Grenlandia nie szuka kupca. Nie szuka też ratunku. Chce godności, współpracy i szacunku. Tymczasem jej mieszkańcy od dekad tkwią w geopolitycznym uścisku Przedstawiamy fragment książki „Wojna o Arktykę”, reportażu Kennetha R. Rosena, z miejsca, gdzie globalna polityka zderza się z dramatem ludzi walczących o swoją tożsamość.

W podstawówce w klasie wołali na niego „Czekolada” – wspomnienie, do którego wraca z goryczą i którego nie rozwija. Nikolaj jest krępy, ma delikatne rysy i nieśmiałość w oczach. Gdy się poznajemy, ma trzydzieści dwa lata i pracuje jako elektryk na terenie całej Grenlandii. Montuje instalacje przeciwpożarowe i systemy alarmowe dla duńskiej firmy. Pochodzi z Ivittuut, opuszczonego miasteczka górniczego na południowo-zachodnim wybrzeżu wyspy. Najbardziej lubi jeść suszone mięso z narwala i niedźwiedzia polarnego, choć rzadko to robi – brakuje pieniędzy albo okazji. W rozmowach z innymi Inuitami brzmi sztywno, ale dogadują się. Na co dzień mówi głównie po duńsku.
Długa droga do domu
Czekamy na nasz samolot w Reykjavíku. Lecimy na północ, lecz podróż Nikolaja jest znacznie dłuższa. Wyruszył z Nuuk, ale najszybsza droga do odległej nadmorskiej osady Ittoqqortoormiit, w północno-wschodniej Grenlandii, prowadzi przez Kopenhagę i Islandię. Dopiero tu wsiada się do turbośmigłowego Beechcrafta, aby pokonać ostatni odcinek trzydziestosześciogodzinnej podróży. Żeby wrócić do domu, musi przelecieć przez dwa inne państwa. Okrężna trasa sporo mówi o samej Grenlandii: terytorium położonym bliżej Ameryki Północnej, lecz kulturowo i biurokratycznie przywiązanym do odległych Europy i Danii.
Zobacz także: Trump zagroził Iranowi „gospodarczym D-Day”. Jest odpowiedź Teheranu
Już z samolotu Nikolaj robi zdjęcie centrum Reykjavíku, przykrytego delikatną, świeżą warstwą śniegu – jak scenka zamknięta w śnieżnej kuli. Rozgląda się po kabinie samolotu. Jest mały i wypełniony po brzegi. Z przodu siedzą pilot i drugi pilot. Fotele za nimi zajmują przesyłki pocztowe i ładunki. Nikolaj podróżuje ze swoim szefem, kontrolerem ruchu lotniczego, oraz ze mną. Lecimy do Constable Point, jedynego lotniska, które łączy osadę Ittoqqortoormiit z resztą świata. Choć z lotniska do samej miejscowości trzeba jeszcze przez godzinę jechać skuterem śnieżnym albo odbyć 15-minutowy lot helikopterem. Turyści zaglądają tu rzadko. Jeśli kogoś nie pociąga poczucie izolacji ani krajobraz zdominowany przez białe szczyty, nieustępliwy wiatr i skromna infrastruktura, to nie znajdzie tu zbyt wiele do „oglądania” i „robienia”.
Przy wejściu do poczekalni na Constable Point, dwa stopnie na północ od koła podbiegunowego, stoi niewielkie pudełko z niebieskimi ochraniaczami na buty. Forma zabezpieczenia wykładziny przed śniegiem i błotem przynoszonym na podeszwach. Na ścianach wiszą tabliczki ostrzegające przed używaniem intensywnych perfum i wód kolońskich: Grenlandczycy to często alergicy. Z nieufnością podchodzą też do wszystkiego, co wytworzone przemysłowo. Do tego, co przychodzi z zewnątrz i narusza porządek natury.
Na jednej ze ścian wisi cennik noclegów i wyżywienia. Opóźnienia są tu czymś normalnym. Tak w Constable Point, jak i w całej Grenlandii, możesz utknąć na kilka dni. To jeden z powodów, dla których bilety lotnicze są tak drogie: linie lotnicze pokrywają koszty zakwaterowania pasażerów uwięzionych przez nieprzewidywalną, złą pogodę. Grenlandczycy mierzą się z różnymi problemami: od chaotycznego i ślamazarnego procesu dochodzenia do niepodległości po krzywdy wyrządzane Inuitom dla zachodnich korzyści. Ale przynajmniej nie muszą znosić natarczywych zapachów w natężeniu typowym dla stref bezcłowych na lotniskach.
