia, że obywateli lepiej poinformować, że to jest nielegalne, niż żeby nie wiedzieli. I tak mówię tylko kilka proc. z tego, co wiem. Reszta jest obarczona klauzulami.
Stanisław Żaryn napisał w serwisie X, że – mówiąc o próbach werbunku – albo ujawnił pan informację chronioną, którą pozyskał jako wicepremier i minister cyfryzacji, albo „zwyczajnie wprowadził Polaków w błąd, grając na emocjach i próbując szokować opinię publiczną skalą zagrożenia”.
Pan Żaryn, jako osoba odpowiedzialna w poprzednim rządzie za walkę z dezinformacją, powinien poczytać raporty pełnomocnika rządu ds. cyberbezpieczeństwa z lat 2024-2025, bo tam też są te informacje. Widocznie nawet nie zerknął.
A co, jeśli straszenie obywateli przestanie działać? Pan ciągle wychodzi do mediów i mówi: „cyfrowe czołgi już tu są”.
Mamy w Polsce wielki hype na cyfryzację i technologię, ale ludzie nie zdają sobie sprawy, co to za sobą niesie. Trzeba wytworzyć odporność wszystkimi metodami.
Jak dziś z odpornością wśród polityków? Afera Dworczyka mogłaby się powtórzyć?
Tak, oczywiście. W państwie mamy blisko stu ministrów i tysiące urzędników. Nietrudno sobie wyobrazić, że ktoś napisze na prywatnym koncie coś, czego nie powinno tam być. Ludzkie błędy się zdarzają.
Spójrzmy na przykład z USA: sekretarz obrony i przedstawiciele największych agencji wywiadowczych wymieniali się na Signalu tajnymi informacjami i dołączyli do rozmowy dziennikarza. Skoro mogło się to wydarzyć tam, może się wydarzyć wszędzie, także w Polsce.
Co zrobiło państwo, żeby ograniczyć takie ryzyko?
Od mojego przyjścia – i już wcześniej – zaczęliśmy stosować pentesty i testy „lojalnościowe”. Urzędnicy dostają podchwytliwe maile od naszego departamentu cyberbezpieczeństwa. Sprawdzamy, czy dadzą się złapać. Zachęcamy inne resorty do podobnych działań. Przeprowadziliśmy szkolenia w spółkach Skarbu Państwa i największych zakładach wodociągów i kanalizacji. Szkoliliśmy także wśród posłów.
Czy to wystarczy?
Nie do końca. Urzędów w Polsce są tysiące. Zawsze ktoś może paść ofiarą. Przypomnę, że w zeszłym roku jeden z senatorów przelał pieniądze przestępcom, którzy podali się za szefów polskiej policji. To pokazuje lukę kompetencyjną – niezależnie od wieku czy zawodu.
Co więc naprawdę pokazała afera Dworczyka?
W dwójnasób: słabość konkretnej osoby i słabość państwa, które nie miało nad tym kontroli. Dlatego podczas spotkań z przedstawicielami służb powtarzam, że służby powinny monitorować i sprawdzać, czy takie sytuacje się nie dzieją.
Czy da się to w pełni kontrolować?
Nie da się czytać wszystkiego u wszystkich. Żeby to zrobić, trzeba byłoby masowo kontrolować prywatną komunikację. A ja mentalnie jestem przeciwko rozwiązaniom typu odszyfrowywanie szyfrowanych wiadomości – to byłby krok w stronę świata Orwella.
"Zgodziłem się na założenie kamer w miejscu zamieszkania"
Co dzisiaj mogłoby najbardziej skompromitować polityków? Jakie wątki musiałyby wypłynąć?
Kompromitacja byłaby np. wtedy, gdyby minister cyfryzacji pisał o materiałach niejawnych w prywatnych wiadomościach. Mówię o sobie, bo najłatwiej na własnym przykładzie: gdyby ktoś pokazał, że piszę takie rzeczy na forach, komunikatorach albo mailach, złożyłbym dymisję. Skoro od dwóch lat mówię „nie wolno”, to nie musiałby mnie nikt namawiać do rezygnacji.
