Ryszard Florek w Kanale Zero ostro skrytykował państwo za utrudnianie działalności firm i opowiedział o presji ze strony służb. Prezes Fakro wskazał też na międzynarodowe napięcia wokół biznesu – według jego relacji w grę miały wchodzić nawet groźby dotyczące dostaw gazu ze strony Danii.

- Ryszard Florek w Kanale Zero ostro krytykuje państwo, twierdząc, że zamiast wspierać przedsiębiorców, utrudnia im rozwój, przez co firmy mogłyby tworzyć więcej miejsc pracy i lepiej płacić pracownikom.
- Biznesmen ujawnia kulisy prowadzenia działalności w Polsce, wspominając m.in. o naciskach ze strony służb i wieloletnich sporach sądowych.
- Jego zdaniem kluczowe dla rozwoju gospodarki jest wzmocnienie przedsiębiorstw, inwestowanie zysków oraz budowanie pozycji Polski jako równorzędnego partnera dla bogatszych państw Europy.
„Państwo cały czas tworzy problemy”
Krzysztof Stanowski, gospodarz programu Godzina Zero, zwrócił uwagę, że jego gość lubi przedstawiać się jako przedsiębiorca, który ma pod górkę, ale zawsze zwycięża. Ryszard Florek przyznał, że jest tak, bo ma w sobie sportowego ducha walki i nie lubi przegrywać.
– Dlatego walczę. Natomiast motywują mnie pracownicy. Często mówię, że przez te 35 lat stworzyliśmy w Fakro ponad 4 tys. miejsc pracy. A jak by nam państwo polskie nie przeszkadzało, tych miejsc pracy byłoby co najmniej 8 tys. Ale co najciekawsze, uzyskalibyśmy przez to odpowiedniej skali korzyści, co umożliwiłoby nam płacić pracownikom 20-30 proc. więcej – powiedział.
I dodał, że boli to, iż państwo polskie, które powinno pomagać i dbać o własną gospodarkę, cały czas tworzy problemy.
Przyznał, że sytuacja jednak się poprawia i nie jest już tak zła, jak to było w latach 90. Nawiązując do afery Romana Kluski (sprawa niesłusznego aresztowania biznesmena i zniszczenia jego majątku) wyznał, że przyszli do niego funkcjonariusze służb specjalnych z Wojskowych Służb Informacyjnych i „zażądali 10 proc.” z przychodów. W przeciwnym razie – jak mówił – zagrozili, że jego firmy do końca roku już nie będzie.
Wspomina, że na początku swojego biznesu walczył o rynek i chciał ściągać do Nowego Sącza dystrybutorów, by pokazać, że firma nie jest taka mała.
– Walnęliśmy duży napis Fakro i wtedy nas zauważyli. Od razu przyszły kontrole wszelkiej maści. Zaczęli wyszukiwać takie rzeczy, że się włos jeży, że się mogą tego czepiać. Potem przyszli „wyzwoliciele” i powiedzieli: „możemy wam to wszystko odpuścić. Możecie robić, co chcecie. No ale 10 proc.”. Odpowiedziałem, że ja to wszystko w sądzie wygram – opisuje.
Ryszard Florek opowiadał o sprawach sądowych, jakie toczone były przeciwko niemu. Stwierdził, że najdłuższa trwała 10 lat i próbowali go złapać „na cztery tematy”. Niektóre sprawy opisał w szczegółach.
Dlaczego w Nowym Sączu jest tylu milionerów?
Krzysztof Stanowski pytał swojego gościa, skąd bierze się ten fenomen, że w Nowym Sączu jest tylu milionerów. Ryszard Florek odparł, że powodów tego stanu rzeczy jest kilka.
– Po pierwsze, to jest region, gdzie nie było PGR-ów, więc było dużo prywatnych gospodarstw, zakładów rzemieślniczych. Było dużo kolonistów niemieckich, jeszcze z czasów austro-węgierskich. I to rzemiosło tam kwitło po prostu. Więc jeszcze przed zmianami, za czasów komunizmu też było bardzo dużo zakładów. Dużo było prywatnych firm. Potem ta smykałka przedsiębiorcy została – mówił.
Dodał, że ważnym tego elementem jest to, że „przedsiębiorcy wzajemnie pomagają, wzajemnie się inspirują”, zamiast rywalizować. – My działamy w różnych branżach, rywalizujemy tylko na rynku pracy ze sobą, natomiast mamy różne biznesy – dodał.
