Reklama
Reklama
Reklama

Gospodarcza cena politycznych haseł. komu ma służyć deportacja Ukraińców?

TYLKO NA

Politycy mogą zaklinać rzeczywistość, lecz od demografii i problemów gospodarczych nie da się uciec przedwyborczym hasłem. Polaków ubywa, przedsiębiorcy coraz częściej mierzą się z niedoborem pracowników, a państwo dopłaca dziesiątki miliardów złotych do systemu ubezpieczeń społecznych. Mimo to walka ze względnie przyjazną imigracją staje się politycznym paliwem.

bochenski-pis-polityka-migracyjna-granica-polska
Tobiasz Bocheński zaprezentował nową politykę migracyjną PiS podczas konwencji programowej „Ku nowemu rządowi". (fot. tło: Darek Delmanowicz/PAP; Bocheński: Tomasz Gzell/PAP / Kanał Zero)

W ubiegłym tygodniu, podczas konwencji programowej „Ku nowemu rządowi”, Prawo i Sprawiedliwość, ustami swojego europosła Tobiasza Bocheńskiego, zaprezentowało „nową” politykę migracyjną, zgodnie z którą „imigracja to wyjątek, a nie zasada”.

W żaden sposób nie należy krytykować wystąpienia Pana europosła za słowa o tym, że państwo nie powinno dopuścić do sytuacji, w której powstają „eksterytorialne” osiedla złożone z imigrantów. Podobnie należy ocenić postulat, zgodnie z którym obcokrajowiec chcący przebywać w naszym państwie powinien być zobowiązany do przestrzegania obowiązujących w nim zasad. Jest to przecież oczywiste i zdroworozsądkowe. To Polacy są gospodarzami państwa polskiego, a władza powinna zachować kontrolę nad procesami migracyjnymi i prowadzić odpowiedzialną politykę, dostosowaną do potrzeb polskiej gospodarki. Siła państwa polega na tym, że dysponuje skutecznymi narzędziami do zarządzania tą sytuacją. Nie polega natomiast na odgrodzeniu się murem.

Zobacz także: Atak na Starym Mieście w Poznaniu. Policja zatrzymała obie kobiety

Jednak pomimo tych argumentów, które wydają się oczywiste, przedstawiona argumentacja opiera się niestety na infantylnej, emocjonalnej podbudowie, która sprowadza powyższe trafne argumentu w zapomnienie. Mija się ona z realnym wyzwaniem, jakim jest wyznaczenie kierunku zarządzania państwem, które przecież powinno wspomagać swoich obywateli w drodze ku ekonomicznym „doganianiu Zachodu”.

Reklama
Reklama

Demografia a gospodarka

Cytując europosła: „Decyzje o pozwoleniu na pracę nie będą dyktowane przez wolny rynek, nie będą dyktowane przez przedsiębiorców, nie będą dyktowane przez pośrednictwo pracy”. Można zatem zadać pytanie: przez kogo? Według europosła ma to być „decyzja polityczna, za którą odpowiedzialność ponosić będzie rząd”.

Biorąc taką logikę na partyjne sztandary, konieczne jest pochylenie się nad tym, czy artykułowane hasło polityczne znajduje odzwierciedlenie w danych dotyczących zapotrzebowania polskiej gospodarki. Gospodarki funkcjonującej nie dzięki politykom czy urzędnikom, lecz dzięki przedsiębiorczości Polaków, którzy każdego dnia muszą mierzyć się z „łaską” urzędniczą oraz regulacjami biurokratycznymi.

Przeczytaj również: Rząd o nich zapomniał? Kiedy rosną koszty tych firm, drożeje wszystko inne

Pomijając bariery urzędniczo-administracyjne, za które odpowiada zarówno obecny, jak i poprzedni rząd, a także rosnące koszty funkcjonowania związane z cenami energii, nowymi podatkami itd., polski przedsiębiorca musi mierzyć się z deficytem wykwalifikowanej siły roboczej. Problem dodatkowo pogłębia kryzys demograficzny.

Polski współczynnik dzietności od 2017 roku sukcesywnie spada, w ubiegłym roku wyniósł 1,068. Tymczasem minimalny wskaźnik zastępowalności pokoleń wynosi 2,1. Wszystko to dzieje się przy stale starzejącym się społeczeństwie. Przy obecnym trencie między 2050-2060 rokiem udział osób w wieku 65+ może wzrosnąć do około 38 proc w całym społeczeństwie. Z kolei według danych GUS, przy dzisiejszej liczebności polskiego społeczeństwa wynoszącej 37,5 miliona osób, w tym samym okresie populacja Polski ma spaść do 28 do 32 milionów.

