Reklama
Reklama
Reklama

Lekarz kazał jej wrócić za pół roku. Kolejny powiedział: „Musimy działać natychmiast”

Kasia zachorowała na raka piersi w wieku 33 lat.
Kasia zachorowała na raka piersi w wieku 33 lat. (fot. archiwum prywatne / Shutterstock)
Dodaj do ulubionych źródeł w Google

– „Musimy działać natychmiast” – takie słowa usłyszałam od lekarza tuż po USG piersi – opowiada w rozmowie z Zero.pl Katarzyna Rojkowska. Miała 33 lata, kiedy wyczuła niewielki guzek w piersi. Potem przyszły diagnoza, chemia, mastektomia i pytanie kilkuletniego syna: „Mamo, ty umrzesz?”. Odpowiedziała, że nie. Nie przewidywała innej opcji.

  • Nowotwór piersi nie atakuje tylko kobiet po 50. roku życia. Chorują również młodsze, także 30-latki.
  • Katarzyna Rojkowska miała 33 lata, małe dziecko i plany na przyszłość. Choroba zmusiła ją do zatrzymania się.
  • Październik to obchodzony na całym świecie miesiąc świadomości raka piersi. W Zero.pl publikujemy ten artykuł z tej właśnie okazji i zachęcamy do wykonania badań profilaktycznych.

Katarzyna Rojkowska w 2023 r. miała 33 lata, syna w wieku wczesnoszkolnym i przekonanie, że właściwie jest niezniszczalna. Lekarzy raczej omijała. Profilaktyka nie była jej mocną stroną.

– Lubię odsuwać takie rzeczy. Niewygodne tematy odkładam na bok i kiedy lekarz mówi, że nic mi nie jest, to z chęcią przyjmuję taką odpowiedź.

 Kiedy we wrześniu 2023 r. wyczuła guzek w piersi, chciała uwierzyć, że to nic groźnego. Jeden lekarz ją uspokajał. Inny nie wyczuł zmiany i kazał wrócić za pół roku. W końcu trafiła na specjalistę, który skierował ją na biopsję w trybie pilnym. Miała na nią czekać miesiącami. Kasia prawdopodobnie by odpuściła.

Reklama
Reklama

Spokoju sprawie nie chciał dać jej mąż.

Kolejny lekarz podczas USG przysunął się bliżej do monitora. Dłużej oglądał jedno miejsce. W końcu się odezwał.

– Usłyszałam wtedy: „Pani Kasiu, musimy działać natychmiast”. Wiedziałam już, że będzie źle.

Dwa dni później była już w szpitalu.

Biopsja potwierdziła, że to nowotwór złośliwy. Ostateczna diagnoza? Potrójnie ujemny rak piersi (TNBC), najbardziej agresywny typ.

To był jeden z momentów, które uderzyły ją najmocniej. Kasia dowiedziała się, że czeka ją poważne leczenie. Wyszła z gabinetu. Mąż został, żeby dalej rozmawiać z lekarzem.

Najpowszechniejszy nowotwór

Rak piersi to najczęściej diagnozowany nowotwór złośliwy u kobiet na całym świecie.

Również w Polsce jest to najpowszechniejszy nowotwór wśród kobiet, notowany ponad dwukrotnie częściej niż drugi w kolejności rak płuca. 

W latach 2013–2022 w Polsce rejestrowano średnio 19,4 tys. nowych przypadków raka piersi rocznie, z czego aż 99,2 proc. diagnozowano u kobiet (około 19,25 tys. rocznie). U mężczyzn notowano średnio tylko 149 zachorowań rocznie. Oznacza to, że raka piersi każdego roku rozpoznawano u około jednej na tysiąc kobiet i jednego na 125 tys. mężczyzn – czytamy w serwisie onkologia.pacjent.gov.pl.

„Mogę nie dać rady”

Katarzyna nie chciała myśleć o śmierci.

Reklama
Reklama

– Nie miałam takiego momentu, że strasznie bałam się o życie, że ten rak naprawdę mnie uśmierci i mnie zabierze. Miałam zbyt dużą motywację, chociażby w postaci syna, męża. Wiedziałam, że to nie może nastąpić. Koniec, kropka.

