Reklama
Reklama
Reklama

Umierałam. Jehowa był ważniejszy niż życie [REPORTAŻ]

TYLKO NA

Co byś zrobił, gdyby jedyną szansą na życie była decyzja sprzeczna z twoją wiarą? Dla Basi wybór między transfuzją, a lojalnością wobec Jehowy okazał się walką o życie – dosłownie. Historie trzech kobiet pokazują, jak głęboko religia może ingerować w najintymniejsze decyzje, rozbijać rodziny i zmieniać tożsamość. To opowieść o wierze, strachu i cenie, jaką płaci się za wyjście z zamkniętego świata.

jehowy-desktop
Szokujące historie byłych Świadków Jehowy (fot. Zero.pl)

– Leżałam w agonii chora na białaczkę. Lekarze nie dawali mi szans na przeżycie, jeśli nie przyjmę krwi. Nie mogłam tego zrobić. Transfuzja jest surowo zakazana wśród Świadków Jehowy. Wybrałam śmierć. Jehowa był ważniejszy niż życie. Zostało mi cztery do pięciu tygodni. Modliłam się, by umrzeć we śnie.

Basia Paleczna odmówiła transfuzji krwi, mimo że lekarze dawali jej zaledwie jeden procent szans na przeżycie. Cztery lata temu odeszła z organizacji Świadków Jehowy. Dziś chce dać świadectwo wszystkim fanatykom religijnym.

Tulia Topa, autorka książki „Jak rozbiłam szkło. Moje dorastanie wśród Świadków Jehowy”, całkowicie straciła kontakt z rodzicami, gdy sześć lat temu postanowiła się wybudzić. Poświęciła całą swoją tożsamość, zyskała wolność.

Agata Szudzik nadal dochodzi do siebie po odejściu ze zboru, choć od jej decyzji minęło dziesięć lat. Dziś pomaga jako psycholożka osobom uwikłanym w sekty prowadząc Stowarzyszenie Wybudzeni.

Reklama
Reklama

Historie trzech kobiet dowodzą, jak destrukcyjna jest organizacja Świadków Jehowy.

Basia – agonia

Leżałam w agonii. Byłam gotowa na to, że za chwilę umrę. Pogodziłam się ze śmiercią.

Wskazałam miejsce, w którym chcę zostać pochowana. Zaplanowałam, co ma stać się z moimi rzeczami. Powtarzałam ówczesnemu mężowi, że powinien znaleźć sobie drugą żonę.

Lekarze w Gdańsku nie dawali mi żadnej możliwości na przeżycie.

Na Śląsku usłyszałam: – Jeden procent szans.

Te szanse byłyby znacząco większe, gdybym zdecydowała się na transfuzję krwi, która jest wśród Świadków surowo zakazana. Uważałam, że nie mogę postąpić wbrew Jehowie.

„Pokonała demony”. Eksperci o kulisach sukcesu Mai Chwalińskiej

Z krwią szanse na przeżycie wyniosłyby kilkadziesiąt procent.

Wybrałam w zasadzie pewną śmierć.

Zachorowałam w wieku dwudziestu lat. Zaczęło się od krwotoku z nosa, którego nie dało się zatamować. W szpitalu w Gdańsku wyszło, że mam ostrą białaczkę szpikową. Lekarze stwierdzili, że przede mną cztery, maksymalnie pięć tygodni życia. Tłumaczyli, że odmawiając przyjęcia krwi robię coś niewyobrażalnie głupiego. Moje życie zależało głównie od transfuzji. Bez krwi nie mogłam podjąć chemioterapii. Bez chemioterapii nie mogłam pokonać białaczki.

Reklama
Reklama

W tym samym szpitalu dwadzieścia lat wcześniej na białaczkę zmarła siostra z mojego rodzinnego zboru. Też nie chciała przyjąć krwi.

Lekarze przestali się mną zajmować, aż w końcu podsunęli mi do podpisania dokument, w którym nieświadomie poprosiłam o wypisanie mnie na własne żądanie.

W domu zajmowali się mną siostry i bracia ze zboru. Pamiętam jak wstałam z łóżka mówiąc, że idę na dwór pooddychać świeżym powietrzem. Po przejściu pięciu kroków upadłam na podłogę. Najprostszy wysiłek był dla mnie wycieńczający jak sport ekstremalny.

Policja w Szkole w Chmurze po zgłoszeniu CBA. Trwa prokuratorskie śledztwo

Moja rodzina była załamana. Ani mama, ani tata, ani siostra nie należeli do Świadków Jehowy. Przyjęłam chrzest wbrew ich woli w wieku czternastu lat. Nie miałam w domu najlepszej sytuacji. Borykaliśmy się z problemem alkoholowym, zawsze byłam wysoko wrażliwa. W domu nikt nie zwracał uwagi na to, że potrzebuję kontaktu z rodzicem, relacji, czucia się ważną i zauważoną.

Znaleźli się ludzie, którzy mi to dali.

Basia Paleczna (fot. Basia Paleczna / archiwum prywatne)

Z czasem zaczęłam postrzegać mamę i tatę jako osoby, które ofiarowały mi życie, ale już nie jako rodzinę. Rodziną stały się osoby w zborze. Zbór mówił, że to w nim mam duchową mamę, duchowego tatę, miliony braci i sióstr, którzy mnie rozumieją, wiedzą jakie mam potrzeby i razem będziemy żyć wiecznie w raju na ziemi. To zbór sprawił, że rodzice przestali być dla mnie jakimkolwiek autorytetem.

Reklama
Reklama

Wraz z siostrą próbowali mi jednak przemówić do rozsądku. Przekonywali, że jeszcze całe życie przede mną, ale ja byłam święcie przekonana, że postępuję słusznie. Nie mieli na mnie żadnego wpływu.

Pamiętam, jak tata zobaczył mnie w szpitalu w stanie agonalnym i powiedział: – Ja już nie mam dziecka.