Reklama
Reklama

Wniosek jest jeden: Polaków ubywa. Można wręcz powiedzieć, że stajemy się gatunkiem zagrożonym w tyglu narodów.

Jeśli Polaków ubywa, zmniejsza się również zasób wykwalifikowanej siły roboczej. W samym pierwszym kwartale 2026 roku odnotowano 100,2 tys. wolnych miejsc pracy. Oznaczało to wzrost o 16,7 proc. względem czwartego kwartału 2025 roku. Wśród wszystkich wakatów 28,5 proc. przypadało na specjalistów. Operatorzy i monterzy maszyn stanowili 19,4 proc. Na robotników przemysłowych i rzemieślników przypadało 15,6 proc, natomiast na techników i średni personel 7,8 proc. Łącznie 52,8 proc. wolnych miejsc pracy miało przypadać na zawody z grup robotniczych i rzemieślniczych. Z kolei według badania „ManpowerGroup” z 2026 roku aż 57 proc polskich pracodawców deklaruje problemy ze znalezieniem osób gotowych do pracy.

Reklama
Reklama

Polski Instytut Ekonomiczny połączył te problemy z przytoczonym wcześniej kryzysem demograficznym. Instytut szacuje, że przy utrzymaniu obecnych trendów do 2035 roku liczba pracujących w Polsce może zmniejszyć się aż o 2,1 mln osób. Z rynku pracy ma odejść około 3,8 mln osób, podczas gdy napływ młodszych roczników wyniesie jedynie około 1,7 mln osób.

Łącząc wszystkie te dane, które obrazują realny trend, niemożliwy do załatania kolejnym programem socjalnym, należałoby zadać pytanie: czy partie polityczne, prezentując takie poglądy, mają w swoich programach pomysł na zaradzenie rosnącej dziurze w budżecie Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

Przytoczenie danych pokazujących skalę tej luki nie jest niczym zaskakującym. W 2025 roku wpływy ze składek ZUS wyniosły 377,2 mld zł, z kolei wydatki osiągnęły 456,2 mld zł. Oznacza to 82,6 proc. pokrycia wydatków ze składek każdego pracownika. Aby zrównoważyć ten budżet, musimy składać się na ten cel wszyscy poprzez swoisty ukryty podatek, który w 2025 roku wyniósł 64,4 mld zł. Bez obaw: w 2026 roku będzie to już 90,8 mld zł.

Jednak kwota dotacji dla ZUS z budżetu państwa jest niczym w porównaniu ze wzrostem zadłużenia sektora finansów publicznych. Zadłużenie to wynosi 2 444,3 mld zł, przy czym tylko w pierwszym kwartale wzrosło o 109,1 mld zł.

Reklama
Reklama

Emocje zamiast interesu państwa

Znając ten stan finansów publicznych, partia polityczna, która stawia sobie za cel przejęcie władzy w Polsce, znalazła kozła ofiarnego. Znów, cytując europosła Bocheńskiego: „Ukraina musi zwyciężyć. W związku z tym jedną z pierwszych istotniejszych decyzji rządu będzie decyzja o deportacji ukraińskich mężczyzn w wieku poborowym, którzy nie pracują legalnie w Polsce”. Dalej dodaje, że pozwoli to Ukraińcom zyskać „okazję, by walczyć o swoją ojczyznę”.

Czytaj także: Dramat w Chorwacji. Polacy poszkodowani w groźnym pożarze

Nim przejdziemy do oceny zasadności tego argumentu z punktu widzenia ekonomii państwa, warto jednak rozłożyć na czynniki pierwsze pewnej sprzeczności tego poglądu w zestawieniu ze stosunkiem do państwa ukraińskiego.

Oczywiście nie jest odkryciem, że obóz PIS w ostatnim czasie nie pała miłością do ukraińskiej administracji, co znajduje potwierdzenie w ostatniej „polityce orderowej”. Niemniej zastanówmy się, w czyim interesie leży działanie zakładające deportację mężczyzn w wieku poborowym.

Jednym z największych problemów Ukrainy, obok niedoboru pocisków przechwytujących do systemów Patriot, są braki kadrowe w armii. Były szef MON Ukrainy Mykhailo Fedorov, wskazał, że ponad 200 tyś żołnierzy znajduje się poza jednostkami wojskowymi bez zezwolenia. Dodatkowo około 2 mln osób ma być poszukiwanych w związku z uchylaniem się od mobilizacji. Według byłego dowódcy Sił Zbrojnych Ukrainy Ołeksandra Syrskiego, miesięczne zapotrzebowanie związane z rotacją żołnierzy oraz uzupełnieniem strat osobowych wynosi 30 tysięcy osób. Mówiąc więc w skrócie: nie ma kim dzisiaj obsadzić pozycji w okopach.