Dzisiaj zastanawia się, czy nie był to po prostu jej mechanizm obronny. – Możliwe, że nałożyłam na siebie taki pancerz.

Leczenie nie było łatwe.

Chemioterapia mocno uderzała w jej organizm. Pogarszały się wyniki krwi. Najpierw spadał poziom białych krwinek, później czerwonych. Kasia czuła, że jest coraz słabsza. Z czasem nawet zastrzyki, które miały pomóc, przestawały wystarczać.

Po chemii pojawiały się wysokie gorączki.

Wtedy przemknęła jej przez głowę myśl: „Mogę nie dać rady”.

Przez większość leczenia nie dopuszczała jednak do siebie najczarniejszego scenariusza.

Nie chciała też martwić bliskich. – Widziałam, jak oni cierpią. Mam wrażenie, że bali się bardziej niż ja.

Raz w domu wybuchła płaczem. Po chwili sama próbowała się zatrzymać. Mocno wierzyła, że sposób myślenia ma wpływ na to, jak przechodzi chorobę. Jednocześnie skorzystała z profesjonalnej pomocy i wsparcia farmakologicznego.

Pomagało jej też mówienie o chorobie.

Zaczęła pokazywać proces leczenia w internecie. Nie tylko dni, kiedy wyglądała dobrze i miała energię.

Reklama
Reklama

– Udostępniałam chwile dobre i złe. To nie było tak, że pokazywałam raka w samych kolorowych barwach. Pokazywałam, kiedy źle się czułam i jakie miałam emocje.

Instagram stał się dla niej czymś w rodzaju terapii. Czasami mobilizował ją, żeby wstać i się ogarnąć. Innym razem pomagały wiadomości od zupełnie obcych osób.

Dzisiaj sama próbuje wykorzystać swoją historię w podobny sposób.

– Jeśli chociaż jedna kobieta, która pięć lat temu ostatni raz była na USG, pójdzie na to USG, to naprawdę uważam, że warto. Jeśli moja rolka czy relacja chociaż jedną osobę zmotywuje, to było warto.

„Mamo, ty umrzesz?”

Syn wiedział, że mama jest chora.

Kasia i jej mąż nie chcieli przed nim tego ukrywać. Tłumaczyli mu wszystko językiem dostosowanym do sześcioletniego wówczas dziecka. Była jednak granica: kiedy po chemii Kasia bardzo gorączkowała i kontakt z nią był utrudniony, syn jechał do bliskich. Nie chcieli, żeby oglądał mamę w najgorszym stanie.

Reklama
Reklama

Na co dzień jego obecność działała odwrotnie. Stawiała ją na nogi.

– Trzeba było wstać, zawieźć go do szkoły, zrobić obiad, zająć się zwykłym życiem, które nie zatrzymało się tylko dlatego, że pojawił się rak.

Pewnego dnia syn zadał to najtrudniejsze pytanie: „Czy mama umrze?”.

– Powiedziałam mu, że ja nie umrę.

Później ktoś w sieci zwrócił jej uwagę, że przecież nie mogła tego wiedzieć. Że obiecała dziecku coś, czego nie była w stanie zagwarantować.

Ona widzi to inaczej.

– Ja go nie okłamałam, bo wiedziałam, że nie ma innej opcji.

Nie chodziło jej o medyczną pewność, lecz o pocieszenie dziecka.

– Myślę, że nie potrzebował on tłumaczenia na zasadzie: może być tak, może być tak. Potrzebował zapewnienia tu i teraz.

Rozmawiali wtedy w samochodzie. Kasia prowadziła.

Dzisiaj uważa, że być może właśnie dlatego udało jej się utrzymać emocje na wodzy. Nie musiała patrzeć synowi w oczy. Dopiero później, kiedy opowiadała bliskim o tej sytuacji, rozsypywała się.

 

Piersi są inne

Leczenie zmieniło jej ciało. Przeszła mastektomię i rekonstrukcję. Pojawiły się i komplikacje. Dzisiaj mówi wprost, że piersi są inne i że nie ma w nich dawnego czucia.

Co ciekawe, razem z tym przyszła większa akceptacja siebie. Przed chorobą Kasia nie miała szczególnie dobrej relacji z własnym ciałem.