Wyszedł i zniknął na dwa dni. Wyrzekł się mnie. Albo chciał mną wstrząsnąć, albo było to dla niego aż tak trudne, że postawił na mnie krzyżyk. 

Pamiętam też, jak mama siedziała przy mnie i głaskała mnie po ręku w taki sposób, jakbym była już w trumnie.

Jak koalicja przegra wybory przez Martę Cienkowską

Silna więź z Jehową pozwalała mi utwierdzać się w swojej decyzji. Jeśli o coś się bałam, to o to, że Jehowa mnie nie wskrzesi i moja śmierć pójdzie na marne. Wiedziałam, że absolutnie nie mogę przyjąć krwi. Przecież to życie na ziemi, myślałam sobie, jest tylko tymczasowe. Najważniejsze jest to, które Jehowa da mi w raju. Jaką głupotą byłoby zabieganie o doczesność, skoro wielkimi krokami nadciąga Armagedon, w który wierzą wszyscy Świadkowie Jehowy?

Bracia ze zboru pokrzepiali mnie duchowo. Dzwonili, wysyłali kartki, odwiedzali w szpitalach. Cały czas ktoś ze społeczności był przy mnie i powtarzał, że Jehowa doskonale wie, co robi, na pewno ma jakiś plan, to tylko próba.

Reklama
Reklama

Nie miałam przestrzeni na to, żeby pomyśleć sama.

Kiedy było ze mną już naprawdę źle, stwierdziliśmy z zaprzyjaźnionym starszym zboru, że powinnam jechać na południe Polski do lekarza, który zajmuje się medycyną chińską. Świadkowie generalnie chętnie zapatrują się na alternatywne metody leczenia. Ten lekarz powiedział, że wesprze mnie swoimi ziołami, natomiast przede wszystkim muszę przyjąć chemioterapię. 

Postanowiliśmy spróbować znaleźć kogoś, kto poda mi chemioterapię bez przetaczania krwi. Uruchomiliśmy Komitet Łączności ze Szpitalami - to taka komórka Świadków posiadająca kontakty do lekarzy specjalizujących się w medycynie bezkrawej. Żaden szpital nie chciał mnie przyjąć. Nie mieli takiego obowiązku, bo według nich świadomie wypisałam się na własne żądanie.

Po kilku dniach bracia stwierdzili, że muszę wezwać pogotowie i jechać do jakiegokolwiek szpitala, żeby znaleźć się w warunkach, które pozwolą mi humanitarnie umrzeć.

RPD kieruje pretensje o czerwone paski do… lodziarni. O co naprawdę chodzi?

Twierdzili, że nic już się nie da zrobić, potrzebuję tylko kogoś, kto poda mi leki przeciwbólowe i zmieni opatrunek czy pampersa.

Bardzo chciałam żyć.

Nie widziałam jednak żadnego rozwiązania.

Reklama
Reklama

Wierzyłam w plan Jehowy tak głęboko, że zerwałam kontakt z rodziną. Zrobiłam to ze świadomości, że każde spotkanie z nią będzie nakłanianiem mnie do przyjęcia krwi. Nie byłam na tyle silna psychicznie, żeby potrafić ciągle odmawiać. Rodzice nie wiedzieli nawet, gdzie jestem. Nie odbierałam od nich telefonów. Ukrywałam się.

Wieczorami modliłam się do Jehowy, żeby obudzić się następnego dnia.

Rano dziękowałam mu, że przeżyłam kolejną noc.

Z drugiej strony, miałam ogromną nadzieję, że umrę właśnie we śnie, że po prostu się nie obudzę, zgasnę jak światło. Najbardziej prawdopodobne było to, że odejdę wskutek wewnętrznego krwotoku.

Nastawiałam się na bardzo bolesną śmierć.

Tulia – rodzice

Minął rok od kiedy uświadomiłam sobie, że jestem w sekcie, do podjęcia decyzji o wyjściu z niej. Blokował mnie tylko strach przed ostracyzmem. Wiedziałam, że po odejściu wszyscy ludzie z mojego życia, na czele z moimi rodzicami, nagle się ode mnie bezpowrotnie odetną. Myślałam: jeszcze chwilę poudaję. Rodzicom mówiłam: – Nie chodzę na zebrania, bo mam lekki kryzys wiary.

Kac po „Euforii”. Oceniamy 3. sezon kultowego serialu

Tworzyłam pozory aż do momentu, gdy udzieliłam swojego pierwszego w życiu odstępczego wywiadu.

Reklama
Reklama

Mój tata znalazł go piętnaście minut po publikacji.

W SMS-ie napisał krótko, że skoro jesteśmy po przeciwnych stronach, to nie możemy już mieć ze sobą żadnego kontaktu.

Od tamtej pory nie rozmawialiśmy ani razu.

Z mamą miałam kontakt jeszcze przez jakiś czas. Niestety, za każdym razem kończyło się to tak samo. Mama ma w sobie potrzebę przekonywania mnie, że jestem w błędzie. Myślę, że uważa, że moje życie tragicznie się potoczyło i współczuje mi funkcjonowania w świecie szatana.

– Nigdy nie zaakceptuję tego, że robisz źle. Nie przestanę o ciebie walczyć, bo cię kocham. Zginiesz w Armagedonie, przecież znasz prawdę, nie tak cię wychowałam – to są słowa, które dorosłe dzieci Świadków Jehowy często słyszą, gdy nie chcą już być w tej grupie religijnej.

Moi rodzice chcieliby, żebym usunęła media społecznościowe i przestała udzielać wywiadów. Twierdzą, że publicznie kłamię i wszystko wyolbrzymiam z zemsty.

Nasza relacja się rozpadła.

