Niemcy kruszą swoje największe gospodarcze tabu i otwierają dyskusję o handlu w niedziele. Tymczasem w Polsce obiecana przez KO liberalizacja zakazu utknęła w martwym punkcie, choć koalicjant Donalda Tuska złożył stosowny projekt ustawy już dwa lata temu. Czy Berlin zmobilizuje Warszawę?

- W Niemczech niemożliwe stało się faktem. Rząd Friedricha Merza poluzował pewne restrykcje dotyczące handlu w niedzielę, chcąc pomóc gospodarce, która z trudem wygrzebuje się z dołka.
- Wielkie sieci wyczuły okazję i zaczęły domagać się dalszego złagodzenia przepisów. Związki mówią jednak: weto.
- W Polsce postulat liberalizacji niedzielnych ograniczeń w handlu niosła na sztandarach KO. Był to jeden ze słynnych 100 konkretów. Do dziś nie doczekał się realizacji.
- W sejmowej zamrażarce leży projekt Polski 2050 w tej sprawie. – Podtrzymujemy nasze stanowisko, że co druga niedziela powinna być handlowa – mówi Zero.pl szefowa Polski 2050, Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz.
- Kwestia niedzielnego handlu dzieli rząd Donalda Tuska. W tej rozgrywce nie można też pomijać prezydenta.
Za Odrą toczy się dyskusja, którą kiedyś uznano by za science fiction. Dotyczy otwarcia sklepów w niedziele, a więc złamania podwójnego tabu: świętej dla Niemców zasady Sonntagsruhe, czyli niedzielnego odpoczynku, a także zapisu w konstytucji sięgającego czasów przedwojennych. Skąd ten zwrot? Kiedy nie wiadomo, o co chodzi, zazwyczaj chodzi o pieniądze. Tak jest i tym razem, przy czym pieniądze należy tu rozumieć jako wydatki konsumentów, które mają pobudzić gospodarkę.
Niemcy na historycznym zakręcie. Niedzielny handel ma rozruszać gospodarkę
Niemiecka lokomotywa traci parę. Przez dwa lata z rzędu (2023–2024) PKB naszych zachodnich sąsiadów kurczył się, notując spadki odpowiednio o 0,3 proc. i 0,2 proc. Przełamanie przyszło w 2025 r., kiedy odnotowano symboliczny wzrost (o 0,2 proc.). Wcześniej rząd federalny skierował setki miliardów euro na zbrojenia i infrastrukturę. Ta strategia pobudzania inwestycji przyniosła efekty – w I kwartale 2026 r., według danych Destatis, PKB Niemiec wzrósł o 0,4 proc. względem poprzedniego kwartału i o 0,5 proc. rok do roku. Gdy jednak inwestycje odbiły, zaczął zacinać się inny silnik.
Polacy przestaną wpadać w podatkowe sidła? Rząd zapowiada wyczekiwaną zmianę
„Wzrost był napędzany przede wszystkim przez odbicie eksportu i wyższe wydatki rządowe, a nie przez krajowy popyt konsumpcyjny” – przyznał Destatis. To znaczy, że niemieccy konsumenci niechętnie sięgali do kieszeni. W I kwartale br. ich łączne wydatki na produkty i usługi sięgnęły 483,2 mld euro wobec 483,02 mld euro w IV kw. 2025 r. – a więc niemal nie urosły. Owszem, ostatni kwartał roku trudno jest pobić z uwagi na świąteczny szał zakupów, ale ta stagnacja i tak rozczarowuje.
W II kwartale nie było lepiej. Wstępne dane Destatis z 30 lipca wskazują wprawdzie na wzrost PKB o 0,2 proc. kwartał do kwartału i o 0,9 proc. rok do roku, ale niemieccy statystycy w komentarzu znów napisali o „umiarkowanych” wydatkach konsumentów.
Kanclerz Friedrich Merz postanowił więc ruszyć z kolejną odsieczą. Od 2027 r. w Niemczech wydłużone zostaną niedzielne godziny funkcjonowania piekarni i cukierni, otworzą się też biblioteki. Sklepy z pieczywem w Niemczech już teraz mogą działać w niedziele, bo sprzedają tzw. artykuły pierwszej potrzeby. Biblioteki z kolei wpisują się w ideę niedzieli jako dnia „odpoczynku od pracy i duchowego uniesienia” – takie określenie znajduje się w artykule 140 niemieckiej konstytucji z 1949 r., czerpiącej z rozwiązań wypracowanych jeszcze w Republice Weimarskiej.