Peter, kierownik lotniska, wita kontrolera ruchu lotniczego i resztę naszej grupy. Lot helikopterem został odwołany z powodu marznącej mgły. Kolacja będzie za dwie godziny. Nikolaj wzrusza ramionami. Bierze torby oraz sprzęt i wynosi je na zewnątrz, ciągnąc wszystko obok rzędu lotniskowych hangarów do niewielkiego pomalowanego na czerwono budynku. W 2016 r. nad wejściem wisiało logo Hiltona – żart pracowników lotniska. Pod nim ktoś „sklasyfikował” obiekt: minus jedna gwiazdka.
Co trzy sekundy po oknie przesuwa się światło lotniskowej latarni. Nikolaj zaciąga rolety i siedzi w ciemności aż do kolacji – śledź w curry, cienko krojona pieczeń wołowa, ciemny chleb żytni. Remulada. Wrócił do domu, choć wszystko jest jak w Danii.
Zderzenie kultur
Grenlandia jest pod duńskim panowaniem od ponad czterystu lat. Dla Inuitów takich jak Nikolaj odległa reprezentacja w Kopenhadze jest trochę jak powrót do szkolnych lat. Sprowadzeniem do roli obywateli drugiej kategorii na własnej ziemi. Od 2008 r. władze Grenlandii podejmują kolejne kroki w stronę niepodległości. Choć formalnie mają prawo w każdej chwili ogłosić pełną suwerenność, wyspa wciąż opiera swoją gospodarkę na dotacji z Danii – 511 milionów dolarów rocznie. Grenlandzki parlament zawiaduje edukacją i ochroną zdrowia, ale polityka zagraniczna i wymiar sprawiedliwości pozostają w rękach Kopenhagi. Duński wpływ jest odczuwalny nawet w ramach autonomicznych terytoriów zależnych – taki status mają też Wyspy Owcze.
Gdy chińska firma zaproponowała rozbudowę jedynego międzynarodowego lotniska Grenlandii, tak by obsługiwało więcej bezpośrednich połączeń, Kopenhaga zablokowała inwestycję i przejęła projekt pod własne zarządzanie. Oficjalnie chodziło o względy bezpieczeństwa narodowego. Politycy w Nuuk odebrali to jednak jako porażkę dyplomatyczną. Decyzję, która powinna należeć do kompetencji lokalnego rządu Grenlandii, a została narzucona przez Duńczyków. Napięcie obnażyło kruchość grenlandzkich ambicji autonomii.
Sprawdź również: Drony w przestrzeni powietrznej dwóch krajów. „Poważne naruszenie suwerenności”
Filozoficzny rozdźwięk między dwoma narodami doskonale oddaje koncepcja Janteloven (tzw. prawo Jante). Skandynawski kodeks społeczny, który stawia na konformizm i zniechęca do indywidualizmu. Jego zasady wpaja się duńskim dzieciom już od przedszkola. Choćby: „Nie myśl, że jesteś od nas mądrzejszy/mądrzejsza” czy „Nie wyobrażaj sobie, że jesteś lepszy/lepsza od innych”. Tymczasem na Grenlandii, gdzie trwałość kulturowa często zależała od umiejętności funkcjonowania w odosobnieniu – a nie wtopieniu się w tłum – do Janteloven podchodzi się sceptycznie. Albo wręcz z otwartym sprzeciwem. „Grenlandia jest czarną dziurą” – mówi Karl-Peter, pracownik techniczny na lotnisku. „A Nuuk jest jej centrum i niszczy cały kraj”.
I nie jest to pogląd odosobniony. W 1979 r. wyspa stała się jednostką autonomiczną (na mocy tzw. home rule), a w 2009 r. podpisano porozumienie dotyczące „aktu o samodzielności”. Uznano w nim Grenlandczyków za naród z prawem do samostanowienia według prawa międzynarodowego. Mimo to wielu mieszkańców wyspy ma wrażenie, że niewiele się zmieniło. Finansowo wyspa wciąż jest zależna od Danii – w przeliczeniu trafia tu około 11 tysięcy dolarów rocznie na mieszkańca. Ponad 70% ludności popiera niepodległość, ale kultury duńska i inuicka pozostają we wspólnym uścisku.