Oboje rodziców wychowało się w rodzinach Świadków Jehowy. Z jednej strony głęboko im współczuję. Mój tata jest niesamowicie utalentowany, ale nie miał czasu rozwijać się w tym kierunku. I wiem, jak bardzo mu tego brakuje. Porzucił swoje pasje, żeby zająć się organizacją i funkcją starszego zboru. Pęka mi serce, bo chciałabym poznać tego człowieka-artystę. Rodzice utopili swoją tożsamość dla organizacji i pewnie nigdy już się nie dowiem, kim tak naprawdę są. Chciałabym, żeby się wybudzili, ale czy odejście po tylu latach by ich nie zmiażdżyło?


Według doktryny, rodzice musieli się ode mnie odciąć, bo odchodząc z organizacji złamałam świętą przysięgę, jaką złożyłam na chrzcie. Stało się to, gdy miałam czternaście lat. Chrzest to obietnica, że już do końca życia będziesz stosować się do wskazówek Jehowy, czyli tak naprawdę wskazówek organizacji.

Reklama
Reklama

Nie jestem pewna, czy byłam odpowiednio dojrzała na taką deklarację. W tym wieku nie mogłam jeszcze kupić alkoholu czy prowadzić auta, ale jakimś cudem pozwolono mi podjąć decyzję, że już na zawsze będę posłuszna i podporządkowana organizacji, która może dowolnie zmieniać i aktualizować swoje zasady.

Nawet nie zdawałam sobie sprawy z odcięcia, ostracyzmu, utraty przyjaciół, upośledzenia społecznego. Tego, że piętnaście lat później stracę wszystkich.

50 cech, które posiada każdy prawdziwy Polak

Po chrzcie nie mogłam już zapalić papierosa, pójść na imprezę, mieć chłopaka, iść na randkę czy napić się. Odpowiadałam za to. Gdybym została przyłapana, groziłby mi Komitet Sądowniczy i wykluczenie. Chrzest sprawia też, że każdego, kto okaże się odstępcą, trzeba otoczyć stuprocentowym ostracyzmem. Mechanizm ostracyzmu i odcięcia to bardzo typowa cecha sekty. 

Po odejściu przeszłam przez kompletny życiowy rozgardiasz. Z nieba spadła mi wtedy siostra, z którą nie miałam wcześniej bliskiego kontaktu i która zaczęła mieć wątpliwości w podobnym momencie. Jako pierwsza odważnie powiedziała rodzicom, że chce odejść z organizacji. Była dla mnie lustrem, bo żyłyśmy w tym samym w domu, w tej samej sekcie, omawiałyśmy więc wspomnienia, wspierałyśmy się.

Reklama
Reklama

Po odejściu zupełnie nie wiedziałam, co jest prawdą, a co nie. Kompletnie nie ufałam swoim myślom. Wszystko krytykowałam i negowałam. No bo wyobraź sobie: całe życie w czymś byłeś, niezwykle się w to angażowałeś, a potem to wszystko okazuje się gigantycznym kłamstwem. Zamieniasz to na świat, o którym wszyscy mówili ci, że jest strasznie zły i zepsuty.

Gdybyś zapytał mnie, kim jestem, gdy miałam dwadzieścia lat, bez zastanowienia odpowiedziałabym: – Świadkiem Jehowy.

To była cała tożsamość. Pod tym hasłem kryło się wszystko.

Potem to wszystko upada. I człowiek pływa w gigantycznym morzu, w którym nic nie ma. 

Do dziś nie do końca wiem, kim jestem.

Basia – fanatyzm

Przeżyłam.

Dziś jestem zdrowa i mam wspaniałego syna.

Po kilku tygodniach choroby zaproponowano mi przyjęcie frakcji krwi. Nie jest to pełna krew, a tylko jej część, bo krew generalnie dzieli się na cztery główne frakcje - krwinki czerwone, krwinki białe, płytki i osocze. Okazało się, że organizacja dopuszcza możliwość transfuzji w takiej ograniczonej formie, pozostawiając to w kwestii sumienia danego Świadka. Zastanawiałam się kilka godzin, co zrobić z tą propozycją.

Ostatecznie się zgodziłam.

Dzięki temu żyję.

Leczyłam się trzy lata. Gdybym przyjęła pełną krew, walka potrwałaby znacznie szybciej. Szczęście w nieszczęściu polega na tym, że miałam najlepszy typ białaczki do leczenia, który wymagał najmniej agresywnej chemii. Bez pełnej krwi reagowałam na nią jednak katastrofalnie. Gdy przyjęłam się do szpitala, miałam zaplanowane pięć 24-godzinnych chemioterapii. To taka standardowa procedura leczenia. Natomiast ja po dwóch dawkach nie byłam w stanie już otworzyć oczu. Odłączono mnie od chemii. Na badaniach wyszło, że mój poziom hemoglobiny to 3,4 g/dl. To wartość, która jest potencjalnie śmiertelna. Lekarze byli w szoku, że ja żyję, kontaktuję, jestem świadoma.

Przy ostrej białaczce szpik zaczyna produkować wadliwe, niedojrzałe komórki krwi, które nie działają, jak powinny i zajmują miejsce tym zdrowym. Chemioterapia ma za zadanie zniszczyć te chore komórki, ale przy okazji uderza też w zdrowy szpik. W efekcie przez jakiś czas organizm prawie nie produkuje własnej krwi, dlatego potrzebne są transfuzje. Dostarczają krwinki czerwone i płytki krwi, których ciało chwilowo nie jest w stanie wytwarzać. Dzięki temu organizm może normalniej funkcjonować i przetrwać okres leczenia, aż szpik zacznie znowu produkować zdrową krew.

Reklama
Reklama

W Starym Testamencie jest napisane, że Izraelici mieli zakaz spożywania krwi, a zwierzęta musiały być rytualnie zabijane. Krew miała być ofiarą dla Jehowy, ale prawo to miało też swój praktyczny wymiar - nie jedzono dzięki niemu nieświeżego mięsa, a mowa o czasach, gdy zagrożenie epidemiologiczne było bardzo wysokie. Różne zasady panujące w organizacji były wielokrotnie zmieniane i interpretowane, ale zakaz transfuzji nigdy nie został ruszony. Podejrzewam, że Świadkowie mają na sobie już tak dużo winy, tak dużo śmierci wierzących, że już nigdy się z tego nie wycofają. Za daleko to zaszło.