Wyzwania polskiej gospodarki
Stanowski zwrócił uwagę, że Florek został powołany do Rady Biznesu działającej przy prezydencie Karolu Nawrockim. Ryszard Florek jest zdania, że grono to ma szanse wypracować dobre rozwiązania, ale wszystko zależy od tego, w jakim kierunku pójdzie ta inicjatywa.
Gospodarz Godziny Zero pytał prezesa Fakro o największe wyzwania polskiego biznesu i gospodarki. Jego zdaniem przedsiębiorcy potrzebują po prostu mieć więcej czasu, a w Polsce powinno się zarabiać tyle, co w państwach bogatych, żebyśmy „nie byli kolonią Europy Zachodniej, tylko partnerem”. – Myślę, że to jest największe wyzwanie – powiedział.
Zwrócił uwagę, że problemem jest to, że ludzie nie rozróżniają majątku firmy od majątku przedsiębiorcy.
– My w firmie od samego początku nigdy nie wypłaciliśmy dywidendy. 100 proc. zysków inwestujemy w rozwój firmy. Dlatego, że nam są potrzebne korzyści skali i nasz konkurent ma przewagę z tytułu korzyści skali co najmniej 5-7 proc., czyli jeżeli on ma jeszcze 7 proc. zyskowności, to my mamy już 0. Musimy być jeszcze co najmniej dwa razy więksi, żeby to było porównywalne – oznajmił.
Na pytanie, jak wysoka byłaby dywidenda, gdyby była wypłacana w ostatnich latach, Florek oznajmił, że tego nie liczył. Przyznał, że na pewno „szłoby to w miliony rocznie”, bo firma się rozwija.
Szefowa KRS Dagmara Pawełczyk-Woicka: Część sędziów w normalnym państwie poszłaby siedzieć
– Dzisiaj jesteśmy tu, gdzie jesteśmy dlatego, że te pieniądze wtedy nie zostały przejedzone, tylko zainwestowane. Ale niestety, jak porówna się kapitał firm polskich w przeliczeniu na jednego pracownika do kapitału firm zachodnich na jednego pracownika, to jest czasami 1 do 3 albo. Czyli my tego kapitału ciągle potrzebujemy, ciągle go mamy za mało – dodał.
Mówił też o swoich fanaberiach. Jak wyznał, jedną z nich było stworzenie Sankolandii w Muszynie. – To jest ta frajda z tej pracy, to jest ta fanaberia, że robi się coś, co ludziom sprawia przyjemność, sprawia frajdę. To przyciąga ludzi na Sądecczyznę. Mam ruch i frajdę przy okazji – powiedział gość Godziny Zero.
Jakie wynagrodzenie ma Ryszard Florek?
Ryszard Florek przyznał, że ma wynagrodzenie na poziomie innych członków zarządu Fakro. Komentował, że o wysokości tego wynagrodzenia decyduje nie właściciel, tylko rynek pracy.
Krzysztof Stanowski pytał swojego gościa wprost o to, ile dziś płaci swoim pracownikom. Florek odparł, że płaci tyle, ile ustala rynek. A ile ustalił?
– Tego nawet nie wiem, bo od tego jest dział zarządzania zasobami ludzkimi. Od tego są firmy, które ustalają na poszczególnych stawkach, jakie powinny być wynagrodzenia. Ja się tylko interesuję tym, czy się pracownicy zwalniają, czy nie, czy się nie zwalniają i nie odchodzą. A skoro nie odchodzą, to zarabiają rynkowo dobrze – przyznał.
Właściciel Fakro przyznał, że co roku jego firma wydaje na rozwój od 50 do 100 mln zł. To koszty związane z zakupem technologii i inwestycjami. Powiedział też, że utworzenie jednego miejsca pracy to koszt 600 tys. zł.
Spowiedź Kałuży. Bohater słynnej politycznej zdrady: Ja tego wszystkiego nie przepracowałem
Brudna konkurencja
Florek opowiadał, że najtrudniejsze w jego branży jest „zdobycie rynku”, co często kosztuje więcej, niż sama technologia. Wyznał przy tym, że główny konkurent Fakro „płaci naszym dystrybutorom za to, żeby nie sprzedawali naszych produktów”.