Niemiecki biznes: W niedziele jest miejsce i na kościół, i na handel
Wielki biznes, zachęcony ruchem kanclerza, ruszył do ataku. Wpływowe organizacje zrzeszające handlowców, takie jak Niemieckie Stowarzyszenie Izb Przemysłowo-Handlowych (DIHK) i Niemieckie Stowarzyszenie Handlu (HDE), zaczęły lobbować na rzecz poluzowania restrykcji także dla dużych graczy.
– Niedziele się zmieniły – mówi Zero.pl Stefan Genth, dyrektor generalny HDE. – Dla wielu osób to dzień wolny, kiedy restauracje, obiekty kulturalne i rekreacyjne są w naturalny sposób otwarte. Sektor handlu detalicznego jest w tym kontekście zazwyczaj pomijany, mimo że zakupy to dziś o wiele więcej niż tylko zaspokajanie podstawowych potrzeb. Dla wielu osób są one częścią ich aktywności rekreacyjnej i ważnym czynnikiem napędzającym tętniące życiem centra miast.
W podobnym tonie wypowiada się Renata Juszkiewicz, prezes Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji (POHiD). – Kiedy w Polsce budowały się centra handlowe, a w nich powstawały sklepy znanych marek, klienci byli przeszczęśliwi – mówi Zero.pl. – Taka niedzielna wizyta w galerii to było po prostu wyjście rodzinne: galerie oferowały wspólny posiłek w restauracji, atrakcje dla dzieci na sali zabaw, możliwość zobaczenia jakiejś wystawy. Sklepy tak naprawdę stanowiły dodatek: można było spokojnie obejrzeć sprzęt AGD, elektronikę, ubrania, obuwie. To był taki wspólny „rekonesans”, a w poniedziałek ktoś z rodziny wracał dokonać zakupu.
– Z punktu widzenia zatrudnionych w handlu to też nie było tak, że praca w niedzielę była dla nich jakimś dopustem – dodaje szefowa POHiD. – Kobiety łączące macierzyństwo z pracą mogły wtedy zostawić dzieci pod opieką rodziny i dorobić. Była to też szansa na zarobek dla studentów, osób samotnych i starszych pracowników. Dlatego argument związków zawodowych o ochronie rodziny nas nie przekonywał. Podobnie jak teza, że zakaz uratuje drobny handel. Małe sklepy i tak znikają z rynku z powodu braku sukcesji – młodzi ludzie nie chcą pracować po kilkanaście godzin dziennie za ladą rodzinnego biznesu.
A jak wygląda ta debata w Niemczech? W przesłanym redakcji Zero.pl oświadczeniu Stefan Genth na razie ostrożnie pisze o wypracowaniu ram prawnych dla „okazjonalnych otwarć w niedziele”. Zwraca przy tym uwagę na nierówne szanse tradycyjnego handlu w starciu z e-sklepami, wskazując wprost na chińskich gigantów Temu i Shein.
– Firmy te mogą oferować swoje towary – co często narusza nasze lokalne przepisy – nawet w niedziele. Biorąc to pod uwagę, lokalni sprzedawcy detaliczni powinni mieć możliwość otwierania się dla klientów w niedziele od czasu do czasu, zgodnie z prawem – uważa Stefan Genth.
Jego zdaniem sklepy mogłyby zaczynać pracę o godz. 13. – Czyli po nabożeństwach. W niedzielę jest miejsce zarówno na życie kościelne, jak i na nowoczesny, wydajny sektor handlu detalicznego – uważa dyrektor generalny HDE.
Zdaniem Stefana Gentha porównanie z innymi krajami europejskimi pokazuje, że przepisy niemieckie są „niepotrzebnie restrykcyjne”. – W wielu państwach członkowskich UE, w tym tych o silnych tradycjach chrześcijańskich, otwieranie sklepów w niedziele jest regulowane znacznie bardziej elastycznie – przekonuje.