Reklama
Reklama

Sprawdź również: Propozycja rozejmu na Morzu Czarnym. Stanowcza reakcja Rosji

Wobec tego zapotrzebowania ukrainy oraz faktu, że około 2 mln osób, których dotyczy problem mobilizacji, w większości przebywa na emigracji, należy zadać pytanie: komu ma służyć deportacja Ukraińców?

Nie wystarcza tutaj tłumaczenie, że hasło przedstawione przez PiS, choć w swoim literalnym brzmieniu, odnosi się wyłącznie do Ukraińców pracujących nielegalnie. Tych ma być w Polsce maksymalnie 5 proc spośród 1,9 mln Ukraińców przebywających w Polsce - według danych MSWiA. Punkt ciężkości tego programu znajduje się gdzieś indziej. Żeruje on na emocjach społecznych, podsycających niechęć polaków do Ukraińców, i wzajemnie.

Powoduje to również efekt rykoszetu, wynikający z bliskości językowej prawie 150 tysięcy Białorusinów zamieszkujących Polskę. Do tego dochodzą przedstawiciele innych narodów przestrzeni postsowieckiej. Niemniej warto zadać pytanie, czy jedyne, co osiągnęliśmy dzięki naszej polityce wobec Białorusinów, czyli pozyskanie kapitału społecznego po protestach na Białorusi w 2020 roku, chcemy teraz zaprzepaścić. Czy warto podsycać antagonizmy społeczne wyłącznie po to, aby zyskać nieznacznie w sondażach?

Sumując te liczby, należy zwrócić uwagę na rodzaj obecności w Polsce narodów ze Wschodu, które przecież są nam bliskie kulturowo, asymilują się i nie tworzą odrębnych gett imigranckich. Wobec takich haseł należy zadać pytanie: jak wyglądałby polski rynek pracy bez tych dwóch milionów osób. I co najważniejsze: w jakiej kondycji znajdowałyby się finanse publiczne?

Reklama
Reklama

Migracyjny populizm ponad podziałami

Owe hasła nie dotyczą tylko jednej części sceny politycznej. Obecny rząd - o zgrozo, ten sam, który miał przywracać „unijną praworządność” - odpowiedzialny za przekroczenie unijnego bezpiecznika progu zadłużenia 60 proc PKB. Poprzez odwoływanie się do tych samych emocji społecznych, prowadzi politykę zagrażającą eksportowi polskich usług na rynki UE. Jego wartość w 2024 roku wyniosła około 32 mld zł.

Od czerwca 2025 roku polskie urzędy odmawiają bowiem wydawania wiz i zezwoleń na pracę cudzoziemcom zatrudnianym przez polskie firmy z myślą o realizacji kontraktów w innych państwach UE. Problem ma charakter systemowy i dotyka tysięcy polskich eksporterów, dla których pracownicy spoza UE są często warunkiem realizacji zagranicznych kontraktów. W praktyce polityka wymierzona w obcokrajowców zaczyna więc uderzać w polskie firmy, generujące miejsca pracy, wpływy podatkowe oraz konkurencyjność polskiej gospodarki.

Przeczytaj także: Małżeństwo polityków KO wspierało Kacprzyka? Posłanka PiS: Wiedzieli, co on robi

Skalę zaułku, w jakim znalazły się polskie firmy, oddaje przykład podawany przez Europejski Instytut Mobilności Pracy. Polska firma z rankingu Forbes 500 zatrudniła wysoko wyspecjalizowanego inżyniera z Korei Południowej do nadzoru nad relokacją zakładu przemysłowego w Niemczech. Spotkała się jednak z urzędniczą ścianą w postaci odmowy wydania mu wizy. W wyniku tej decyzji, Polska firma straciła zlecenie, a około 90 polskich pracowników straciło pracę. Kontrakt przejął natomiast konkurent z Litwy.

Reklama
Reklama

Tak wygląda przedwyborczy wyścig o władzę, opierający się na graniu na emocjach polskiego społeczeństwa. W żaden sposób nie należy twierdzić, że wobec ostatnich obrazów z Hiszpanii, ulic Paryża czy Berlina kwestia migracji nie stanowi zagrożenia dla polskiego bezpieczeństwa.

Odpowiedzialna i twarda polityka migracyjna jest potrzebna. Jednak nie może być realizowana kosztem polskiej polityki wschodniej oraz polskich firm, dla których zaklinanie rzeczywistości przez polityków jest niczym wobec realnego trendu niedoboru wykwalifikowanych pracowników.

Źródło: Zero.pl
Wojciech J. Kittel
Wojciech J. KittelAnalityk think tanku Strategy and Future oraz współpracownik magazynu „Układ Sił”. Zajmuje się strategią oraz analizą zmian na współczesnym polu walki - autor zewnętrzny
Reklama
Reklama