– Tych niedozwolonych praktyk naliczyłem ponad 20, ponieważ mało kto wie, że w Polsce jest coś takiego, jak prawo o nadużywanie pozycji dominującej. Prawo to polega na tym, że firma, która ma pozycję dominującą na rynku, ma nałożony pewien kaganiec w postaci prawa o nadużywaniu pozycji dominującej, żeby nie używała swojej siły przeciwko mniejszym konkurentom.
W jednym z orzeczeń sądów przeczytałem, że gdyby nie nałożono tego kagańca, to firma dominująca ma tak wielką przewagę kapitału, skali marki i tak dalej, że nie dopuściłaby do jakiejkolwiek konkurencji. A przecież podstawą rozwoju gospodarczego jest uczciwa konkurencja. Nic innego nie wymusza na przedsiębiorcy starania się jak konkurent – komentował.
W jego przekonaniu prawo to istnieje jednak wyłącznie na papierze. – Polska ma najsłabszy system ochrony konkurencji w Europie. Jako Rada Polskich Przedsiębiorców Globalnych wnioskujemy o to, żeby stworzyć taki system, jaki jest w Austrii, by oprócz szefa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, były też specjalistyczne sądy do spraw konkurencji i adwokat do spraw konkurencji – mówił.
Reklama hazardu za publiczne pieniądze. Jak państwo będzie uzależniać dzieci
Krzysztof Stanowski pytał swojego gościa o czyny złośliwej konkurencji, czy wypuszczane były produkty, które miały przypominać produkty Fakro i były celowo wadliwe.
Właściciel Fakro odparł, że tak się zdarzało, ale nie były to produkty zepsute, tylko „upośledzone”.
„Velux chciał kupić Fakro”
– Zaczęliśmy odnosić sukcesy we Francji. Ale zaczęliśmy odnosić sukcesy w Niemczech. Tam mieliśmy zyskowność około 15-20 proc. Więc Velux wprowadził taką markę walczącą, która była skierowana tylko przeciwko nam. Tylko oferowana tym klientom, którzy mieli Fakro. Nie dla wszystkich. Tylko tym wybiórczo – powiedział Florek.
Prowadzący rozmowę zapytał swojego gościa, czy nie chciał po prostu sprzedać Fakro Veluxowi. Ryszard Florek przyznał, że miał takie propozycje. Nie chciał jednocześnie zdradzić, o jakich kwotach była mowa. – Oczywiście chciał nas kupić – odparł.
– Co ja bym powiedział pracownikom, którzy tą firmę razem ze mną budowali. Myślę, że połowę ludzi by zwolnił tych przynajmniej z działu badań rozwoju, tych z marketingu, bo osoby na produkcji by zostały. Te podchody trwały dwa lata – wyznał.
Na pytanie, dlaczego w Polsce nie ma swojego producenta szyb, Florek odparł, że istnieją tylko cztery globalne koncerny, a w Polsce nie ma polskich hut szkła. – Nie ma polskich hut szkła w Polsce. Mieliśmy tylko jedną polską w Sandomierzu, którą sprzedaliśmy – mówił. Powiedział, że zbudowanie huty szkła kosztuje ok. 150 mln dol.
Szef Fakro o groźbach duńskiego rządu
Ryszard Florek ujawnił też zaskakującą informację o szefowej duńskiego rządu. – Po Davos, cisza totalna, z ministerstwa kompletnie nic, ale dotarła do nas taka informacja, nie powiem skąd, że premier Danii miał powiedzieć, że jeżeli cokolwiek niemiłego przytrafi się duńskiej firmie w Polsce, to nie popłynie gaz gazociągiem północnym. No to już przestaliśmy oczekiwać, że szef UOKiK-u cokolwiek zrobi, że UOKiK cokolwiek zrobi, no bo dla Polski ważniejszy jest gaz niż okna – powiedział.
Dopytywany czy takiego rodzaju szantaż występuje przy produkcji okien dachowych, że państwa używają takiej formy nacisku na takim szczeblu, odparł, że tak właśnie Duńczycy walczą o swoje firmy, dlatego mają takie zyski.
– To jest biznes wolnej Unii, to jest wolny rynek na wspólnym obszarze europejskim – komentował. Pytany, czy oczekiwałby równie mocnych zagrań ze strony polskiego rządu odparł, że nie, tylko potrzeba, by prawo konkurencji w Polsce w końcu zaczęło działać.