Na szczęście ja się pozbierałam.

Bardzo długo dziękowałam za to Jehowie. 

Uznałam, że to on uratował mi życie. Skoro byłam w takim złym stanie, a jednak przeżyłam, i to nie przyjmując krwi, to widocznie miał na mnie plan.

Po wyzdrowieniu stałam się jeszcze bardziej fanatyczna.

Bardzo dużo głosiłam. Chodziłam po domach tyle, na ile tylko miałam siłę. Bardzo angażowałam się w życie zboru. Pomagałam członkom duchowo, wspierałam ich, ale też rugałam, nakazywałam jak powinien żyć przykładny Świadek.

Z perspektywy czasu widzę, że gdybym nie była osaczona braćmi, gdybym nie miała wpajanej co chwilę tej ideologii nieprzyjmowania krwi i gdyby ktoś pogłaskał mnie wtedy po głowie mówiąc „zrób transfuzję, nikt się nie dowie”, to pewnie bym uległa.

Reklama
Reklama

Zostawiłem aparat w hotelu i poszedłem robić zdjęcia smartfonem. Jak mi poszło?

W przekonaniu utwierdzał mnie też mój były mąż. Powtarzał, że Jehowa wie, co robi, a ja powinnam się do niego jak najwięcej modlić. Nigdy nie zasugerował mi, żebym pomyślała o przyjęciu krwi. To po prostu było dla nas oczywiste.

– Stracisz żonę, macie przed sobą przyszłość, ratuj ją! - moi rodzice próbowali nim wstrząsnąć.

– Jeśli Jehowa chce, to ma dla mnie już inną kobietę - odpowiedział bez większych emocji.

Dla niego było to normalne, że mogę umrzeć, bo tak funkcjonował jego świat.

Dopiero niedawno dotarło do mnie, jak okrutne było to, co powiedział.

To, co ja tak właściwie zrobiłam, uświadomiłam sobie dopiero po odejściu ze zboru na terapii, na którą zaczęłam chodzić, kiedy jeszcze byłam Świadkiem Jehowy.

Dziś widzę, że słuchałam się wymyślonej ideologii, która nie jest nawet oparta na Piśmie Świętym. Ludzie tracą życie, tracą swoje dzieci, bo się do niej stosują.

Nie wyobrażam sobie dziś, że mogłabym nie podać krwi własnemu dziecku, gdyby istniała taka potrzeba. Walczyłabym o jego życie za wszelką cenę, a swoje oddałam walkowerem. Dopiero narodziny syna uświadomiły mi, w czym ja tak właściwie tkwię.

Reklama
Reklama

Wolne życie prowadzę od czterech lat.

Tulia – Armagedon

Obecny świat jest zepsuty. Rządzi nim szatan. To wytłumaczenie Świadków na wszystkie bóle i cierpienia. Szatan został wyrzucony przez Jehowę z nieba w 1914 r., w momencie wybuchu I wojny światowej. Ta data została precyzyjnie wyliczona na podstawie biblijnych wersetów według doktryn Świadków Jehowy. W niebie zaczęło wtedy panować Królestwo Boże z Jezusem na czele. Od tego momentu wybrani Świadkowie, ci najgorliwsi, którzy poświęcili całe życie dla Jehowy, są współkrólami z Jezusem w niebie. Kiedy uzbiera się cała armia, ma ona liczyć dokładnie 144 tys. osób, zstąpi z nieba, żeby wraz z Jezusem zaatakować szatana, zgładzić go i zaprowadzić ogólnoświatowy raj.

Świadkowie nazywają to Armagedonem.

Najważniejszy cel członków zboru to życie wieczne na ziemi, które nastąpi po Armagedonie. To nagroda, którą osiągną wszyscy Świadkowie. Nie będzie chorób ani śmierci, wszyscy będą piękni i młodzi, do tego zmartwychwstaną osoby, które oddały swoje życie Bogu. To dlatego osobami najbardziej zagrożonymi wciągnięciem do tej destrukcyjnej grupy są kobiety, które straciły dziecko. Słyszą obietnicę, że zobaczą je w raju, do którego bardzo łatwo trafić – przez organizację Świadków Jehowy.

Reklama
Reklama

Wizja przerażającego Armagedonu była fundamentem mojej wiary. Śniła mi się wiele razy. To miała być wielka, ogólnoświatowa wojna. Wojsko na ulicach, kule ognia lecące z nieba, Jezus na koniu z aniołami i królami, którzy niosą nadzieję i atakują szatana. Jedna, wielka rzeźnia.

Na zebraniach mówiono, że koniec świata może być długi i stanowić sekwencję wydarzeń.

Kiedyś studiowaliśmy „Stażnicę” (pismo, w którym zawarte są interpretacje Biblii i artykuły doktrynalne – red.), w której przebieg Armagedonu opisany był krok po kroku. Dziś organizacja się z tego wycofuje, już nie jest pewna, jak będzie wyglądał „koniec systemu rzeczy”. 

Świadkowie ciągle powtarzają jednak, że nadchodzi wielkimi krokami. Takie wydarzenia jak pandemia czy wojna wzbudzają ich mobilizację. Od dziecka byłam utrzymywana w poczuciu, że to już zaraz.

Wizja Armagedonu ma wpływ na całe życie każdego Świadka.

Gdy szłam do szkoły, byłam pewna, że nie dojdę nawet do gimnazjum. Kiedy skończyłam gimnazjum, nawet się nie zastanawiałam nad wyborem szkoły średniej, bo po co mi ona? Wybrałam szkołę gastronomiczną, najprostszą, bo i tak wiedziałam, że jej nie zdążę ukończyć. Nawet nie myślałam o maturze. Chodziłam do szkoły, bo wymagało tego państwo, ale skupiałam się na czymś innym - na głoszeniu.