Pytamy, bo wojskowi mówią, że Rosjanie stale szukają „haków”.
Dlatego są kampanie i komunikaty: ostrzegamy urzędników, że na popularnych platformach i komunikatorach (Signal, WhatsApp, Messenger) działają grupy przestępcze, czy nawet APT. Wystarczy jedna skompromitowana osoba, a pół świata będzie mogło przeczytać to, co ktoś napisał. Błędów ludzkich nie da się wyeliminować. Nie ma systemu cyber, który byłby w 100 proc. odporny. Skoro potrafią się skompromitować najlepsi, każdemu może się to przydarzyć.
To co mają na pana?
Nie wiem, czy Rosjanie mogą coś mieć na kogokolwiek. Uważam, że polskie służby dobrze chronią polityków. Od pierwszego dnia w rządzie mam bardzo dobry kontakt z ministrem Tomaszem Siemoniakiem, który koordynuje funkcjonowanie służb specjalnych. Wyraziłem też zgodę na działania ponadstandardowe.
To znaczy?
Zgodziłem się na założenie kamer m.in. w miejscu zamieszkania i inne działania operacyjne, po to, by służby miały pełniejszy obraz. Dzięki temu czuję się zabezpieczony przy podejmowaniu decyzji dotyczących miliardów złotych czy bezpieczeństwa milionów Polaków.
Nie czuje się pan odarty z prywatności?
Nie. To były moje decyzje.
Premier Gawkowski w „Big Brother”.
Podejmujesz decyzję, czy chcesz to robić. Chciałem być ministrem cyfryzacji, więc wiem, z czym to się wiąże: jakie ustawy prowadzę, co one zmieniają i jakie pieniądze są w grze. To oznacza odpowiedzialność i konieczność „czystości”, żeby nie było przestrzeni na zarzuty.
Najtrudniejsze były rozmowy z rodziną – musiałem powiedzieć żonie i dzieciom, bo to dotyczy nas wszystkich. Żyję z tym; kiedyś to się skończy.
W takim układzie przynajmniej obyczajówka panu nie grozi.
Skandale w Polsce to raczej korupcja, niekompetencja, nepotyzm. A kto z kim śpi – na Lewicy naprawdę nikogo to nie obchodzi. Nikt nikomu do łóżka nie zagląda. Ważne, żeby człowiek był szczęśliwy.
Słabe punkty polskiego bezpieczeństwa cyfrowego
Mówił pan, że miękkim podbrzuszem Polski, gdy mowa o cyberbezpieczeństwie, jest samorząd, tzw. Polska powiatowa. Co konkretnie zrobiono, by to zmienić?
Po pierwsze, znacząco wzmocniliśmy ochronę najbardziej wrażliwych obszarów, przede wszystkim wodociągów i kanalizacji, które stały się jednym z głównych celów ataków, zwłaszcza ze strony Rosji.
Po drugie, objęliśmy wsparciem infrastrukturę energetyczną, również na poziomie lokalnym, m.in. poprzez duże inwestycje finansowane z KPO. Największe pieniądze, po ok. 400 mln zł, trafiły do sektora energetycznego, który w wielu miejscach bezpośrednio współpracuje z samorządami.
Po trzecie, kontynuujemy program Cyberbezpieczny Samorząd, wart łącznie ok. 1,5 mld zł, oraz prace nad integracją systemów administracji. Chodzi o ujednolicenie zarządzania, wdrożenie elektronicznego zarządzania dokumentacją i zabezpieczenie tej infrastruktury w około dwóch tysiącach instytucji.
I wreszcie kompetencje. Równolegle postawiliśmy na ludzi. Przeszkoliliśmy około 200 tys. urzędników, bo bez podstawowej wiedzy i procedur nawet najlepsze technologie nie działają. Razem te działania stopniowo wzmacniają to, co wcześniej było najsłabszym punktem systemu.