Jego produktem jest Nikolaj. Uczy swoje dzieci języka duńskiego, korzysta z duńskiej opieki zdrowotnej, duńskich banków i duńskiej infrastruktury. Robi to, mieszkając i pracując w miejscu, w którym samostanowienie jest narodową aspiracją. Gdy dociera do Constable Point, to trafia na personel pochodzący w większości z Jutlandii na zachodzie Danii. Ich żałosne poglądy na temat grenlandzkiej niepodległości kontrastują z samą obecnością na wyspie: tymczasowi pracownicy, zakwaterowani w tymczasowym miejscu, sprawujący nie do końca trwałą władzę nad wyspą.
Ofiary wielkiej polityki i zmian klimatu
Ittoqqortoormiit nie jest historyczną osadą Inuitów. Zostało założone w latach 20. XX w. na mocy prawa duńskiego w ramach szerszych działań promujących zasiedlenie i zabezpieczenie wybrzeży Grenlandii na początku XX w. Prowadzono je też po II wojnie światowej. W latach 40. rząd Danii przymusowo przesiedlał społeczności do miejsc takich jak Ittoqqortoormiit ze względów geopolitycznych i strategicznych. Od tego czasu mieszkańcy żyją w dużej mierze bez wsparcia, walcząc o przetrwanie w coraz trudniejszych warunkach. Zmiany klimatu zaburzyły tradycyjne cykle polowań: narwale i foki nie migrują już tak jak kiedyś, a pokrywa lodowa topnieje. W 2021 r. zabrakło narwali do upolowania. Główne źródło dochodu wioski po prostu zniknęło.
Może Cię zainteresować: Zmasowany atak Rosji na Ukrainę. Wzrosła liczba ofiar, ogłoszono żałobę
Jeszcze zanim zmienił się klimat, rząd Danii wprowadził ograniczenia w polowaniach oraz zakazy eksportu fok, niedźwiedzi polarnych i wielorybów. Mieszkańcy mogli sprzedawać swoje produkty wyłącznie na wyspie, uzależniając się od duńskiego importu i polityki wyznaczanej w Nuuk. To sparaliżowało ich kulturę. „Żyliśmy w symbiozie z innymi, polując na pożywienie” – mówi Karline Hammeken, mieszkanka Ittoqqortoormiit. „To się skończyło”. Latem do wioski docierają tylko dwa statki towarowe, a statki wycieczkowe pojawiają się coraz rzadziej z powodu regulacji środowiskowych wydawanych w Nuuk – 1435 km stąd. „Dla nas, myśliwych – mówi Nunduu Lorentzen – to nasze złoto”.
Przez kilka dni Nikolaj działa na terenie terminala. Dłubie przy instalacjach elektrycznych lotniska – wspina się po drabinach, otwiera skrzynki, wpatruje się w migające kontrolki i proste systemy alarmowe, które komunikują jedynie, czy alarm jest „aktywny”, czy „gotowy”, czy wystąpił „błąd” albo czy system wymaga „resetu”. Dni ciągną się jak makaron. Helikopter jest nadal uziemiony.
Robię obchód. Z terminala trafiam do magazynu, gdzie Karl-Peter zbiera się do malowania podłogi przy generatorze. Bierzemy pędzle oraz farbę i zaczynamy wałkować chropowatą warstwę matowej szarości. Po godzinie pomieszczenie zaczyna wyglądać jak nowe. Na podłodze próżno szukać śladów butów i odprysków drewna. „Nie popieram [ruchu niepodległościowego]. Uwielbiam Danię. Pieniądze mamy z Danii” – mówi Karl-Peter, gdy patrzymy na schnącą farbę. „Wyobraź sobie, że daję Ci pieniądze i słyszę: »Będę żył na własny rachunek, pierdol się, ale daj mi te pieniądze«. To podwójna moralność” – mówi Karl-Peter, odsuwając na bok duży wąż, który przeszkadza w pomalowaniu ostatniego kąta. „Nie odpuszczają. Żyją przeszłością”.