Niemcy a sprawa polska
Być może Stefan Genth miał tu na myśli m.in. Polskę. W naszym kraju obecny stan prawny to 8 handlowych niedziel rocznie dla wszystkich (w tym dla sklepów wielkopowierzchniowych), 44 niedziele z zakazem – i 32 wyjątki od tego zakazu (dotyczą one m.in. piekarni, kwiaciarni czy stacji benzynowych). Czy to bardziej elastyczne rozwiązanie? O to można się spierać. Pewne jest natomiast to, że przełomowa ustawa z 2018 r. całkowicie zmieniła obraz polskiego handlowego tygodnia. Początkowo sklepy były zamknięte w dwie niedziele w miesiącu. W 2019 r. zakaz zaostrzono do trzech niedziel, by od 2020 r. wprowadzić model z siedmioma niedzielami handlowymi w roku. Nowelizacja z 2021 r. dodała do tej puli ostatnią niedzielę stycznia.
W nowej rzeczywistości żyjemy od ośmiu lat, ale wciąż budzi ona duże emocje, które splatają się z bieżącą polityką. Dość przypomnieć, że jeden ze 100 konkretów na pierwsze 100 dni rządów KO brzmiał: „Zniesiemy zakaz handlu w niedziele, ale każdy pracownik będzie miał zapewnione dwa wolne weekendy w miesiącu i podwójne wynagrodzenie za pracę w dni wolne”. Na stronie 100konkretow.pl obietnica ta jest obecnie zaznaczona kolorem pomarańczowym („w trakcie realizacji”). Znajduje się w doborowym towarzystwie – na pomarańczowo świecą też podniesienie kwoty wolnej od podatku i skrócenie kolejek do lekarzy.
Tymczasem ostatnia aktywność koalicji rządzącej w sprawie niedziel handlowych miała miejsce ponad dwa lata temu. Mniejszościowy koalicjant, Polska 2050, w marcu 2024 r. złożył w Sejmie projekt ustawy zakładający otwarcie sklepów w pierwszą i trzecią niedzielę każdego miesiąca. W pozostałe niedziele otwarte byłyby te placówki, które na mocy obecnej ustawy są zwolnione z zakazu handlu. Projekt Polski 2050 zakładał też dla pracujących w niedziele podwójną stawkę wynagrodzenia oraz minimum dwie wolne niedziele w miesiącu.
Renata Juszkiewicz, prezes POHiD, na takie rozwiązania zapatruje się sceptycznie. – Wdrażaniu zakazu handlu przed pandemią towarzyszył kompletny chaos. W okresie przejściowym, kiedy obowiązywały dwie niedziele handlowe, ludzie szturmowali sklepy akurat wtedy, gdy były one zamknięte, a z kolei gdy były otwarte, to kupujących było jak na lekarstwo.
– Dlatego od początku postulowaliśmy zasadę: handel we wszystkie niedziele albo w żadną – podkreśla. – Dziś na takie dyskusje jest już za późno. Okienko możliwości zamknęło się bezpowrotnie wraz z końcem pandemii, która ze względów sanitarnych była najlepszym momentem na rozłożenie ruchu na większą liczbę dni. Ale rządzący wówczas nie ustąpili.
Niedzielny handel dzieli rząd
W czerwcu 2024 r. Sejm skierował projekt Polski 2050 pod obrady Komisji Polityki Społecznej i Rodziny oraz Komisji Gospodarki i Rozwoju. Nie podjęły one jednak prac nad projektem w ustawowym terminie. W lipcu 2025 r. nastąpił pozorowany ruch: termin wydłużono. Od tego czasu nie wydarzyło się nic.
Projekt firmował Ryszard Petru, wówczas poseł Polski 2050, a obecnie członek klubu parlamentarnego Centrum. Przymierza się on do założenia własnej partii. „Rzeczpospolitej” powiedział, że chce skierować swoją ofertę do pracujących przedsiębiorców, którzy potrzebują „partii wolnościowej”. Można założyć, że tematu poluzowania zakazu handlu raczej nie odpuści. Polityk dał nam jednak do zrozumienia, że na razie nie będzie o tym rozmawiać. – Nie mogę – odpisał krótko.
Informacji o stanie prac nad projektem ustawy postanowiliśmy poszukać więc u Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, szefowej Polski 2050.
– Mrożenie w Sejmie znów przybrało na sile, więc pytanie o losy projektu Polski 2050 należy kierować gdzie indziej – mówi nam ministra funduszy i polityki regionalnej w rządzie Donalda Tuska. – My podtrzymujemy nasze stanowisko, że co druga niedziela powinna być handlowa, przy zdecydowanej ochronie praw pracowniczych.