Który obszar uważa pan za najbardziej narażony?
Woda i kanalizacja. W 2025 r. widzieliśmy gwałtowny wzrost ataków ze strony Rosji – rzędu kilkuset procent.
Słabych punktów jest jednak więcej. W drugiej połowie stycznia Centralne Biuro Zwalczania Cyberprzestępczości (CBZC) zatrzymało siedem osób za fałszywe recepty, które wystawiano przy pomocy wykradzionych z systemów danych lekarzy.
To jeden z pierwszych problemów, którym zająłem się w grudniu 2023 r. i styczniu 2024 r.
Tyle że w kwietniu 2025 r. pana własna Rada Cyfryzacji alarmowała, że problem jest nierozwiązany.
Nie wszystko mogę powiedzieć. Pracują nad tym specjalne zespoły prokuratorów. Ministerstwo Cyfryzacji ma dobrą łączność z CBZC, prowadzone są konkretne działania.
W latach 2026-2027 sektor zdrowia dostanie duże pieniądze na cyber, m.in. z Krajowego Programu Odbudowy. Nie poprawimy wszystkiego z dnia na dzień, ale inwestycje pokazują, że zaczynamy rozwiązywać problemy.
Na razie nie ma nawet standardu cyberbezpieczeństwa dla aplikacji gabinetowych, z których wyciekają dane pacjentów. Tak samo zresztą dla szkolnych e-dzienników.
Dopiero w tym roku, po dużych bojach, uchwaliliśmy ustawę o certyfikacji cyberbezpieczeństwa. Były silne naciski, żeby ją opóźnić albo zablokować. Rynek nie jest przyzwyczajony do standardów, bo wcześniej ich nie było: kupowało się sprzęt „żeby działał”, bez sprawdzania.
Na razie certyfikacja nie jest obowiązkowa – przypuszczam, że z czasem będzie musiała być. Ale dziś budujemy ramy, których nie było. W wielu miejscach Polska jest bezbronna, gdy przyjrzeć się temu głębiej.
Szkoły zasypujecie sprzętem z KPO, który też nie będzie zabezpieczony. Wszystko spada na szkolnych informatyków.
Nie da się zrobić wszystkiego naraz. Na rynku brakuje około 200 tys. specjalistów od technologii teleinformatycznych.
Więc dajecie sprzęt i mówicie: „To wasz problem”.
Nie, te komputery będą działały w Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej (OSE), która zapewnia warstwę bezpieczeństwa dostarczaną przez NASK. Dajemy sprzęt, żeby zasypać lukę technologiczną: w szkołach go nie ma albo jest tragiczny. Urządzenia mające 10-15 lat są w praktyce niemal niemożliwe do odpowiedniego zabezpieczenia.
Lobbysta Mety doradza ministerstwu w specjalnej radzie
Minister edukacji Barbara Nowacka proponuje ograniczenie social mediów dzieciom poniżej 15. roku życia. To dobra droga?
Sama zmiana wieku byłaby populizmem. Potrzebna jest skuteczna, bezpieczna – a więc bez wykorzystywania biometrii, jak przyjęto w Australii – weryfikacja wieku użytkowników. Już dziś na platformach są 8-9 letnie dzieci, którym często to rodzice pozwalają założyć konto.
A dlaczego platformy same nie mogą wykrywać, że użytkownik ma osiem lat?
Jestem zwolennikiem dociskania platform, ale nie wszyscy w Polsce tak uważają.
Dlatego zaprosił pan do Rady Cyfryzacji Jakuba Turowskiego, lobbystę Mety.
Pracownika Mety.
Na jakim stanowisku?
Nie wiem, ale na pewno z Mety.
Szef zespołu ds. polityki publicznej Facebooka.
Zaprosiłem do rady ludzi z różnych środowisk: uczelni, samorządów, ekspertów, prokuratury, organizacji pozarządowych oraz firm – nie tylko Mety, także IBM i T-Mobile. Cel był taki, żeby to był pełny balans i transparentność: parytet kobiet i mężczyzn, różne perspektywy, brak większości jednej grupy. Poglądy mają się ścierać.