Czytaj również: Dlaczego USA i Iranowi nie spieszy się do pokoju? Ekspert ujawnia kulisy konfliktu
Karl-Peter obiecuje mi po kolacji trochę muktuku – tradycyjnego dania ze skóry z warstwą tłuszczu z narwala. Umawiamy się na później we wspólnej części „hotelu”. Na miejscu spotykamy też Nikolaja. Sączymy colę i zajadamy muktuk z duńską przyprawą. Mężczyzn łączy pesymizm w kwestii niepodległości, choć stoją po przeciwnych stronach sporu. Z jednej strony Karl-Peter – zadowolony z tego, co ma, ceniący sobie swobodę podróżowania po Danii. Z drugiej Nikolaj, który mimo marzenia o przejęciu duńskiej firmy, w której pracuje, wątpi, że Grenlandia kiedykolwiek osiągnie niepodległość. Karl-Peter widzi infrastrukturę. Nikolaj widzi nierówności. Dostrzega, że sama suwerenność nie zmieni historii ani nie stworzy kraju skazanego na sukces. Wierzy jednak w coś innego. Może nie w niepodległość, ale w godność.
Amerykańskie interesy
Grenlandzka walka o niepodległość nie jest sprawą wyłącznie kulturową czy ekonomiczną – ma też wymiar strategiczny. Gdy w 2025 r. prezydent Trump oświadczył, że „potrzebujemy Grenlandii ze względów bezpieczeństwa narodowego”, to słychać było echo długiej historii imperialnych ambicji. Tymczasem Grenlandia już od dawna jest kluczowa dla obrony Stanów Zjednoczonych – za pośrednictwem Danii, partnera NATO, oraz bazy kosmicznej Pituffik, amerykańskiego posterunku na północnym krańcu wyspy, który powstał dzięki pewnemu zbuntowanemu dyplomacie.
W 1941 r. Henrik Kauffmann, ambasador Danii w Stanach Zjednoczonych, sprzeciwił się rządowi okupacyjnemu. Ogłosił, że Dania działa pod przymusem i w związku z tym nie jest w stanie zarządzać swoimi koloniami. Samodzielnie podpisał porozumienie „w imieniu króla”, przekazując w ten sposób kontrolę nad Grenlandią Stanom Zjednoczonym. Wykorzystał duńskie rezerwy złota zdeponowane w USA, aby finansować duńskie ambasady w obu Amerykach i na Bliskim Wschodzie. Tak umożliwił aliantom budowę arktycznych baz lotniczych i stacji meteorologicznych, co nie pozostało bez wpływu na wynik II wojny światowej.
Zobacz także: Watykan usunął księdza z parafii. Zasłynął z przyjmowania imigrantów
Porozumienie Kauffmanna położyło podwaliny pod późniejszą stałą obecność wojskową USA. Rola Grenlandii w obronie Zachodu nie jest niczym nowym. Nowością jest natomiast język własności i transakcji. „Nie chcemy, aby Ameryka odgrywała nadmierną rolę” – usłyszałem w Kopenhadze od duńskiego dyplomaty. „Chcemy natomiast, aby wszyscy nasi sojusznicy włączyli Grenlandię do Zachodu”. Zainteresowanie Grenlandią dziś wynika nie tylko z położenia geograficznego, lecz także z jej bogactw geologicznych: metali ziem rzadkich, minerałów, uranu. Projekty wspierane przez Chińczyków, jak kopalnie Kuannersuit i Isua, ostatecznie upadły. Wyparły je amerykańskie interesy. „Obserwowaliśmy, jak amerykańskie zaangażowanie stopniowo wyklucza Chińczyków” – opowiada Rasmus Leander Nielsen, szef Centrum Nasiffik w Nuuk.
Nasilona presja Departamentu Stanu USA mogłaby zachwiać dotychczasową tradycją amerykańskiej współpracy i współdziałania z Grenlandią w ramach Danii. Odnowione zainteresowanie Grenlandią ze strony Trumpa napotkało stanowczy opór duńskiej premier Mette Frederiksen, która podkreśliła, że Grenlandia nie jest na sprzedaż, i wezwała do zjednoczonej odpowiedzi Europy wobec wszelkich nacisków ze strony USA. Administracja Trumpa planowała zaoferować Grenlandczykom bodźce finansowe. Proponowano po 10 tysięcy dolarów rocznie na mieszkańca, aby zastąpić roczną dotację Danii. Ogłoszono także plany wykorzystania mediów społecznościowych w sposób przypominający taktykę państw autorytarnych, gdy próbują wpływać na lokalną ludność.