Klucze do zamrażarki ma marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty, wywodzący się z Lewicy. Ta w 2024 r. głosowała za odrzuceniem projektu Polski 2050 w pierwszym czytaniu, kierując się troską o pracowników handlu. To stanowisko zbieżne z optyką organizacji pracowniczych – wśród inicjatorów wprowadzenia ograniczeń w handlu w niedziele była „Solidarność”.
„Gdyby ci ludzie mieli przyjść w niedziele do pracy, to będzie bunt”
Alfred Bujara, przewodniczący Sekretariatu Krajowego Handlu, Banków i Ubezpieczeń NSZZ „Solidarność”, stawia sprawę twardo. – Mamy dane, które pokazują, że 98 proc. pracowników handlu nie chce, by doszło do przywrócenia niedziel handlowych, a wręcz sobie tego nie wyobraża – podkreśla w rozmowie z Zero.pl. – Praca w sklepach w Polsce odbywa się do późnych godzin nocnych, a gdzieniegdzie sklepy są czynne całą noc. To nie Niemcy, gdzie w sobotę po południu handel zamiera.
– U nas ludzie handlu są przeciążeni pracą. Załogi są małe, nowych pracowników się nie przyjmuje, za to są redukcje etatów – opowiada Alfred Bujara. – Nie ma komu wyładowywać towaru, sprzątać, doglądać kas samoobsługowych, które według pracodawców mają ułatwiać wszystkim życie, ale bez przerwy się zawieszają i wymagają interwencji ze strony asystenta. Gdyby ci ludzie mieli przyjść w niedziele do pracy, to będzie bunt.
Stefan Genth z Niemieckiego Stowarzyszenia Handlu ma inne zdanie. – Doświadczenie pokazuje, że wielu pracowników chętnie pracuje w niedziele. W większości przypadków harmonogram pracy w niedziele można ustalić na zasadzie dobrowolności. Zdecydowanie opowiadam się za deeskalacją retoryki ze strony związków zawodowych i kościołów – nikt nie chce, aby niedziela stała się normalnym dniem roboczym ani dniem handlowym. Musi jednak istnieć możliwość okazjonalnego otwarcia sklepów w niedziele w sposób zgodny z prawem – konstatuje.
Alfred Bujara odpowiada: – Ja znam stanowisko związków niemieckich, bo jestem też wiceprzewodniczącym UNI Europa Commerce (część europejskiej federacji związków zawodowych, zrzeszająca pracowników handlu – red.). Pracownicy handlu w Niemczech nie chcą iść do pracy w niedziele. Czują się bardzo bezpieczni, jeśli chodzi o gwarancję tego wolnego siódmego dnia tygodnia, ponieważ jest ona wpisana w konstytucję.
Niemiecka centrala związkowa Verdi, zrzeszająca blisko 2,5 mln członków, nie odpowiedziała na pytania Zero.pl o jej stosunek do dyskusji o liberalizacji niedzielnego handlu za Odrą. Ale niedawna wypowiedź dla „Wall Street Journal” członkini zarządu Verdi, Silke Zimmer, raczej nie sugeruje chęci do rozmowy o zmianach. „Niedziela wolna od pracy to absolutne osiągnięcie społeczne” – stwierdziła Zimmer.
To Karol Nawrocki rozdaje karty?
– Na szczęście my też mamy swoją gwarancję – w osobie pana prezydenta Karola Nawrockiego, który podpisał umowę programową z Komisją Krajową NSZZ „Solidarność” – przypomina Alfred Bujara. – Zadeklarował w niej, że nie poprze żadnej ustawy, która szłaby wbrew dotychczasowym osiągnięciom w dziedzinie praw pracowniczych i ograniczenia handlu w niedziele.
Karol Nawrocki zobowiązał się do tego jeszcze w kampanii wyborczej. Być może dlatego w koalicji rządzącej nie ma woli politycznej, by przepychać liberalizację niedzielnego handlu – po przejściu przez parlament ustawa i tak spotkałaby się z prezydenckim wetem.
– Sen z powiek spędza nam coś innego – zastrzega Alfred Bujara. – W Polsce kary za otwarcie sklepów są tak rażąco niskie, że coraz więcej placówek otwiera się w niedzielę, bo po prostu stać je na ich zapłacenie. Docierają do mnie informacje od kolejnych sieci handlowych, że są gotowe na taki ruch. Powinniśmy ukrócić te drwiny z prawa, a nic nie robimy. To jest państwo z dykty.