Reklama
Reklama

Nałóg, który zabija miliony. Historia tytoniu w pigułce

Na studia też nie zamierzałam iść. Miałabym stracić ostatnie lata przed Armagedonem? Świadkowie mówili: – Jeśli koniec przyjdzie za cztery lata, a ty zmarnujesz ten czas na naukę, to co ty powiesz Abrahamowi w raju? Że zamiast głosić i pomagać ludziom się wyzwolić wolałaś siedzieć w książkach?

Praca też miała być tylko źródłem podstawowego utrzymania, żeby jakoś przetrwać ten czas do Armagedonu.

Gdy wyjeżdżałam do Indonezji do pracy misjonarskiej, żegnałam się z rodzicami tak, jakbym miała nigdy nie wrócić. Byliśmy przekonani, że spotkamy się dopiero w raju. 

Nie tworzyłam też żadnych znajomości z ludźmi ze świata (ze świata, czyli spoza organizacji – red.). Świadkowie tworzą więzi jedynie z osobami w środku, bo tylko one przetrwają Armagedon. Nie widzą sensu w wiązaniu się z osobą spoza organizacji, skoro nie będą żyły wiecznie w raju na ziemi.

Jedynym celem, dla którego świadek Jehowy buduje relacje z kimś ze świata, jest wciągnięcie go w organizację. I, niestety, masa osób na Instagramie pisze mi, że nagle straciło przyjaciela czy przyjaciółkę, wyznawcę Jehowy, bo nagle przestał bądź przestała się do nich odzywać, gdy powiedzieli wprost: - Ja nigdy nie przyjdę na to zebranie, na które mnie zapraszasz. 

Reklama
Reklama

W tym jednym momencie następował definitywny koniec znajomości.

Ludzie zostają z dziurą w sercu, bo mieli wrażenie, że łączy ich przyjaźń. Wtedy okazuje się, że cała znajomość jest tylko nastawiona na cel. Ja też tak robiłam jako świadek Jehowy. Tego uczyłam się na kursach głoszenia. Jeśli ktoś „nie rokuje”, to trzeba poświęcić czas komuś innemu, kto być może będzie rokował. Szkoda mi zawsze było tych ludzi, którzy nie chcieli wierzyć w moją wersję. Wśród Świadków panuje również powiedzonko: „wydał już na siebie wyrok”. Oznacza to, że „zginie w Armagedonie”, ale nie powinno mówić się o tym wprost, bo decyduje o tym Jehowa.

Uczono nas, żeby być miłym, ciekawym, dopytywać, żeby ludzie ze świata mieli wrażenie, że ktoś się nimi naprawdę głęboko interesuje. Szczerze: nigdy na tych głoszeniach nie byłam ciekawa drugiej osoby. Tylko czekałam, aż ktoś skończy mówić, żeby powiedzieć mu to, co ja chcę powiedzieć. Słuchałam rozmówców tylko po to, żeby wiedzieć później, z której strony mogę ich podejść. 

Dzisiaj myślę, że świadkowie są upośledzeni społecznie. Nigdy nie nauczono mnie nawiązywania relacji. Było jasne, że w zborze mam przyjaciół, a poza zborem każda znajomość była nastawiona na wciągnięcie kogoś do organizacji. Byłam w pięciu różnych zborach, bo pięć razy się przeprowadzałam. Po przeprowadzce szłam się na pierwsze zebranie, byłam ogłoszona z podium, że „mamy nową siostrę”, wszyscy mi klaskali, po zebraniu podchodzili, otaczali, przedstawiali się, zagadywali, proponowali kawę. Na wejściu masz pięćdziesięciu nowych przyjaciół. W ogóle nie czujesz potrzeby budowania relacji. 

Reklama
Reklama

Do tej pory czasem nie wiem, jak buduje się relacje. Mam z tym realny problem. 

Basia – grzech

Jeśli Świadek popełni grzech i samemu przyzna się do niego przed starszymi, otrzymuje karę. Jeśli zostanie na tym grzechu przyłapany, może zostać wykluczony, bo wykluczenie nie jest za grzech, a za brak skruchy. Wchodząc na Salę Królestwa, każdemu podaje się rękę. Pamiętam, jak osoby wykluczone po prostu się omijało, traktowało się je jak powietrze.

Gorsi są tylko odstępcy, czyli tacy ludzie jak ja. Kiedy dziś mijam się z innymi Świadkami Jehowy, mieszkającymi w moim bloku, których doskonale znam, nie odpowiadają mi na „dzień dobry”.

Kiedyś było mi wstyd ich mijać. Czułam na sobie to obrzydzenie, którym do mnie pałają. Często łapałam się na tym, że to ja przechodziłam na drugą stronę ulicy i to ja szłam ze schyloną głową udając, że ich nie widzę. Bałam się ich. 

Gdy wylądowałam na Komitecie Sądowniczym krótko przed ślubem, byłam przerażona wykluczeniem. Mój były mąż uznał, że jesteśmy nie do końca moralni względem zasad i mimo że jako narzeczeni ze sobą nie współżyjemy, to decydujemy się na inne bliskości.

Przełomowy wynalazek z Polski. Rośnie szansa na leczenie trudnych chorób

Na Komitecie nie było żadnego poszanowania mnie jako kobiety i osoby. Miałam wtedy dziewiętnaście lat. Siedziałam naprzeciwko trzech mężczyzn, starszych zboru. Dwóch z nich było dla mnie prawie obcych, wszyscy mieli koło sześćdziesiątki. Nie wystarczyła im sama informacja, że dopuściłam się niemoralnych czynów z przyszłym mężem. Musiałam z najmniejszymi detalami opowiedzieć, co robiłam, w jaki sposób, w jakich sytuacjach. Doprecyzowali najmniejsze szczegóły - robiliśmy to pod kołdrą czy na kołdrze? Drzwi były zamknięte czy otwarte? Miało to dla nich znaczenie, bo musieli ustalić, czy robiłam to w sposób zaplanowany, czy nie. Kupowanie prezerwatyw oznacza na przykład, że grzech jest planowany, bo Świadek się na niego przygotowuje. I za to jest wykluczenie.

Reklama
Reklama

Wypytywanie potrwało całą godzinę. Byłam w takim stanie, że pod koniec nie byłam w stanie wypowiedzieć już żadnego słowa. Płakałam. Byłam załamana. Jeden brat chciał potraktować mnie łagodnie, ale drugi, ten główny, był bardzo ostry i nie miał skrupułów. Mam wrażenie, że czerpał korzyść z tego, że się na mnie pastwił. Gdy siedziałam zapłakana, spojrzał na mnie z satysfakcją: - Płaczesz, bo zostaniesz teraz wykluczona?

Po godzinie mnie wyproszono. Później bracia modlili się przez następną godzinę i pod wpływem Ducha Świętego podejmowali decyzję o tym, czy moja skrucha jest wystarczająca i czy moje czyny nie zgorszą innych w zborze.

Skończyło się upomnieniem.

Straciliśmy jedynie przywileje na trzy miesiące.

Równie dobrze mogło skończyć się publicznym napiętnowaniem, czyli ogłoszeniem podczas zebrania, że „Basia Paleczna została ukarana za niemoralne czyny”.

Agata – wybudzanie 

Agata Szudzik (fot. Agata Szudzik / archiwum prywatne)

Byłam nieporządnym Świadkiem Jehowy. Miałam znajomych spoza zboru, którzy dużo ze mną rozmawiali o wierze i zadawali trudne pytania, na które nie znałam odpowiedzi. Zaczęłam zbierać w sobie wątpliwości, aż usypała się górka. Wiele z nich siedziało we mnie od dzieciństwa, bo jako członkini sekty byłam uczona wypierania wszelkich znaków zapytania. Szala przeważyła się, gdy doszło do afery pedofilskiej w Australii, która została zupełnie zamieciona pod dywan. Miałam dziewiętnaście lat, gdy odeszłam ze zboru.

Reklama
Reklama

Dziś jako psycholog pomagam osobom, które są lub były członkami grup destrukcyjnych i im rodzinom. Zajęłam się tym tematem, bo brakowało mi świeckiego miejsca, do którego takie osoby mogą się zgłosić z przekonaniem, że specjalista będzie wiedział, o czym one mówią. W Stowarzyszeniu Wybudzeni udzielamy darmowego wsparcia psychologicznego w formie dwunastu konsultacji online, na które może zgłosić się każdy, kto ma doświadczenie we wspólnocie destrukcyjnej albo kogoś bliskiego w niej. Obserwuję, że jest duże zapotrzebowanie na pomoc. Cały czas mamy kolejkę, która się w zasadzie nie kończy.

Jak przebiegł u ciebie proces odejścia?

Najtrudniejsza była utrata kontaktu z rodziną. Długo borykałam się z tym kawałkiem mojego życia. W tym momencie udało się odzyskać kontakt, ale nie chcę wchodzić w szczegóły.

Długo musiałaś dochodzić po odejściu?

Nadal dochodzę do siebie.

Ile minęło lat?

Dziesięć. Z drugiej strony mam wrażenie, że temat jest zaleczony na tyle, na ile może już być.

Jak wyjść z grupy destrukcyjnej?

Jak najszybciej.

To długi proces. Dobrze mieć coś ze świata zewnętrznego, co pozwoli nam wyjrzeć poza bańkę, w której jesteśmy. Trzeba się zbuntować, złamać zasady. Kiedy ktoś zastanawia się nad tym, jak wyjść z grupy destrukcyjnej, to już mentalnie jest poza nią. Najtrudniejsze jest sprawienie, żeby w ogóle zaczął się zastanawiać. Żeby mu w tym pomóc, warto podchodzić do niego z akceptacją i zainteresowaniem. Zadawać dużo pytań, ale nigdy nie w atakujący sposób. Nie nakazywać, że „musisz natychmiast wyjść z tej sekty”, bo liderzy już mu powiedzieli, co ma robić, gdy ktoś nazwie jego grupę sektą. Kiedy więc to zrobimy, potwierdzimy słowa lidera i tylko wzmocnimy jego autorytet.

Reklama
Reklama

Najlepiej podchodzić więc z ciekawością. Dyskutować, skłaniać pytaniami do refleksji, podsyłać artykuły, które opisują nieetyczne praktyki w danej grupie.

Dlaczego tak trudno skłonić do refleksji?

Bo osoby w takich grupach są uczone zasad długo i wytrwale. Każda wątpliwość wiąże się z dużym lękiem. Bo jeśli ta grupa nie jest prawdziwa, a ja poświęciłam dla niej rodzinę, pracę, wykształcenie, właściwie całe życie… Uświadomienie sobie tego, to wielki koszt, a my jako ludzie generalnie nie lubimy ponosić kosztów. Nasze mechanizmy obronne nas przed tym bronią.

Da się odejść z takiej organizacji bez dużej traumy i konieczności przepracowania jej?

Myślę, że jest to bardzo trudne. Wchodząc do takiej grupy, człowiek bardzo mocno rezygnuje z siebie. A rezygnacja z siebie zawsze wiąże się z konsekwencjami psychicznymi. Trudna jest też świadomość, że bliscy automatycznie mają cię za osobę, która jest opętana przez demony i najczęściej nie jesteś w stanie zmienić ich myślenia.

To grupa o wysokiej kontroli. W sytuacji, gdy każdy aspekt twojego życia jest kontrolowany przez organizację, oduczasz się krytycznego myślenia. Zresztą, Świadkowie Jehowy wprost mówią o tym, że należy się go wyzbywać. Dodatkowo wszystkie informacje pochodzące spoza grupy są podważane. Kiedy na portalu Zero.pl pojawi się reportaż, który przedstawi Świadków Jehowy w złym świetle, zbory stwierdzą, że to dzieło szatana.

Reklama
Reklama

Czyli to szatan napisał ten reportaż?

Tak, dokładnie takie rzeczy usłyszą Świadkowie Jehowy.

Cały świat Świadków zamyka się do jednej grupy. Ludzie ze świata, też kierowani przez szatana, chcą cię tylko odciągnąć od Jehowy. Generalnie nic dobrego w tym świecie na ciebie nie czeka. Osoby, które dołączają do wspólnoty, są stopniowo pozbawiane własnej tożsamości. Kiedy odchodzisz, musisz stworzyć swoją osobowość na nowo. Dotyczy to praktycznie każdego aspektu życia. Wybudzeni nie wiedzą nawet, jakie filmy lubią oglądać. Nie oglądali ich, bo wiele z nich było zakazanych. Nie mają ukształtowanych poglądów na większość tematów. Wyzwaniem dla nich jest podejmowanie zwyczajnych, codziennych decyzji. Wcześniej były one podejmowane za ciebie. Albo żyłeś zgodnie z wolą Bożą, albo robiłeś złe rzeczy. Było czarne i białe.

Życie Świadków Jehowy to życie w bańce, w której wszyscy mówią tym samym językiem. Wszystko jest narzucone - nawet wygląd, ubiór, zachowania. Każdym swoim czynem Świadek musi dawać dobre świadectwo, więc nawet na chwilę nie ściąga z siebie tej warstwy.

Reklama
Reklama

Nagromadzenie małych reguł i zasad jest po to, by budować dyscyplinę Świadków?

W zasadzie tak, tylko te reguły nie pojawiają się od razu. Nikt nie wchodzi do sekty z powodu tego, że jest tam źle, strasznie i trudno. Zazwyczaj stoi za tym jakaś niespełniona potrzeba, którą ta sekta spełnia. Na etapie werbunku osoba jest bombardowana miłością i mechanizmem dużego zainteresowania, wielką otwartością i przyjaźnią. Wszyscy ludzie potrzebują czuć się akceptowani w grupie. Sekta to daje. Początki są dla członków zwykle ożywcze.

Nie ma czegoś, czego sekta ci nie obieca. Kiedy masz chore dziecko, sekta powie ci, że zaraz wyzdrowieje i poda ci na to sposób. Osoba w kryzysie często chwyta się czegoś jak tonący brzytwy, żeby tylko przynieść sobie ulgę. A wtedy łatwo uwierzyć we wszystko, nawet w nadchodzący Armagedon. To koszt psychiczny, który chętnie poniesiesz, żeby poczuć się lepiej.

Dopiero gdy rośnie zaangażowanie w życie grupy, pojawiają się zakazy i nakazy. Człowiek nie zauważa, gdy w to wsiąka i gdy staje się to jego tożsamością.

Cała struktura działa na zarażaniu lękiem? Jak żyć z wizją nieuchronnego Armagedonu?

Ten lęk przed Armagedonem jest tak silny, że zostaje później z ludźmi jeszcze na długo po odejściu ze zboru, nawet jeśli mają oni świadomość, że jest on całkowicie irracjonalny. Gdy wybucha wojna czy pandemia, wybudzeni boją się, że zaczyna się koniec. To też lęk przed ludźmi ze świata. Świadkom jest wpajane, że w świecie nie czeka nas nic dobrego. Wychodząc ze społeczności, wchodzimy więc w przestrzeń, o której całe życie sądziliśmy, że jest zagrażająca i niebezpieczna.

Reklama
Reklama

Mocnym mechanizmem manipulacyjnym jest też poczucie winy. Jeśli człowiek czuje się winny, zrobi dla organizacji dwa razy więcej. Winę wzmaga się na przykład poprzez kontrolowanie życia seksualnego. To dla mnie szokujące, że po jakiejś sytuacji erotycznej czy masturbacji ktoś się czuje tak winny, że sam idzie o tym powiedzieć, żeby tylko się oczyścić.

Grupa mówi ci też ciągle, że robisz za mało. Choćbyś głosił całymi dniami, to w „Strażnicy” zawsze pojawi się opisana historia dziecka z Afryki, które poszło na zebranie piechotą przez trzydzieści kilometrów, skacząc po głowach krokodyli. Oczywiście hiperbolizuję, ale pojawiają się tam inne przesadzone historie.

To wszystko pakuje w ramy niewystarczalności, poczucia winy i wyrzutów sumienia.

Budują one dyscyplinę i posłuszeństwo.

Autor – czym jest sekta?

W „Raporcie o niektórych zjawiskach związanych z działalnością sekt w Polsce” autorstwa Międzyresortowego Zespołu do Spraw Nowych Ruchów Religijnych działającego przy MSWiA, wyróżnione jest kilka czynników, które musi spełniać grupa religijna, żeby zostać nazwana sektą.

Silnie rozwinięta struktura władzy. Grupa jest sektą, kiedy ściśle kontroluje swoich członków, regulując ich życie prywatne, rodzinne, głęboko osobiste, wpływając na kluczowe wybory takie jak porzucenie studiów, satysfakcjonującej pracy lub dotychczasowych zainteresowań, a nawet izolację od środowiska czy odmowę leczenia konwencjonalnego. Może powodować też zmiany w ubiorze, odżywianiu się czy śnie. Za kontrolę odpowiada władza, która ma wyraźną hierarchię.