Przy podatku cyfrowym zrobiliśmy otwarte spotkanie: przyszło 30 organizacji, 15 było „za”, 15 „przeciw”. Tak to traktuję: rozmawiamy ze wszystkimi. Jeden człowiek nic nie „przepchnie”. A to, że chcę ograniczać nadużycia platform, jest widoczne po tym, jak walczymy o DSA i jego wdrożenie – to szansa na oczyszczenie internetu.
Jaką przyjmiecie strategię na DSA po prezydenckim wecie ustawy wdrażającej unijne rozporządzenie?
Chcemy rozłożyć przepisy na różne akty legislacyjne. Niektóre powinny wejść w życie szybciej, inne mogą później. Ale bez „surowego wdrożenia”, bo skończy się tak samo, jak do tej pory: wetem prezydenta. I choć uważam, że Karol Nawrocki się myli, to moim zadaniem jest odnaleźć się w takiej sytuacji, jaką mamy. Będę więc wdrożenie DSA „obkładał” różnymi przepisami, szatkował.
Co dalej z Polską 2050? "Najgorsza rzecz to podział"
A właściwie dlaczego już drugi raz nie został pan szefem Lewicy?
Bo nie startowałem.
Bez żartów, przecież z Agnieszką Dziemianowicz-Bąk, Tomaszem Trelą i Marcinem Kulaskiem byliście już kandydatami.
Tak, tylko że ostatnia część tego wyścigu po przywództwo na Lewicy zbiegła się z objęciem funkcji marszałka Sejmu przez Włodka Czarzastego. Z perspektywy zysku politycznego to dobry czas, żeby on szefował partii, bo to może ją podnieść. Stąd decyzja, że rezygnujemy, a on zostaje przewodniczącym.
To upokorzenie przegrać z politykiem, który długi czas twierdził, że nie wystartuje?
W wyborach można partię ośmieszyć i osłabić tak jak stało się to z Polską 2050, gdzie zamiast nowego otwarcia, jest duży kryzys. Można też partię wzmocnić. I Lewica po swoich wewnętrznych wyborach wyszła wzmocniona, bo nikt się nie pokłócił – wszyscy liderzy są w kierownictwie, mają jasno określone stanowiska.
Skoro pan o niej wspomniał – co z Polską 2050? Będzie rozdziobana w koalicji? Odchodzą z niej pierwsi posłowie.
Nie chciałbym. Uważam, że najgorsza rzecz, jaka może się wydarzyć, to podział klubu Polski 2050 na trzy lub cztery mniejsze koła. Albo to, że ludzie w ogóle zaczną z niej uciekać, bo to zawsze powoduje konflikty w koalicji.
Gdyby się rozeszli, będzie to wywoływało niepokój o każdą ustawę: czy na pewno mamy większość? To jest złe dla strategicznego myślenia o państwie, dla rządów, które się prowadzi, i dla wyborów, które mają się odbyć w 2027 r. Życzę im, żeby się poukładali i wyszli z tego kryzysu. Prawda jest jednak taka, że są tam przez samych siebie.
A pan za kolejne 10 lat nadal będzie startować na przewodniczącego?
Na pewno w przyszłości będę startował. To może być 10 lat, ale mogą być i dwa, nie wiadomo, kiedy sytuacja się otworzy. Co będzie w przyszłości, czas pokaże.
Trzeba też brać pod uwagę, że w partii rosną nam młodzi, ambitni działacze, takie młode wilczki, które na pewno będą chciały walczyć o przywództwo. To zrozumiałe, bo w polityce jest tak, że jak sobie czegoś nie wyrwiesz, to tego nie dostaniesz. W polityce nikt ci nie daje niczego na tacy, a jeśli tak się zdarza, to na krótko, bo zaraz ci to zabierają.
We wtorek zobacz w Kanale Zero program specjalny o cyberbezpieczeństwie:

