Reklama
Reklama
Reklama

Rząd na wojnie z patomieszkaniami? Lewandowski: pora zrozumieć, że deweloperzy to nie Caritas

TYLKO NA

– Mam ograniczone zaufanie do deweloperów. To nie Caritas. Prowadzą swój biznes i robią wszystko, żeby więcej zarobić. Trudno mówić o etyce biznesu, raczej o chęci maksymalizacji zysku. To patologizuje mieszkaniówkę. Jako państwo musimy stawiać tamę i wyznaczać odpowiednie standardy – mówi Zero.pl Tomasz Lewandowski, wiceminister rozwoju i technologii z Nowej Lewicy.

tomasz-lewandowski-listing
Na zdjęciu wiceminister rozwoju i technologii Tomasz Lewandowski (fot. Marcin Obara / PAP)

Marek Mikołajczyk, Zero.pl: Średnia cena nowego mieszkania w Warszawie dobija do 20 tys. zł za mkw. Niewiele taniej jest w Gdańsku, Krakowie czy Wrocławiu. Czy to trend, który musimy zaakceptować – mieszkania będą już tylko drożeć? 

Tomasz Lewandowski, wiceminister rozwoju i technologii odpowiedzialny za politykę mieszkaniową, poznański radny Nowej Lewicy: Analizując rynek – niezależnie od indywidualnych odczuć Polek i Polaków – powinniśmy zwracać uwagę nie tylko na cenę za metr, ale również na dostępność mieszkania, czyli relację ceny za metr w danym mieście do wynagrodzenia. Rok 2025 był pierwszym od kilku lat, w którym ta dostępność wzrosła. Dziś za średnie wynagrodzenie Polak może kupić 0,9 mkw. mieszkania.

To niedużo.

Oczywiście, to nie jest zadowalający poziom. Ale gdy spojrzymy na statystyki relacji wynagrodzenia do ceny metra kw. w całej Europie, to okaże się, że wcale nie jesteśmy w ogonie. Plasujemy się mniej więcej w połowie stawki.

Reklama
Reklama

 

Ta granica 20 tys. zł za mkw. nie powinna być dla nas czerwoną lampką? Może pora zastanowić się, czy to naprawdę musi tak wyglądać.

Przyznam, że zawsze, gdy uczestniczę w dyskusji o cenach mieszkań, trochę się irytuję. Zakup to nie jest jedyna ścieżka do zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych. Państwo powinno wykorzystywać różne formy wsparcia – wzmacniać rynek najmu, stawiać na budownictwo społeczne skierowane do szerokiego grona obywateli.

Nie każdy musi być właścicielem mieszkania. Warto walczyć z tezą, że posiadanie mieszkania na własność jest jakimś wyznacznikiem sukcesu życiowego. Nie jest – i czas o tym głośno mówić. Wielu właścicieli dużych i drogich mieszkań nabyło je np. za ułamek wartości od miasta albo spółdzielni.

Reklama
Reklama

Własność i związany z nią powszechnie kredyt na sfinansowanie zakupu mieszkania przywiązują zawodowo do danego miejsca i ogranicza decyzje o zmianie pracy. To ogranicza mobilność ludzi, poza tym nie pozwala rozwijać się szybciej gospodarce.

Ponadto często decyzje dotyczące lokalizacji mieszkania czy jego wielkości nie są skrojone na potrzeby kupującego, ale na jego możliwości zadłużenia. Mamy więc sytuację, w której kupujemy za małe mieszkanie, często źle skomunikowane, z ogromnymi kosztami obsługi kredytu, które powodują ogromny stres.

Dzieje się tak, ponieważ budownictwo społeczne wciąż nie jest realną alternatywą dostępną dla wszystkich. Na marcowej konferencji prasowej minister finansów Andrzej Domański zapowiadał, że w 2026 r. zakontraktowana zostanie budowa i remont 18 tys. mieszkań. Jasne, liczby te rosną z roku na rok, ale nadal nie jest tak, że młody człowiek, który chce założyć rodzinę, może ot tak liczyć na wsparcie państwa.

To prawda, choć warto pamiętać, że ten proces nie trwa rok czy dwa. W tym roku mówimy o 18 tys., w przyszłym będzie to już grubo powyżej 20 tys. mieszkań.

Reklama
Reklama

Przygotowujemy projekt ustawy o społecznych zasobach mieszkaniowych oraz o wsparciu inwestycji mieszkaniowych. Założyliśmy w nim, że w ciągu 10 lat wybudowane lub wyremontowane zostanie łącznie 250 tys. mieszkań społecznych i 128 tys. mieszkań komunalnych. Mówimy więc o prawie 40 tys. mieszkań rocznie. To bardzo dużo, zwłaszcza gdy zestawi się tę liczbę ze 120 tys. lokali budowanych rocznie przez deweloperów.

Austriacy w Wiedniu budowali swój system przez 100 lat. Gdyby zapytać Wiedeńczyków, czy system został już ukończony w 100 proc., to pewnie odpowiedzieliby, że nie. To musi trwać.

Tomasz Lewandowski
wiceminister rozwoju i technologii

W przyszłym roku są wybory. Nie obawia się pan, że znów politykę mieszkaniową czekają turbulencje?

Nie boję się. Mamy już na ukończeniu kolejne ustawy, które tworzą cały system. Zmieniła się też narracja o mieszkaniówce – niemal wszyscy politycy od prawa do lewa mówią głośniej lub ciszej, że państwo powinno budować. Niewielu jest już takich, którzy optują za tym, żeby zostawić tę działkę tylko deweloperom i w ogóle im w niczym nie przeszkadzać. To, co się udało, to właśnie przełamanie tego sposobu myślenia. I warto było poświęcić na to pierwszy rok kadencji – dopłat do kredytów mieszkaniowych nie domaga się już nikt.

Reklama
Reklama

Jaka jest w Polsce skala luki czynszowej? Mówimy o osobach, które są zbyt bogate, aby zamieszkać w mieszkaniu komunalnym, ale zbyt biedne, by móc zakupić mieszkanie lub wynająć za rynkową stawkę.

Analizy pokazują, że jest to nawet 1/3 społeczeństwa. Mówimy więc o ok. 4,4-5,1 mln polskich rodzin. Kwestię tę badał dr hab. Adam Czerniak parę lat temu.

Mówimy o badaniach z 2022 r. Pytam o to, bo Hanna Milewska-Wilk, jedna z najlepszych ekspertek ds. mieszkalnictwa w Polsce, przyznała niedawno w rozmowie z Zero.pl, że w wielu obszarach nie posiadamy podstawowej wiedzy o rynku w Polsce. Trudno projektować bardzo precyzyjną politykę mieszkaniową, gdy nie mamy aktualnej wiedzy, kto, gdzie i dlaczego znajduje się w luce czynszowej.

Współpracujemy z Hanną Milewską-Wilk bardzo blisko. Zgadzam się, że to odpowiedni moment, aby uruchomić w Polsce Centralną Ewidencję Lokali. Mówimy o stworzeniu rejestru, z którego jasno by wynikało, ile jest w Polsce mieszkań – nie tylko publicznych, ale i prywatnych. Jak są wykorzystywane, czy stoją puste, czy trzymane są tylko jako kapitał, a jeśli są wynajmowane, to za ile.

Reklama
Reklama

Gdy po raz pierwszy pojawił się ten pomysł, w sieci podniosło się larum, że rząd chce sprawdzać, co robimy w mieszkaniu.

To nie jest kwestia wścibskości ani szczególnego zainteresowania, co dana osoba robi ze swoim lokalem. Państwo nie może prowadzić odpowiedzialnej polityki, jeśli nie wie, ile mieszkań jest w danej miejscowości i co się z nimi dzieje.

Z całą pewnością są w Polsce powiaty ze sporą liczbą pustych domów czy mieszkań w zasobie prywatnym. W takich rejonach – zamiast budować nowe mieszkania – sensowniej byłoby na przykład kierować środki na remont lokali czy uruchamiać instrumenty wsparcia dla społecznych agencji najmu. Skorzystają na tym i prywatni właściciele, i władza publiczna. Chodzi więc o dostosowanie polityki mieszkaniowej do wyzwań w poszczególnych powiatach i do efektywnego wydawania środków publicznych. Potrzebujemy tej wiedzy.

Jaka jest perspektywa czasowa?

Reklama
Reklama

Przygotowujemy projekt ustawy we współpracy z Centralnym Ośrodkiem Informatyki oraz Głównym Urzędem Geodezji i Kartografii. Przed nami też uzgodnienia w koalicji, jaki dokładnie zakres informacji będzie zbierany. Zależy nam, aby w przyszłym roku, przed końcem kadencji, uchwalić nowe przepisy.

Zmieńmy temat. Ma pan zaufanie do deweloperów?