Reklama
Reklama

– Zawsze coś mi w nim nie pasowało. Jestem z tych wiecznie odchudzających się, ale jednocześnie nielubiących sportu.

Kiedyś nie wyobrażała sobie też wyjścia bez makijażu. Pokazanie się ludziom w takiej wersji potrafiło ją paraliżować.

Rak brutalnie rozprawił się z kontrolowaniem wizerunku. W internecie zobaczyły ją tysiące osób: umalowaną i nieumalowaną, silniejszą i słabszą, w różnych momentach leczenia.

– Teraz wychodzę i wyglądam średnio. Za chwilę mogę wyglądać super, wymaluję się, ubiorę inaczej i nadal jestem tą samą Kasią.

36 lat i „słownik badań jak u 70-latki”

Rak wywrócił życie Kasi do góry nogami.

– To taki język, którym mówią pacjentki onkologiczne: „przewartościowujemy życie”, „doceniamy mniejsze rzeczy”. I coś w tym absolutnie jest.

2 października 2024 r. Kasia przyjęła ostatnią chemioterapię. Obecnie jest zdrowa, ale choroba nie daje o sobie zapomnieć.

Są kolejne wizyty, badania, pilnowanie terminów, zastanawianie się, czy sprawdziło się każdy parametr. Kasia mówi, że często pacjentka sama musi dowiadywać się, czego powinna dopilnować.

– Męczy mnie to, że cały czas mam głowę zapełnioną wizytami u lekarzy, badaniami. Jako 36-latka mam słownik różnych badań tak rozbudowany, jakbym miała 70 lat.

Spokój, choć tylko na jakiś czas, przychodzi po dobrym wyniku. Potem zbliża się kolejne badanie i wszystko zaczyna się od początku. Kasia jest dodatkowo obciążona genetycznie. Przeszła operacje zmniejszające ryzyko, ale wie, że nie dostała gwarancji, że choroba nigdy nie wróci.

Reklama
Reklama

Dlatego nie mówi: „wygrałam”, tylko opowiada o życiu po leczeniu.

„Po prostu zwolniliśmy”

Przed chorobą ciągle było jej mało.

– Zawsze byłam „niewystarczająca”, niezadowolona z siebie i uważałam, że robię zbyt mało, że muszę więcej, więcej. Żona, pani domu, pracownik, kolejna firma.

Bała się też zmian i porażek. Dzisiaj nadal jest tą samą Kasią. Podkreśla, że rak nie wymienił jej osobowości na nową, ale pewne rzeczy przesunęły się na inne miejsca.

– Jeśli pojawia się okazja, żeby zrobić coś nowego, częściej mówię: dobra, idę. Zdaję sobie sprawę, że mogę popełnić błąd, że może mi coś nie wyjść, ale trudno. Wszystko jest do naprawienia. Najwyżej potraktuję to jako kolejną naukę.

Zwolniło też jej małżeństwo. Kasia mówi, że zawsze byli z mężem blisko, ale przed chorobą pęd codzienności sprawiał, że momentami żyli trochę obok siebie.

Rak ten pęd zatrzymał.

Mąż jeździł z nią do lekarzy, opiekował się nią, kiedy nie dawała rady. Razem zaczęli pozwalać sobie na coś, co wcześniej wydawało się niemal stratą czasu: dzień bez planu, spacer o 21, bo akurat mają ochotę. Nicnierobienie.

– Po prostu zwolniliśmy i zaczęliśmy być bardziej dla siebie.

Kasia nie ma wątpliwości, że gdyby została wtedy sama ze swoim podejściem do lekarzy, prawdopodobnie poszłaby wolniejszą drogą. Termin biopsji, na którą pierwotnie miała czekać, przypadłby na czas, kiedy dzięki szybszej diagnostyce była już pod koniec chemioterapii.

Reklama
Reklama

Dlatego dzisiaj, kiedy opowiada swoją historię kobietom, wraca do początku oraz hasła: „proszę wrócić za pół roku”.

– Nigdy nie odpuszczajcie, jeśli czujecie, że coś jest nie tak. Sprawdzajcie do skutku.