Za nielegalne otwieranie sklepów w niedziele i zlecanie pracownikom pracy wbrew zakazowi grozi obecnie grzywna sądowa w wysokości 1000 do 100 000 zł. Sklep może także dostać mandat od Państwowej Inspekcji Pracy (PIP) na kwotę do 5000 zł lub wyższą (w przypadku recydywy). Przeciwko kierownikowi sklepu może też zostać skierowana sprawa do sądu.
Ostatnie miesiące to wysyp wniosków resortu pracy o kontrole PIP w supermarketach, które udawały w niedziele czytelnie i przy okazji wpuszczały klientów między regały. Pomysłowość sieci handlowych jest duża. Ale Renata Juszkiewicz wątpi w to, czy stoi za nią chęć powrotu do dawnej rzeczywistości.
Market z Radomia chciał obejść zakaz handlu. Resort pracy interweniuje
Czy ktoś jeszcze chce niedzielnego handlu?
– Wprowadzanie zakazu niedzielnego handlu trwało trzy lata, a jego odwrócenie zajęłoby pewnie drugie tyle – mówi prezes POHiD. – Konsumenci zmienili nawyki – pandemia upowszechniła zakupy online, a na rynku zyskały mniejsze sklepy należące do sieci franczyzowych, gdzie wpada się po napój czy lody. Nie wiemy tak naprawdę, ile osób wróciłoby w niedziele do wielkopowierzchniowych sklepów. Stąd dzisiaj dla dużych hipermarketów powrót do niedzielnej pracy to spore ryzyko finansowe ze względu na ogromne koszty utrzymania.
Ale wszystko zależy od formatu, dodaje nasza rozmówczyni. – O ile dla sieci spożywczych może to być wyzwanie, o tyle branże budowlana, meblarska czy motoryzacyjna mogłyby na tym zyskać, bo klienci znów mieliby czas na spokojne zapoznanie się z ich ofertą.
Pozostaje jeszcze jeden argument – ten, od którego w Niemczech wszystko się zaczęło. Gospodarka. Czy otwarcie wielkich sklepów w niedziele w sposób istotny zwiększyłoby polski PKB? Piotr Bujak, główny ekonomista banku PKO BP, przestrzega przed pułapką ukrytą w takim rozumowaniu.
– Pamiętajmy, że konsumpcja to również usługi, a nie tylko sprzedaż towarów – mówi. – Działa tu pewna wymienność. Można przypuszczać, że przy większym ruchu w galeriach handlowych w niedziele, związanym z otwarciem sklepów, konsumpcja usług rekreacyjnych czy gastronomicznych mogłaby być mniejsza, a strumień pieniędzy konsumentów w większym stopniu mógłby być przekierowywany na towary.
Wskaźniki nad Wisłą wyglądają ponadto o niebo lepiej niż w Niemczech, podkreśla Piotr Bujak. – Konsumpcja w Polsce absolutnie nie jest w stagnacji. Owszem, wiele spółek z sektora handlu detalicznego narzeka na kondycję rodzimego konsumenta, ale nie wynika to z tego, że jego siła nabywcza jest mała. W ostatnich dwóch latach realne dochody gospodarstw domowych w Polsce rosły najsilniej w OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju – red.), a konsumpcja od kilku kwartałów rośnie w tempie 3-4 proc. Jeśli detaliści tego nie czują, to dlatego, że nasila się konkurencja ze strony np. chińskich platform. W innych przypadkach przeszkadza dezinflacja – tanieje choćby żywność, przez co marże handlowców są pod presją. Ale polscy konsumenci są w znakomitej formie i świetnych nastrojach, jeśli patrzeć na to przez pryzmat właściwych miar.
– Na gruncie czysto makroekonomicznym – przyjmując jako główny punkt widzenia to, czy musimy gospodarkę pobudzać, czy nie rośnie ona aby za słabo – nie ma żadnych argumentów za tym, by zwiększać liczbę dni, kiedy można dokonywać zakupów w sklepach – podsumowuje ekonomista.
Nawet jednak po rozstrzygnięciu kwestii ekonomicznych, w dyskusji o niedzielnym handlu pozostaną żywe argumenty ideowe – wolność gospodarcza i prawo wyboru konsumenta. W tej sprawie ostateczny głos należeć będzie już nie do ekspertów, a do polityków.