Ograniczone. Deweloperzy to nie Caritas. Prowadzą swój biznes i robią wszystko, żeby więcej zarobić. Trudno mówić o etyce biznesu, raczej o chęci maksymalizacji zysku. A troskę o ład przestrzenny i projektowanie mieszkań przyjaznych przyszłym ich użytkownikom zastępuje często optymalizacja kosztowa czy wyciskanie maksymalnej liczby metrów użytkowych z działki. To patologizuje mieszkaniówkę. Jako państwo musimy stawiać temu tamę i wyznaczać odpowiednie standardy.

Reklama
Reklama

Michał Sapota, twórca grupy HREIT, też chciał tylko zarobić? Jak informował ostatnio „Puls Biznesu”, sąd ogłosił upadłość jego firmy. Długi miały sięgać 2,8 mld zł. Według prokuratury w sprawie może być nawet 8 tys. poszkodowanych.

Na pewno nie chciał zaspokajać zbiorowych potrzeb mieszkaniowych Polek i Polaków. Stworzył piramidę, skrzywdził tysiące osób, które mu zaufały. Ubolewam, że do takiej sytuacji doszło.

Ta historia czegoś nas uczy jako państwo?

Z pewnością tego, że musimy wzmacniać mechanizm Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego, uzupełnić rozwiązania zwiększające ochronę nabywców mieszkań na rynku pierwotnym i monitorować rynek, by przeciwdziałać takim praktykom.

Reklama
Reklama

Pamiętam, że gdy przyjmowano ten projekt, to działo się to przy akompaniamencie krytyki środowiska deweloperskiego i – o zgrozo – części posłów. Argumentowali, że koszty składek na fundusz będą musieli przerzucać na biednych nabywców lokali. Dziś widzimy, że tego typu mechanizmy skierowane na ochronę rynku są potrzebne. Inwestycje są chronione. Dlatego też wprowadzamy dalsze zmiany do tzw. ustawy deweloperskiej, dzięki którym zwiększymy przejrzystość i bezpieczeństwo obrotu mieszkaniami oraz wzmocnimy pozycję nabywców względem deweloperów.

Jaką mamy pewność, że za rok nie dojdzie do kolejnej takiej afery, tylko z innym deweloperem?

Pewności nie mamy nigdy. Zawsze może pojawić się ktoś, kto nie będzie miał dobrych intencji. Robimy jednak wiele, by zapewnić nabywcom ochronę i dostęp do informacji. Jesteśmy w trakcie przygotowywania nowelizacji ustawy deweloperskiej.

Chcemy doprowadzić do sytuacji, w której każdy nabywca będzie mógł sprawdzić w Portalu DOM swojego dewelopera – ile inwestycji zrealizował w ostatnich latach, co to były za projekty, a przede wszystkim: czy zdarzały mu się opóźnienia w realizacji inwestycji deweloperskich lub w odprowadzaniu składek na DFG oraz czy były nakładane na niego kary przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów lub organy nadzoru budowlanego.

Reklama
Reklama

Deweloper będzie mógł zostać zweryfikowany.

Tak. Do tej pory nabywca polegał zazwyczaj na materiałach marketingowych, pięknych makietach i wizualizacjach stworzonych przez samych deweloperów. Teraz będzie mógł podjąć decyzję w oparciu o wiedzę z różnych rejestrów rządowych. I na tej podstawie zdecyduje, czy warto komuś zaufać.

Dodatkowo chcemy ograniczyć problem spółek celowych. Mówimy o sytuacjach, w których deweloper tworzy nową spółkę, aby zrealizować inwestycję. Po oddaniu kluczy spółka zaprzestaje aktywności, co de facto uniemożliwia nabywcom dochodzenie swoich praw, np. prawa do rękojmi.

Dlatego wprowadzamy przepisy, które skończą z tą patologią – jeśli deweloper zlikwiduje spółkę celową, która jest spółką z o.o., zobowiązania z tytułu rękojmi za wady mieszkania przejmie jej udziałowiec lub udziałowcy, zaś w przypadku spółek akcyjnych nie będzie możliwości rozwiązania spółki przed upływem okresu pięciu lat od dnia wydania mieszkania. Dzięki temu rozwiązaniu nabywcy otrzymają pewność możliwości dochodzenia swoich praw.

Reklama
Reklama

Już dziś słyszymy wycie branży, że psujemy system prawa spółek, bo proponujemy odejście od „uświęconej” zasady braku odpowiedzialności wspólnika spółki kapitałowej za zobowiązania spółki. Brakuje jednak refleksji, że obecne rozwiązania – czyli możliwość zwinięcia bez konsekwencji spółki celowej – czynią iluzorycznymi przepisy o rękojmi za wady mieszkania. Dla mnie sytuacja jest jasna: gdy mamy na jednej szali konstrukcję prawa spółek celowych, a na drugiej skuteczną ochronę praw konsumenta, to zawsze wygrywa to drugie.

Jest pan na wojnie z deweloperami?

Nie jestem. Nie walczę przeciwko deweloperom, walczę o prawa nabywców lokali. To spora różnica. Szukam rozwiązań, które z jednej strony mogą pomóc usprawnić proces inwestycyjny i w tym sensie pomóc inwestorom. Dbanie o odpowiednią podaż mieszkań jest bardzo ważne, bo na rynku konkurencyjnym wpływa to na cenę i dostępność mieszkań.

Z drugiej strony – trzeba eliminować z rynku podmioty, które chcą jedynie rywalizować substandardowymi rozwiązaniami. Budowa i sprzedaż mieszkań to nie jest biznes taki sam jak każdy inny. Państwo musi chronić interes słabszej strony transakcji, czyli kupującego, dbać o odpowiedni standard i przeciwdziałać tragediom podobnym do tych, których doświadczyli klienci HREIT.

Reklama
Reklama

Projekt nowelizacji ustawy deweloperskiej jest w trakcie konsultacji. Kiedy trafi do Sejmu?

Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku. Sprawa budzi spore emocje, dostaliśmy sporo uwag od różnych instytucji. Przykładowo: Polski Związek Firm Deweloperskich napisał, że generalnie bardzo pozytywnie ocenia projekt, ale dostarczył przy tym listę uwag na 36 stron. Zmierzymy się z tymi zastrzeżeniami.

Deweloperzy to tylko jedna strona medalu. Druga to mieszkania w zasobach komunalnych. Z samorządów w dekadę zniknęło ponad 300 tys. mieszkań. Musimy już do tego przywyknąć? Czy ta liczba w skali kraju zawsze już będzie się kurczyć?

Reklama
Reklama

Mam nadzieję, że nie. Prowadzę ostrą batalię z samorządowcami, żeby przestali sprzedawać mieszkania z bonifikatą (obniżką ceny, w niektórych wypadkach sięgającą nawet 98 proc. wartości mieszkania – red.). I to jest najważniejsza rzecz – włodarze miast muszą zaprzestać prowadzenia tak nierozsądnej polityki. Do niczego ona nie prowadzi.

Nie mam nic przeciwko temu, aby mieszkanie o bardzo złym stanie technicznym, drogie w utrzymaniu i remoncie sprzedać za cenę rynkową, a środki ze sprzedaży zainwestować w nowe budownictwo.

Jednak wyprzedaż z bonifikatami najczęściej tego najlepszego zasobu z uwagi na jakieś bliżej nieokreślone zobowiązania wobec wyborców budzi mój najgłębszy sprzeciw. Trzeba bowiem to wyraźnie powiedzieć – samorządy sprzedają w zdecydowanej większości nie stare i zniszczone lokale, ale te mieszkania, których lokatorzy się mobilizują i mają środki na wykup. Na szczęście są samorządy, które postawiły na budowę nowych mieszkań, a stare wyłącznie remontują.

To ciągle jednak wyjątki na mapie Polski – Sopot czy Włocławek. Zapytam wprost: na czym pan opiera swoją nadzieję? Nie jest ona złudna?

Reklama
Reklama

Coraz większym problemem polskich miast jest depopulacja. Ludzie uciekają z mniejszych miejscowości do dużych aglomeracji. I po rozmowach z wieloma samorządowcami, którzy do tej pory uciekali od prowadzenia polityki mieszkaniowej, mam wrażenie, że coraz częściej zdają sobie sprawę, że będą rozliczani podczas wyborów z faktu, że ich miasto się wyludnia. Składa się na to parę czynników: miejsca pracy, ochrona zdrowia, komunikacja miejska, ale przede wszystkim właśnie polityka mieszkaniowa.

Brzmi to ładnie. Tylko potem czytam historię na Zero.pl, że w Łomży na mieszkanie komunalne czeka się 238 miesięcy, czyli blisko 20 lat. I to nie jest wyjątek. Standardem jest, że w wielu polskich miastach spokojnie trzeba odstać w kolejce nawet 10 lat.