„Jeśli ten rak nie wróci”

Kasia mieszka w Gdańsku. Morze było blisko, więc – jak to często bywa z tym, co dostępne na co dzień – nie zawsze chciało się nad nie chodzić.

Teraz robi to częściej.

– Doceniam spacer, plażę, chmury, choć drobnymi rzeczami potrafiłam cieszyć się już wcześniej. Nie chcę przypisywać rakowi każdej dobrej cechy, którą dzisiaj w sobie widzę. Choroba nauczyła mnie czegoś innego: częściej próbować. Mniej zastanawiać się, co powiedzą ludzie. Trochę mniej odkładać życie.

Kolejne dobre wyniki przynoszą ulgę, ale nie stuprocentową pewność. Gdzieś z tyłu głowy pozostaje pytanie, czy rak wróci.

I właśnie dlatego Kasia stawia warunek, kiedy próbuje powiedzieć, co właściwie ta choroba zrobiła z jej życiem.

– Jeśli okaże się, że rak nie wróci już do mnie, to naprawdę wyciągnę z tego więcej dobrego niż złego. Nasze życie się tak zmieniło, nasze myślenie, że będę mogła powiedzieć: dobra, okej, tak miało być.

Od dawna powtarza, że wszystko dzieje się po coś. Na początku leczenia mąż zapytał ją więc o rzecz, na którą nie miała jeszcze odpowiedzi: „Skoro wszystko dzieje się po coś, to po co wydarzył się rak?”.

Reklama
Reklama

– Jeśli rzeczywiście już nie wróci, będę mogła powiedzieć, że te chwile też były po coś.

Dogłębna diagnostyka

Historia Kasi pokazuje, jak wiele może zależeć od diagnostyki. Sama wyczuła zmianę w piersi, ale po kolejnych wizytach u lekarzy była gotowa uwierzyć, że nie dzieje się nic niepokojącego. Dr Łukasz Drozd, specjalista chirurgii plastycznej, zwraca uwagę, że samo wykonanie USG nie wystarczy. Znaczenie ma także to, jak badanie zostało przeprowadzone, na jakim sprzęcie, przez kogo i co pacjentka otrzymała później w opisie.

– Czasem na konsultacje w sprawie powiększenia piersi trafiają do nas pacjentki z już skończonym badaniem i w tym badaniu są tak naprawdę dwa zdania: wykonano USG i nie stwierdzono żadnej zmiany. To jest żadne badanie, żaden wynik – mówi.

Według dra Drozda dokładne USG piersi powinno trwać ok. 20 minut. Tymczasem zdarza się, że pacjentka wychodzi z gabinetu już po kilku minutach. Sam czas nie jest jedynym kryterium jakości.

– USG piersi wymaga dokładności. To dość szczególne badanie. Potrzebna jest do niego odpowiednia głowica.

Jak zaznacza, nie każdy aparat wykorzystywany do badań ultrasonograficznych daje takie same możliwości. Znaczenie ma również doświadczenie lekarza. Dr Drozd zastrzega, że mówi o ogólnej zasadzie, a nie ocenie konkretnych specjalistów. Ze swojej praktyki wskazuje najlepiej przeszkolonych do USG – przede wszystkim radiologów zajmujących się diagnostyką obrazową oraz chirurgów mających doświadczenie w diagnostyce i leczeniu piersi.

Reklama
Reklama

Pacjentka nie zawsze jednak wie, kto będzie wykonywał badanie. Zwłaszcza gdy zapisuje się przez duże centrum medyczne lub korzysta z pakietu i wyboru dokonuje głównie z uwagi na dogodny termin.

Dlatego warto później dokładnie przyjrzeć się wynikowi.

Co powinno znaleźć się w opisie USG piersi?

Dr Drozd zwraca uwagę, że opis nie powinien sprowadzać się do informacji, że lekarz „nie stwierdził zmian”. Jednym z najważniejszych elementów jest klasyfikacja BI-RADS, stosowana do kategoryzacji wyników badań obrazowych piersi.

– Pacjentka ma prawo i powinna wymagać tego, żeby po wykonaniu USG, na wyniku, lekarz wykonujący badanie wpisał jej skalę BI-RADS.

