Brązowy kogut nie ma już sił. Wywraca się. Traci wzrok i bezwładnie odbija się od band, pozostawiając na nich czerwone kleksy. Z każdym kolejnym krwawym stemplem rozemocjonowani mieszkańcy Saony, rajskiej wyspy na Dominikanie, zdają się krzyczeć jeszcze głośniej. Już po kilku sekundach wszyscy wiedzą, że czarny kogut wygra, lecz ten przez kolejne sześć minut nie potrafi zadać śmiertelnego ciosu.

Do piętnastej plaża pęka w szwach od turystów. Siedzą na białym, koralowym piasku, wpatrują się w turkusową wodę, popijają sok z kokosów, które spadły z palm żywcem wyjętych z pocztówek. Pod zdjęciami, które wrzucą na Instagram, napiszą, że są właśnie w raju. Producenci batonu Bounty ze wszystkich przepięknych plaż na świecie na miejsce kręcenia swoich kultowych reklam w latach dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych wybrali właśnie tę na Saonie. W następstwie tego powstało używane przez podróżników określenie „plaża bounty”, oznaczające magiczną plażę jak z widokówki.
O piętnastej Ricky odpala łódkę i zawozi turystów na ląd, do mniej lub bardziej luksusowych kurortów. Noc na wyspie spędza mniej niż jeden procent przyjezdnych ze względu na brak bazy hotelowej.
O dwudziestej Ricky wraca na rajską plażę. Piasek nadal jest biały, woda turkusowa, nie spadł żaden nowy kokos. O tej porze nie nakręci się tu już błogiej reklamy czekoladowych batonów, a co najwyżej pełną przemocy produkcję, która wypchnęłaby na ulice obrońców praw zwierząt.

Saona - miejsce, w którym każdy kadr wygląda jak materiał na pocztówkę. (fot. Jakub Białek / własne)
Walka kogutów
Arena stoi kilkaset metrów od plaży, pośrodku lasu. W jej centralnym punkcie znajduje się prostokątne pole walki, otoczone miękkimi bandami, ubroczonymi setkami zeschniętych i zabrudzonych plamek z krwi, których nikt nie zmył. Obok jest prowizoryczna budka z piwem, prowizoryczna budka z przekąskami, a nad placem walki – konstrukcja z drewna, którą kiedyś można było nazwać prowizorycznym dachem, lecz dziś nie zasługuje już nawet na to miano.
Wokół band stoi, według szybkiego rachunku, osiemdziesięciu widzów.
Wrzeszczą, emocjonują się.
To lokalni rybacy, kucharze, kelnerzy, młode i starsze kobiety, małe dzieci, policjant w mundurze, będący świeżo po służbie.
Najpierw następuje ważenie. Właściciele i trenerzy kogutów, nazywani tutaj galleros, dopiero na miejscu dowiadują się, z kim zawalczą ich podopieczni. Do pojedynku stają zwierzęta o podobnej wadze i w podobnym wieku.
Później galleros sprawdzają, czy ich wychowankowie są w bitewnym nastroju. Stojąc na ringu, napuszczają je na inne koguty, testując, czy są agresywne.
Jeśli nie, kogut nie walczy, nie ma sensu pchać go na rzeź.
Jeśli tak, przyklejają do nóg swoich wojowników ostrogi, dzięki czemu walka jest bardziej krwawa.
Na walkach, które widzimy, ostrogi są z plastiku.
Na innych używa się metalowych brzytw, które – uwaga, eufemizm – skutecznie dynamizują walki, skracając ich średni czas.
Kogut trafiony metalowym ostrzem potrafi paść po kilku sekundach.
Następnie galleros rozgrzewają swoich ptasich wojowników. Pobudzają ich mięśnie, podszczypują, prowokują.
Widzowie obserwują zachowanie kogutów, oceniają ich zadziorność, warunki fizyczne, zachowanie właściciela. Na tej podstawie – to najważniejszy element całej zabawy – dokonują zakładów. W trakcie walki po sali fruwa więcej dominikańskich pesos niż kogucich piór.
– Tysiąc na brązowego. Wchodzisz? – zagaja mnie jeden z tubylców.
– Tysiąc na czarnego – odpowiadam, nie wiedząc, jak się zachować.
Zaczyna się walka.
Czarny kogut bezdyskusyjnie wygra. Wszyscy widzą to już po kilku sekundach.
Brązowy zachowuje się, jakby zapomniał, że trzeba walczyć. Nie wyprowadza ciosów. Próbuje uciekać, ale nie ma gdzie. Czarny za to imponuje szerokim wachlarzem uderzeń. Podgryza w szyję. Wywija plastikową ostrogą jak mieczem. Wreszcie przewraca przeciwnika, kładzie się na nim jak w walce MMA, maniakalnie dziobie go z lewej i prawej, lecz będące już jedną nogą w garnku z rosołem zwierzę resztką sił wyrywa się z tego śmiertelnego klinczu.
I tak dochodzimy do momentu, gdy brązowy kogut nie ma już sił, wywraca się, biega w losowych kierunkach, traci wzrok i bezwładnie obija się od band.
Twórca „Pulp Fiction” , „Django” i „Pewnego razu... w Hollywood” zadebiutuje w teatrze
Tym razem widzowie nie zobaczą śmierci.
Przegrany gallero wchodzi na ring i kończy walkę przed czasem, zabierając swojego koguta, chcąc w ten sposób skrócić jego cierpienie.
Po chwili dożyna go na zapleczu.
Triumfator jedną ręką trzyma zwycięskiego koguta pod pachą, a drugą zbija piątki i przelicza pieniądze. Udana walka zapewnia mu kilka, a może nawet kilkanaście tysięcy pesos. Kiedy już wszyscy mu pogratulują, tuli zwierzę, głaszcze, eksponuje je jak trofeum.
Czarny kogut trzęsie się ze strachu. Mimo sześciu minut krwawej batalii ma niewiele obrażeń. Prawdopodobnie już wkrótce stoczy kolejną walkę.
Uświadamiam sobie, że właśnie wygrałem tysiąc pesos.
Trudno powiedzieć, żebym odczuwał dumę.
Tranquillo
Od walki kogutów jeszcze dziwniejsze jest to, w jaki sposób na nią w ogóle trafiliśmy.
Przez kilka dni na Saonie nie da się ustalić, kiedy i czy odbywają się jakiekolwiek bitwy.
Naszym przewodnikiem w tej kwestii okazuje się brat Ricky’ego, który nie rozstaje się z butelką rumu. Jest ona jego integralną częścią, jak finezyjne warkoczyki i równiutko przycięta broda, dzięki którym wygląda jak weteran amerykańskiej sceny rapowej. Sprawia wrażenie człowieka, którego jedynym zadaniem jest celebrowanie życia. Urzęduje przy swoim domu, na skrzyżowaniu dwóch piaszczystych ulic, gdzie wraz z Rickym prowadzi prowizoryczny bar, którego wyposażenie to kilka popękanych, plastikowych krzeseł i własnoręcznie zrobiony stół do domina. Siedzi przy nim czterech Haitańczyków, zamaszystymi ruchami wbijają klocki w planszę, wchodząc do licytacji za połowę swojej tygodniowej pensji, czyli trzydzieści dolarów.
Nikt nie potrafi powiedzieć, dlaczego grają na tak wysokie stawki, a to dopiero rozgrzewka przed walkami kogutów, gdzie w ruch idą jeszcze większe sumy.
Dwa dni wcześniej brat Ricky’ego zarzeka się: – W piątek walka, koniecznie musicie być.
Wczoraj przypomina: – Przyjdźcie o siódmej, już się szykujemy.
Stawiamy się więc wpół do siódmej. Jest brat Ricky’ego, oczywiście z rumem w ręce, są też Haitańczycy i ich zamaszyste ruchy przy stole domina. Obok nich dumnie ustawione na ziemi puste butelki po piwie Presidente, których w barze Ricky’ego, ani w żadnym innym, nikt nie sprząta. Nie z lenistwa, puste butelki to jeden z symboli statusu społecznego. Kto może pozwolić sobie na wypicie kilku piw w piątkowy wieczór, ten nieźle zarobił w trakcie tygodnia. Wszyscy powinni to widzieć.
Walka ma się odbyć w innym miejscu niż ta, o której czytaliście wcześniej – na profesjonalnej arenie w miejscowości Mano Juan. Tu już nie pachnie prowizorką. To jeden z nielicznych murowanych budynków na wyspie i prawdopodobnie najlepiej wyposażony. Fotele mają miękkie obicia, z dachu nie odpada żaden element, a o komfort widzów dbają elektryczne wentylatory.
Wybija siódma, lecz pod areną wciąż nic się nie dzieje.
– Wiecie co… Chyba nic z tego nie będzie – mówi zmieszany brat Ricky’ego, proponując rum.
– Dlaczego?
– Za dużo wypiliśmy.
Ułożone na ziemi butelki sprawiają, że nietrudno kupić tę wersję wydarzeń.
Dacie mi łyka rumu?
Po tygodniu na Saonie przyzwyczajamy się, że na Karaibach nie panują żadne zasady. No, poza jedną: tranquillo, czyli spokojnie. Jak coś jest zaplanowane na siódmą, to może odbędzie się o szóstej, może o ósmej, a może w ogóle. Tranquillo. Będzie, co będzie. Jak Bóg da.
Filozofię tranquillo najjaskrawiej widać po obsłudze w jedynym sklepie spożywczym na wyspie. Zanim sprzedawca wyda resztę, zrobi szereg niepotrzebnych czynności – podniesie koszulkę, wyeksponuje swój brzuch, podrapie się po nim, zagada do żony, obsłuży kogoś innego, spojrzy na telewizor, spojrzy na telefon, znów podniesie koszulkę, znów podrapie się po brzuchu, a w międzyczasie zapomni, ile pesos ma oddać kupującemu.
– Jutro… – cedzi brat Ricky’ego, zawieszając się na moment. – Jutro walka kogutów będzie na sto procent. Przyjdźcie przed siódmą, zabierzemy was na nią naszą łódką – obiecuje, by na potwierdzenie dodać jeszcze po chwili: – A jak jej nie będzie, to stawiam wam dwie butelki rumu.
Jest zwiastun serialu o prezydenckiej rodzinie Kwaśniewskich. Wygląda jak „Sukcesja”
Tym razem musi się udać, nie spisałby rumu na tak łatwą stratę.
Tubylcy, w celu urozmaicenia, organizują bitwy na dwóch arenach. Nietrudno zakochać się w walkach kogutów mieszkając na Saonie – wyspie z ograniczoną liczbą rozrywek, na której żyje zaledwie dwieście osób. Jedną z nich jest Polak, Adam Araszkiewicz, który od pięciu lat prowadzi tam swoją restaurację Flamingo i dzięki którego uprzejmości mamy okazję poznać Saonę z perspektywy nieznanej dla turystów. Adam szukał swojego miejsca na ziemi w kompletnie pokręcony sposób – objechał Malezję na deskorolce, zapisał się na studia do Korei Południowej i pojechał na nie z Polski autostopem (spóźnił się na inaugurację trzy dni), czasem pisze do znajomego na drugim końcu świata: „Co robisz? Wpadłbym jutro”.

Nie zjawił się jeszcze polski turysta, którego nie zwabiłaby polska flaga przy restauracji. (fot. Jakub Białek / własne)
Jest jedynym białym mieszkańcem wyspy. Znaczna część pozostałych to uciekinierzy z Haiti, którzy zbiegli przed wielkim kryzysem humanitarnym, jaki panuje w tym karaibskim kraju opanowanym przez gangi. Wielu z nich pracuje jedynie za nocleg, wyżywienie i bezpieczeństwo, choć dla nich to aż nocleg, wyżywienie i bezpieczeństwo. Na wyspie napotykamy nieznane Europejczykom problemy: częsty brak wody, prądu, codzienne awarie kanalizacji. Trudno o większy kontrast niż ten, gdy biegniesz na pocztówkową plażę, nabierasz do wiadra lazurową wodę i wracasz do toalety, żeby w ten sposób spłukać sedes po wypróżnieniu.
Escobar, El Chapo i inni. Dlaczego sztuka romantyzuje narkobiznes?
Ludzie wiodą tutaj niezwykle proste życie. Wśród tej szarzyzny wyróżnia się Ricky, który rządzi wszystkim, choć nie za bardzo jest czym. Jest tak istotną postacią, że nawet jego brata nikt nie nazywa po imieniu – po prostu jest bratem Ricky’ego. Zbudował swoje wpływy przypadkiem. Tuż obok Saony wiedzie szlak przemytniczy z Kolumbii i Wenezueli do Stanów Zjednoczonych. Kilka lat temu Ricky znalazł białą przesyłkę, która spadła ze statku. Spieniężył swoje znalezisko, zainwestował w nowoczesną łódkę i teraz wozi nią amerykańskich i europejskich turystów po wyspie. Wszyscy na Saonie mają ubrania z wielkim logo, ale akurat on ma je oryginalne.
Ricky kręci biznes również wokół walk kogutów. Jego bar znajduje się tuż przy jednej arenie, a na drugą zabiera łodzią pół wyspy, by później jeszcze ograć wszystkich przy zakładach. To Ricky, zgodnie z obietnicą jego brata, ma nas zabrać. Na umówione miejsce mamy przybyć przed siódmą, ale na wszelki wypadek docieramy chwilę po szóstej. Pod domem Ricky’ego, przy którym zawsze dudni muzyka, tym razem panuje grobowa cisza. Nie ma głośnika przed domem, nie ma krzeseł, nie ma domina. Odpłynęły wszystkie łódki, nikt nie jeździ motorem.
Popłynęli bez nas.
Jak coś jest zaplanowane na siódmą, to może odbędzie się o ósmej, a może o szóstej. Tym razem odbyło się o szóstej.
Lokalny rybak próbuje zorganizować łódkę za trzy tysiące pesos. To się nawet udaje, ale okazuje się, że na całej wyspie nie ma paliwa. Nie popłyniemy. Właściciel łódki proponuje jazdę motorem za półtora tysiąca pesos. Mamy jeden motocykl i jednego kierowcę, a jest nas trzech. Nie pojedziemy. Lokalny rybak próbuje zorganizować kolejne motory. Nikogo nie ma w wiosce, wszyscy pojechali na koguty.

I wtem, zupełnie znikąd, pojawia się brat Ricky’ego, oczywiście z rumem w ręce, na najlepszym motorze na całej wyspie.
– Wsiadajcie – rzuca, pokazując ręką, żeby się pospieszyć, bo uciekną nam walki.
– W trzech na jeden motor? – pytamy, a butelka rumu w dłoni kierowcy z jakiegoś powodu nas nie przeraża.
– A jak inaczej?
Rzeczywiście, to głupie pytanie. Jazda motocyklem w trzy, a nawet cztery osoby to na Saonie chleb powszedni. Głupio zapytalibyśmy także wtedy, gdybyśmy wyrazili wątpliwości co do jazdy bez kasku (bo oczywiście jedziemy bez kasków) czy jazdy po spożyciu rumu (policja nie stoi – na Saonie nie ma żadnej asfaltowej drogi, a jazda motorem sama w sobie jest nielegalna ze względu na park narodowy). Wsiadamy. Na prośbę kierowcy chowam butelkę rumu do kieszeni w bluzie. Staramy się też nie pytać, dlaczego motocykle nie mają włączonych świateł. „Przecież je włączą”, mówimy do siebie, co chwilę podskakując przez wyboje na kamienistej drodze. Ale nie włączają. Jest ciemno, jedziemy przez las, nie widać dosłownie nic.
– Dlaczego nie włączasz świateł? – pytamy w końcu przerażeni jednego z kierowców.
– Bo ich nie mam – słyszymy w odpowiedzi.
Żeby uspokoić nasze skołatane nerwy, jadący na przedzie rybak włącza latarkę w telefonie i prowadzi motocykl jedną ręką.
– Może potrzymać ci telefon? – pytamy.
– Nie ma takiej potrzeby.
Brat Ricky’ego wykorzystuje moment lepszej widoczności po zapaleniu latarki: – Dacie mi łyka rumu?
Próbuję zebrać myśli, co ja w ogóle robię.
Jedziemy w trzech na jednym motorze po kamienistej drodze.
W miejscu, gdzie jazda motorem jest nielegalna.
Z kierowcą, który popija rum w trakcie jazdy.
Bez kasków.
Bez świateł.
Na prowizoryczną arenę, gdzie brązowy kogut będzie bezwładnie odbijał się od band, zadziobany przez czarnego koguta, dzięki któremu zarobię tysiąc pesos.
Brat Ricky’ego rzuca: – Wiecie, że w tym lesie w nocy na drogę wychodzą tarantule?
Żaden polityk nie zakaże walk
Walki kogutów są nazywane na Dominikanie sportem narodowym. W kraju o wielkości dwóch polskich województw znajduje się 1700 aren do organizowania tego typu wydarzeń. Są one w każdym mieście. Największe z nich nazywane są koloseami - mają nowoczesne telebimy, profesjonalny catering i pomieszczą kilkaset osób. Szacuje się, że ponad dwadzieścia tysięcy mieszkańców żyje z przemysłu wokół krwawych widowisk z udziałem kogutów. Najważniejsze wydarzenia są transmitowane w telewizji oraz relacjonowane w codziennych gazetach i na portalach. Walki są w stu procentach legalne.
Od ośmiu lat Dominikana organizuje coroczne mistrzostwa świata w tej dyscyplinie. W zeszłym roku, oprócz gospodarzy, wzięli w nich udział reprezentanci Kolumbii, Portoryko, Ekwadoru, Wenezueli, Kuby, Chile, Aruby, Peru i Hiszpanii.
"Jedna bitwa po drugiej", "The Pitt" i "Studio" z ważnymi nagrodami
Zwycięzcy w poszczególnych kategoriach mogli sięgnąć nawet po pięćset tysięcy dolarów nagrody.
Kto chciał oglądać zmagania, musiał wykupić dostęp za 25 dol.
Najlepsi wojownicy, podobnie jak ich właściciele, mają międzynarodową sławę. Kogucie legendy potrafią mieć na swoim koncie dwucyfrową liczbę wygranych walk. Fighterzy z takimi genami są warci dziesiątki tysięcy dolarów. Dobry kogut bojowy kosztuje z kolei około tysiąca dolarów.
Galleros nazywają siebie trenerami i twierdzą, że przygotują zwierzęcych atletów i bokserów. Powszechny jest też pogląd, że koguty uwielbiają walczyć, że to ich sens życia. Właściciele uważają je za swoich przyjaciół.
Przygotowanie koguta trwa kilka miesięcy, a pełną dojrzałość osiąga po półtora roku. Ptasi wojownicy odbywają codzienne sparingi z pluszowymi maskotkami, sterowanymi przez gallero. Zdarza się, że kogut trenuje z odważnikami przy nogach, co ma poprawić jego skoczność. Codziennością są też treningowe pojedynki z innymi kogutami, z gumowymi ochraniaczami zamiast ostróg, które regularnie oglądamy w różnych miejscach na wyspie.

Miękkie ostrogi zakładane na sparingi, żeby koguty nie zrobiły sobie wielkiej krzywdy. (fot. Jakub Białek / własne)
Po wygranej walce kogut musi się zregenerować. Kluczowe, by po zwycięskim pojedynku nie miał problemów ze wzrokiem. Reszta się wygoi. Jest pojony witaminami i karmiony lekami. Po łatwiejszych starciach zdarza się, że wystarczy go tylko umyć i po kilku dniach może znowu wychodzić na ring.
Przy zakładach zawieranych podczas walki panuje kompletny chaos. Widzowie przekrzykują się, rzucają pieniędzmi nad głowami, obstawiając zwycięzcę między sobą. Po walce honorowo się rozliczają, podając sobie ręce, mimo że na ich grę nikt nie wystawia żadnych kwitów.

W sklepie z suwenirami na turystów czeka pamiątkowy kogut. (fot. Jakub Białek / własne)
Na Dominikanie cztery razy zakazano walk kogutów.
W trakcie pandemii – wyłącznie dlatego, że organizatorzy oficjalnych walk nagminnie łamali protokół sanitarny.
W trakcie brutalnej i represyjnej dyktatury Rafaela Trujillo (1930-1961), który brzydził się ptasimi pojedynkami, uważając je za rozrywkę dla ludzi z najniższych klas społecznych.
Podczas militarnej interwencji Stanów Zjednoczonych (1916-1922), które, będąc okupantem, zamknęły wszystkie areny do walk kogutów.
I podczas inwazji Haitańczyków na Dominikanę w latach 1822-1844. Najeźdźcy narzucili rewolucję kulturową, zarzucając Dominikańczykom nieróbstwo, czemu winne miały być święta katolickie oraz walki kogutów, które miały odwracać uwagę obywateli od ciężkiej pracy. To symboliczne wydarzenie w historii Dominikany – oznaczało ono bowiem zamach na narodową tożsamość, któremu obywatele tego kraju finalnie się nie poddali.
Ptasie starcia pełnią tak istotną rolę, że kilka lat temu do dominikańskiego parlamentu trafił projekt ustawy, która miała uczynić je dziedzictwem narodowym.

Kogut po wygranym sparingu. Tuż za nim widać gotówkę, którą zdobył właściciel dzięki jego dobrej postawie w walce. (fot. Jakub Białek / własne)
– Jeśli jakiś polityk zechce zakazać walk, jest skończony. Nie wygra żadnych wyborów, ludzie mu tego nie zapomną – przekonuje brat Ricky’ego, gdy zeskakujemy w dwóch z jego motoru, kończąc drogę powrotną z krwawych bitew.
Oddajemy kierowcy butelkę rumu, a ten bierze z niej kolejny łyk i rusza dalej.
Trzy koguty tego wieczoru nie przeżyły, w przeciwieństwie do trzech białych gringos. Trudno powiedzieć, co zszokowało nas bardziej.