Jestem przeciwnikiem robienia jednej długiej kolejki. Jestem zwolennikiem bieżącego rozpatrywania wniosków i ogłaszania nowego naboru rok w rok. Wynika to z prostego faktu: zmienia się sytuacja osób wnioskujących i zmieniają się możliwości miasta. Osoba, która jeszcze dwa lata temu potrzebowała mieszkania komunalnego, dziś go wcale nie musi już potrzebować.

Zlikwidowanie kolejek nie rozwiązuje problemu.

Reklama
Reklama

Oczywiście, że nie rozwiązuje. Tak jak powiedziałem, to samorządowcy muszą zmienić myślenie o prowadzeniu polityki mieszkaniowej.

Powiem panu uczciwie: mam wrażenie, że te wszystkie historie o złym stanie technicznym lokali lub długiej kolejce do mieszkania komunalnego są często na rękę lokalnym włodarzom. Są takim mniej lub bardziej świadomym sposobem na odstraszenie ludzi od lokali komunalnych. Każdy normalny człowiek, który usłyszy, że 10 lat będzie czekał na mieszkanie, to sobie daruje. A to powoduje, że słabnie zainteresowanie mieszkaniami komunalnymi. Słabnie też wiara w to, że problem mieszkaniowy może rozwiązać samorząd.

Tomasz Lewandowski
wiceminister rozwoju i technologii

Dlatego mówię też o tych rozmowach z samorządowcami, które prowadzę. Proszę mi wierzyć, to są bardzo trudne spotkania, bo muszę uzmysłowić ludziom, którzy przez lata prowadzili taką, a nie inną politykę mieszkaniową, że to, co robili do tej pory, było złe i nieefektywne. Gdyby było efektywne – to bylibyśmy w innym miejscu. Jednocześnie muszę to robić bardzo delikatnie i ważyć słowa. Bo przecież nie chodzi o to, żeby wszystkich obrazić dookoła i powiedzieć, że ktoś źle wykonuje swoją robotę. Chodzi o to, żeby ich namówić na jakąś intelektualną przygodę i poszukanie innych rozwiązań.

Z Hanną Zdanowską i Jackiem Sutrykiem też pan rozmawia? To w Łodzi i we Wrocławiu są niechlubne rekordy kurczącej się liczby mieszkań komunalnych.

Reklama
Reklama

Oczywiście, że tak. Oba te miasta mają bardzo duży zasób mieszkań komunalnych. Przyjmuję argument, że nie zawsze warto je remontować, bo są w złych lokalizacjach, starych kamienicach i nie spełniają norm, których oczekują najemcy. Tylko pieniądze z ich sprzedaży powinny uzupełniać budżet na budowę nowych mieszkań. A tak się często nie dzieje.

Lokalni radni też często nie zachęcają do prowadzenia odważnej polityki mieszkaniowej. W 2017 r. jako wiceprezydent Poznania wstrzymałem sprzedaż lokali komunalnych w mieście. Do dziś co drugą sesję rady miasta przychodzą aktywiści ze stowarzyszenia „Nasze Mieszkania” i przekonują, że prezydent powinien uruchomić sprzedaż. Wtóruje im część radnych.

Ostatnio jeden z radnych Koalicji Obywatelskiej mówił wręcz, że sporą część kamienic należących do miasta powinniśmy sprzedać deweloperom, żeby je wyremontowali i wykorzystywali, a my pozbędziemy się problemu. Przecież to absurd. Niestety, część polityków nadal mentalnie jest jeszcze w latach 90. XX wieku. Wolny rynek wszystkiego nie rozwiąże. Ostatnie 30 lat w mieszkalnictwie pokazuje to bardzo wyraźnie.

Tomasz Lewandowski
wiceminister rozwoju i technologii

Kwestia wykupu mieszkań budzi też spore emocje w przypadku mieszkań w ramach TBS-ów. Do dziś pojawiają się historie, że ktoś komuś coś obiecał, lokator płacił przez lata, a mieszkanie nie jest jego.

Reklama
Reklama

Mieszkania społeczne budowane od 1995 r. przez TBS-y od samego początku nie były na sprzedaż. Wynikało to wprost z ustawy. W zamian za wpłatę części kosztu budowy mieszkania, czyli tzw. partycypację, najemca uzyskiwał bardzo silny tytuł do zajmowanego lokalu. Dzisiaj ten tytuł jest w zasadzie dziedziczny, a czynsz kształtuje się na poziomie połowy czynszu rynkowego.