Reklama
Reklama

Dzięki temu kolejny lekarz nie dostaje wyłącznie lakonicznego „bez zmian”, ale konkretną informację o tym, jak osoba wykonująca badanie oceniła obraz piersi i czy wymaga on dalszego postępowania.

Warto zwrócić uwagę również na węzły chłonne. Dr Drozd mówi, że spotyka opisy badań, w których informacji o ich ocenie po prostu nie ma. Pacjentka nie wie wtedy, czy lekarz je obejrzał i uznał za prawidłowe, czy w ogóle nie zostały ocenione.

– Jeśli pacjentka pyta, czy miała zbadane węzły, to powinna tę odpowiedź uzyskać: tak, miała pani zbadane i są prawidłowe. I wtedy może powiedzieć: bardzo proszę mi to napisać, bo potrzebuję tego do swojej dokumentacji.

Szczególnej uwagi wymagają badania kobiet z implantami piersi, również tymi założonymi podczas rekonstrukcji po mastektomii. Jak zauważa dr Drozd, w ich przypadku należy ocenić nie tylko tkankę piersi. W badaniu trzeba uwzględnić także implant, m.in. obecność płynu oraz torebkę, która tworzy się wokół niego.

„Pacjentka ma prawo pytać”

Doktor podkreśla, że kobieta nie powinna obawiać się zadawania pytań podczas badania.

– Podstawowym prawem pacjenta jest prawo do informacji. Obowiązkiem lekarza jest udzielać odpowiedzi.

Jeżeli więc w opisie nie ma informacji o węzłach chłonnych, można zapytać, czy zostały ocenione. Jeśli pacjentka nie rozumie wyniku – może poprosić o jego wyjaśnienie. Jeśli nie wie, co oznacza przypisana kategoria BI-RADS albo jakie powinno być dalsze postępowanie – również ma prawo o to dopytać.

Reklama
Reklama

Lekarz zwraca uwagę także na problem kobiet, które przez lata w ogóle nie wykonują badań piersi. Opowiada o pacjentkach w wieku 45 czy 50 lat, które zgłaszają się do jego kliniki przed operacją plastyczną i podczas wywiadu przyznają, że wcześniej nigdy nie miały USG piersi.

Zdarzało się, że właśnie podczas diagnostyki przed planowanym zabiegiem lekarze znajdowali zmianę wymagającą dalszego postępowania. Operacja estetyczna schodziła wtedy na dalszy plan, a pacjentka była kierowana do diagnostyki i leczenia.

Bez klasycznej operacji

Dr Drozd wykorzystuje również biopsję podciśnieniową, która w wybranych przypadkach pozwala usunąć niewielką zmianę w piersi bez klasycznej operacji chirurgicznej.

Jak tłumaczy, wcześniej pacjentka mogła mieć pobrany fragment zmiany do badania histopatologicznego albo – jeśli konieczne było jej usunięcie – trafić na zabieg chirurgiczny. Biopsja podciśnieniowa wypełnia przestrzeń pomiędzy tymi rozwiązaniami.

Zabieg wykonuje się w znieczuleniu miejscowym. Nacięcie skóry jest niewielkie.

– Ma około 3-4 mm, nawet nie zakłada się szwów.

Według lekarza metodą można usuwać w całości wybrane zmiany o średnicy do ok. 2 cm. Usunięty materiał trafia następnie do badania histopatologicznego. Przy większych guzach może być konieczne klasyczne leczenie chirurgiczne.

Reklama
Reklama

Dr Drozd zainteresował się metodą właśnie dlatego, że podczas badań wykonywanych przed planowanymi operacjami piersi jego zespół regularnie znajdował u pacjentek niewielkie zmiany. Część miała zaledwie kilka milimetrów, co rodziło pytanie, czy je obserwować, diagnozować dalej, czy usuwać.

Biopsja podciśnieniowa daje w takich sytuacjach dodatkową możliwość. Ale zanim lekarz zdecyduje, co zrobić ze zmianą, najpierw trzeba ją znaleźć.

Dlatego dr Drozd wraca do podstaw: dobrze wykonanego USG i wyniku mówiącego coś więcej niż tylko „nie stwierdzono zmian”.

Może zainteresuje Cię także:

Reklama
Reklama