Reklama
Reklama

Znaczna rozbieżność między celami realizowanymi a deklarowanymi. Zachodzi wtedy, gdy cele grupy przedstawiane oficjalnie (w dokumentach, wypowiedziach, broszurach propagandowych czy podczas rekrutacji członków) radykalnie różnią się od tych faktycznych, które są ukrywane nawet przed członkami będącymi wysoko w hierarchii grupy. Chodzi tu na przykład o sytuację, w której dana organizacja zajmuje się oficjalnie głoszeniem dobrej nowiny, a jej szeregowi członkowie nie mają pojęcia, że liderzy handlują też nieruchomościami budowanymi przez wiernych.

Ukrywanie faktycznych norm grupowych. Grupa uczy członków wzorców zachowań akceptowalnych i nieakceptowalnych. Początki rekrutów są sielankowe, ale wraz ze stażem zwiększa się zakres zachowań nieakceptowalnych, czyli zakazów i nakazów. I takim sposobem, cytując za raportem, dochodzi do:

  •  objęcia indoktrynacją większości dziedzin życia,
  • prawie całkowitego wypełnienia czasu i jego ścisłego zaplanowania,
  • odniesienia zasad życia w sekcie do wszystkich uczestników instytucji oraz wszystkich innych członków społeczeństwa,
  • podporządkowania wszystkich dziedzin życia jednemu, nadrzędnemu celowi,
  • przecięcia więzów z przeszłością,
  • kształtowania człowieka myślącego w kategoriach narzuconego systemu i mówiącego określonym, przygotowanym do tego celu, językiem.
Reklama
Reklama

Wierni nie mają świadomości o tym, jakie zasady regulują ich życie. Przykładowo: ciało sądownicze kieruje się regułami spisanymi w książce, do której szeregowi członkowie nie mają dostępu.

Narusza podstawowe prawa człowieka i zasady współżycia społecznego. Na przykład zabrania głosować w wyborach czy ogranicza prawo do transfuzji krwi.

Ma destrukcyjny wpływ na członków, sympatyków, rodziny i społeczeństwo. Objawia się poprzez niszczenie więzów rodzinnych (np. za pomocą ostracyzmu czy też za sprawą odcinania się od osób ze świata). Obserwuje się go również, gdy członkowie żyją w ciągłym strachu, poczuciu winy, izolacji od świata zewnętrznego i nie mają kontroli nad swoim życiem.

Świadkowie Jehowy nie są w Polsce uznani za sektę. Działają jako związek religijny. Według oficjalnych danych, chrzest przyjęło 116,3 tys. wyznawców tego ruchu. Oznacza to, że jedna osoba na 322 mieszkańców Polski należy bądź należała do tej organizacji.

Tulia – siła robocza

Jako nastolatka, całymi weekendami układałam kostkę brukową. Do dziś świetnie potrafię to robić. Salę Królestwa, w której się wychowałam, zbudował własnymi rękami mój tata wraz z innymi mężczyznami ze zboru. Tata pracował na pełen etat, miał małe dzieci w domu, a wieczorami i weekendami zajmował się pracą dla Jehowy. Budowa zaczęła się w latach dziewięćdziesiątych. Świadkowie pożyczyli nam na nią środki, oczywiście pochodzące z naszych datków. Kiedy już obiekt powstał, przez piętnaście lat moi rodzice wraz z innymi członkami zboru spłacali kredyt. Przez piętnaście lat spłaciliśmy tylko 30 proc.

Reklama
Reklama

Nagle wyszło rozporządzenie, że kredyt jest anulowany, ale w zamian sala stanie się własnością organizacji.

Wszyscy się bardzo cieszyliśmy. Byliśmy pewni, że to wielkie błogosławieństwo.

Dziś przeglądam portal do sprzedaży nieruchomości, na którym wystawiane są Sale Królestwa z całej Polski. Patrzę na ofertę tego budynku, który budował mój tata i przed którym kładłam kostkę. Cena: prawie siedemset tysięcy złotych.

Przywódcy Świadków Jehowy zarabiają na darmowej sile roboczej. Stworzyli system pozwalający im zarządzać wielką grupą osób, która myśli, że robi to dla własnego dobra i jest dzięki temu szczęśliwa. Jeśli przekonasz kogoś, żeby ci służył, dokładał się do finansowo i jeszcze był z tego zadowolony…

Czy istnieje lepszy pomysł na biznes?

Autor – aktualizacja zasad wiary

20 marca 2026 roku Ciało Kierownicze Świadków Jehowy poinformowało o kolejnej aktualizacji zasad wiary. Organizacja zezwoliła na przetaczanie krwi własnej (czyli tzw. autotransfuzję). To procedura medyczna, w której pacjent otrzymuje swoją własną krew, zamiast krwi od dawcy. Krew może być pobrana wcześniej (np. przed operacją) albo odzyskana w trakcie zabiegu i ponownie podana pacjentowi.

Podczas ogłoszenia tej zmiany organizacja komunikuje, że w Biblii nie ma ani słowa o przetaczaniu krwi własnej w trakcie zabiegów chirurgicznych, więc jest ono dozwolone. Nie ma w niej także ani słowa o transfuzji krwi pochodzącej od innych osób, ale… mimo to wciąż jest zakazana.

Reklama
Reklama

Basia – świadectwo

Od kiedy zachorowałam na białaczkę, minęło dziesięć lat. Dla mnie to nadal wielka trauma.

Chcę teraz dać świadectwo innym, żeby nie postępowali tak głupio jak ja. Jeśli jest jakikolwiek sens w tym, co zrobiłam, to tylko taki.

To nie jest gra w karty, a kwestia życia i śmierci.

Patrząc na tamtą Basię, daję jej dużo ciepła i akceptacji. Przytulam tę zagubioną dziewczynę, która nie mogła odnaleźć swojego miejsca na świecie i igrała ze śmiercią.

Żaden człowiek nie ma prawa ci powiedzieć, jak masz żyć.

Żaden człowiek nie ma prawa ci też powiedzieć, jak masz umrzeć.

Reklama
Reklama