Lokatorzy TBS-ów – obserwując jednak ogromną skalę prywatyzacji zasobu komunalnego i spółdzielczego – mogli mieć nadzieję, że także w odniesieniu do zasobu społecznego władza publiczna zdecyduje się na wyprzedaż mieszkań. Nadzieję tę wzmacniał fakt wysokiego, bo sięgającego do 30 proc. partycypowania w budowie mieszkań i wysokość czynszu pozwalająca TBS-owi na obsługę zadłużenia zaciągniętego na budowę bloków.

Proszę sobie wyobrazić sytuację, w której Kowalski wynajmuje mieszkanie na rynku przez pięć lat. Płaci czynsz dwa razy wyższy od tego, który płaci się w przypadku TBS-ów. I po tych pięciu latach idzie do właściciela i mówi mu, że ten musi mu sprzedać mieszkanie, a ponadto zaliczyć na poczet zapłaty wszystko, co płacił przez te pięć lat. Przecież każdy właściciel postukałby się w głowę. A z taką sytuacją mamy dziś do czynienia w TBS-ach.

Tomasz Lewandowski
wiceminister rozwoju i technologii

Przyjmuję z pełnym zrozumieniem postulaty zwiększenia transparentności działania spółek SIM/TBS, jasnej i zrozumiałej kalkulacji czynszu, ale czerwoną linią jest dla mnie wyprzedaż mieszkań społecznych. Na to mojej zgody nigdy nie będzie.

Reklama
Reklama

Może problemem jest fakt, że polski system mieszkaniowy jest niezwykle skomplikowany? Mamy TBS-y, SIM-y, SAN-y, mieszkania komunalne, socjalne, spółdzielcze, tymczasowe, treningowe, wspomagane. Można się pogubić, co się komu należy i na jakich zasadach.

To ogromna rola samorządów, żeby pomagały swoim mieszkańcom się w tym zorientować. Mamy XXI wiek, można tworzyć kalkulatory czy aplikacje, w których podaje się wiek, dochody, sytuację osobistą i dostaje się podpowiedź, czego i na jakich zasadach można oczekiwać. Swojego czasu podobną stronę mieliśmy w Poznaniu. Co do zasady – dziś osoby młode i zdrowe, które nie są wychowankami pieczy zastępczej, niestety nie mają co liczyć na mieszkanie komunalne. Inaczej jest z mieszkaniami w ramach SAN, TBS czy lokalami spółdzielczymi.

A to nie rola ministerstwa, aby ten system nieco uprościć? Albo wytłumaczyć w ramach kampanii społecznych?

Mamy takie działania w planach. Zróżnicowanie instrumentów wsparcia dla różnych grup pozwala precyzyjniej udzielać pomocy mieszkaniowej, ale musimy o tym w zrozumiały sposób opowiadać. Chcemy przede wszystkim wyjść z dyskusji o cenie mieszkań, skończyć z fiksacją na własności. Chcemy opowiedzieć więcej o tym, czym są mieszkania społeczne, spółdzielcze, lokatorskie – i jak działa ten system.

Reklama
Reklama

Zwracał pan uwagę, że w przyszłym roku są wybory. Ma pan poczucie, że premier Donald Tusk wywiązał się ze swoich słów z poprzedniej kampanii? Jeszcze przed 2023 r. na jego wiecach powtarzane było hasło, że „mieszkanie jest prawem człowieka”. Widzi pan to na co dzień?

Gdy w 2006 r. zostałem po raz pierwszy poznańskim radnym i podnosiłem potrzebę zwiększenia dostępności mieszkań w mieście, traktowano mnie jak kosmitę. Mieszkania komunalne były wówczas od tego, aby je sprzedawać. O budowaniu nikt nie myślał. Jedyne, co się budowało, to kontenery socjalne na obrzeżach, bo „coś z tymi dłużnikami-złodziejami trzeba było zrobić”. Przerażające, wiem, ale takie było podejście.

Dziś sformułowanie, że „mieszkanie jest prawem człowieka” nie jeży włosów na głowie liberałów. Zmienia się mentalność, choć – jak widzimy – rynek nieruchomości potrzebuje jeszcze czasu, aby przyzwyczaić się do niektórych zmian. Ale jesteśmy już w tym momencie, że coraz częściej nie muszę walczyć z wiatrakami. Nie muszę rozmawiać o tym, czy warto coś zrobić, tylko jak, z jaką intensywnością i przy jakich środkach.

Reklama
Reklama

Donald Tusk się zmienił?

Wszyscy się zmieniają.

Reklama
Reklama