Wiceprezydent James D. Vance odwiedził Grenlandię, aby przekonywać, że ochrona ze strony USA lepiej odpowiada potrzebom bezpieczeństwa wyspy, zwłaszcza wobec potencjalnych zagrożeń ze strony Rosji i Chin. Zapomniał jednak wspomnieć, że potrzeby te i tak już zabezpiecza Ameryka. Społeczeństwo grenlandzkie i duńscy urzędnicy tak jednoznacznie odrzucili ideę wizyty kogokolwiek związanego z Trumpem, że przedstawiciele USA mogli bezpiecznie pojawić się jedynie w bazie Pituffik, aby wygłosić przemówienia.
Zamieszanie i natłok działań wokół Grenlandii przypomniały mi o lekcji Janteloven. Duńczycy nie potrafili jej odrobić, za co zapłacili na wyspie wysoką cenę. Teraz lekceważyli ją amerykańscy urzędnicy. Historia czy choćby podstawowe rozumienie tego, jak dziś splatają się interesy narodów, nigdy nie były mocną stroną Trumpa. W jego podejściu do Grenlandii, i Arktyki w ogóle, króluje naiwność, szczera i bardzo niebezpieczna.
Niepodległość, godność i mitologia Inuitów
W Inatsisartut, grenlandzkim parlamencie, spotykam się z Olem Aggo Markussenem, sekretarzem partii Siumut. Twierdzi, że wraz z uruchomieniem bezpośrednich lotów międzynarodowych i rozwojem turystyki rachunek niepodległości wyglądałby inaczej. W Nuuk są też tacy, którzy podchodzą do tematu ostrożniej. Pewien duński urzędnik mówi mi, że Grenlandczycy „nie chcą niepodległości. Chcą korzyści. Nie dotrzymują obietnic”.
Część badaczy w Nuuk postuluje zupełnie nową koncepcję: zastąpienie duńskiego prawa Jante „mitologią Inuitów”. Światopoglądem opartym na opiece nad środowiskiem i samorządności rdzennych mieszkańców. Jest to radykalne podejście do suwerenności arktycznej, którego skutki wykraczają poza Grenlandię – sięgają Alaski, Kanady, Rosji. Na razie wielu, z którymi rozmawiam w całym kraju, wyraża zarówno nadzieję, jak i frustrację. Zwłaszcza wobec niezdolności Danii do obrony Grenlandii.
Sprawdź również: Izrael ogłosił kolejny etap przejęcia Palestyny. „Przetnie ją na dwie części”
Ilulissat to malownicze miasteczko otoczone lodowcami, z widokiem na kanał pełen gór lodowych i kry. Popularne latem wśród obcokrajowców i Duńczyków. Można w nim za grosze zjeść konfitowane ziemniaki z chrupiącym dorszem. Spotykam się tu z Larsem Erikiem Gabrielsenem, który z dumą pokazuje mi domy, które zbudował przez kilka lat. Rzadko który dla rodaków, bo najczęściej dla przybyszów. „Oszukują nas” – mówi Gabrielsen o Duńczykach, gdy jedziemy przez miasto. „Myślą, że mogą mieć nas na własność. To samo można by teraz powiedzieć o Ameryce”.
Być może jest nadzieja na lepsze relacje między Duńczykami a Grenlandczykami czy między Grenlandią a USA. Młodsze pokolenia Duńczyków przyjeżdżają na wyspę do pracy sezonowej i mają lepszy wgląd w skutki działań swojej ojczyzny. Rzadko zdarza się, by obywatele państwa rządzącego przywozili z kolonii coś więcej niż wypłatę. W tym przypadku być może zabiorą ze sobą nowo odkryty szacunek dla swojego wpływu na życie wyspy. „Jest mi po prostu wstyd” – słyszę od duńskiej kelnerki w barze i restauracji Naleraq w Ilulissat. „Okropnie ich traktujemy”.
Grenlandia nie szuka kupca. Nie szuka też ratunku. Chce godności, współpracy i szacunku. Ten paradoks najwyraźniej – spośród wszystkich, których poznałem na Grenlandii – dostrzegam chyba w Nikolaju. Jest związany z Danią i zależny od jej systemu, a jednocześnie sceptyczny wobec składanych przez nią obietnic. A mimo to wciąż ma nadzieję. Grenlandczycy wierzą w przyszłość nie pod znakiem duńskiej jednolitości, ale pod znakiem odmienności własnego ncarodu. Pod znakiem mitologii Inuitów.
Tekst jest fragmentem książki „Wojna o Arktykę: Rywalizacja mocarstw o biegun północny” Kennetha R. Rosena (wyd. Prześwity).

