Reklama
Reklama
Reklama

Dziś wchodzi w życie pakt migracyjny. Wiceminister: Już okazał się kompletnie niedostosowany

TYLKO NA

12 czerwca zaczyna obowiązywać pakt migracyjny. Co zmieni dla Polski? – Jasno powiedzieliśmy, że ze względu na to, ilu przyjęliśmy uchodźców i że bronimy wschodniej granicy UE, nikogo w ramach relokacji nie przyjmiemy i nie będziemy za to płacić. Koniec, kropka – mówi w Zero.pl wiceminister Maciej Duszczyk, który po półrocznej przerwie właśnie wrócił do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji.

granica-listing
Duszczyk: jesteśmy bardzo sceptyczni wobec prób przekazywania nam migrantów przez stronę niemiecką. (fot. Newspix)

Anna Wittenberg, Zero.pl: Panie ministrze, co pan tu robi? 

Maciej Duszczyk, podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji: Pracuję. Zajmuję się polską i europejską polityką migracyjną.

Ale ja pytam poważnie. Pół roku temu odszedł pan z ministerstwa do Kancelarii Premiera. Tłumaczył pan wtedy, że czuje się bardziej akademikiem niż politykiem. 

I podtrzymuję. Nadal jestem aktywnym badaczem. Proszę zwrócić uwagę, że nie odszedłem z administracji, tylko zmieniłem miejsce. Ale zmieniła się sytuacja Polski wynikająca z międzynarodowych aspektów polityki migracyjnej i decyzja o powrocie do MSWiA była racjonalna. To tutaj zgodnie z polskim prawem są instrumenty do praktycznej realizacji polityki migracyjnej. Zanurzyłem się w tej samej rzece, ale to jest kompletnie inna woda. 

Reklama
Reklama

Dziś – 12 czerwca – zaczyna obowiązywać pakt migracyjny, który ujednolica wspólną unijną politykę migracyjną i azylową. To jest ta nowa sytuacja? 

Nawet nie o to chodzi. Pakt migracyjny, zanim jeszcze zaczął obowiązywać, już okazał się kompletnie niedostosowany do obecnych wyzwań migracyjnych – nie spełnia swojej funkcji i nie wejdzie w życie w zaplanowanej pierwotnie formie, więc bardzo niewiele w praktyce zmieni.  

Chodzi mi raczej o to, że UE zupełnie zmienia podejście do polityki migracyjnej i ta transformacja musi uwzględnić polską perspektywę. Powiem więcej: już uwzględnia nasz punkt widzenia. Osiągamy to na drodze rozmów, swoistej dyplomacji i pokazywania naszych argumentów. Dlatego, jako osoba od lat zajmująca się migracjami i rozpoznawalna w środowisku europejskim, o dużej wiarygodności, byłem tu potrzebny – to MSWiA w Polsce odpowiada za politykę migracyjną. 

Czytaj także: Quo vadis polityko migracyjna Polski?

Reklama
Reklama

Czyli jakie było to unijne podejście, a jakie jest? 

Do tej pory szliśmy w kierunku poszerzania praw w zakresie migracji. Natomiast przyjęta niedawno Deklaracja Kiszyniowska, która zawiera propozycje kierunków interpretacji Europejskiej Konwencji Praw Człowieka w obszarze migracji, azylu i deportacji, jasno wskazała, że ta droga powinna zostać zatrzymana. Powinniśmy zrobić kilka kroków w tył.  

To znaczy?

Do tej pory wyroki sądowe odnoszące się do Konwencji poszerzały prawa migrantów, nawet do tego stopnia, że niemożliwe były deportacje osób, które popełniły poważne przestępstwa. W praktyce nie uwzględniano także takich nowych zjawisk jak instrumentalizacja migracji, a więc tego, z czym mamy do czynienia na granicy polsko-białoruskiej. W Deklaracji Kiszyniowskiej wszyscy członkowie Rady Europy, czyli 46 państw, bardzo jasno napisali, że to musi się zmienić. Dlatego jest to tak ważny dokument. Moim zdaniem, bardzo rozsądny. Dla nas kluczowe jest, że znalazła się w nim polska specyfika, a więc 46 państw przyznało, że migranci są instrumentalizowani na naszej granicy z Białorusią i mamy pełne prawo do reakcji na to wyzwanie. 

Reklama
Reklama

Wchodzi w życie pakt migracyjny. Co zmieni dla Polski? 

Panie ministrze, trochę trudno uwierzyć, że nic się nie zmieni po wejściu w życie paktu migracyjnego.  

Ale to prawda, nic się nie zmieni na gorsze. A może inaczej: zmieni się, ale poprzez wdrożenie tylko części rozwiązań będziemy bezpieczniejsi i bardziej efektywni w polityce migracyjnej. Polska ma bardzo jasne stanowisko w sprawie paktu, a ten rząd nie wdroży niczego, co mogłoby obniżać bezpieczeństwo kraju. Nie będzie więc przymusowej relokacji, nie będzie opłat dla Polski za to, że nie zgodziła się na relokację. Poprzemy natomiast nowe zasady polityki powrotowej, czyli szybsze procedury opuszczania UE przez cudzoziemców, których pobyt został uznany za niepożądany. Co ciekawe, w zakresie polityki powrotowej Polska jest bardzo chwalona na poziomie UE. Mamy jeden z najwyższych odsetków zrealizowanych deportacji i powrotów dobrowolnych.   

Czytaj także: Rząd przekonuje, że pokonał problem nielegalnej imigracji. Eksperci są sceptyczni

Powiedział pan, że Polska zostanie zwolniona z solidarności, ale przecież tylko na jakiś czas – na rok.  

Reklama
Reklama

Nie. Spodziewamy się, że przez wiele kolejnych lat.   

W którym miejscu to jest napisane? 

To wynika z zasad, które określają, że państwa znajdujące się pod presją migracyjną nie kontrybuują do systemu solidarnościowego. Polska jest takim państwem. Jasno powiedzieliśmy, że ze względu na to, ilu przyjęliśmy uchodźców i że bronimy wschodniej granicy UE, nikogo w ramach relokacji nie przyjmiemy i nie będziemy za to płacić. Koniec, kropka.

Natomiast nawet jeżeli byłaby jakaś absurdalna, hipotetyczna decyzja, że nagle Polska zostanie objęta jakąś relokacją, to po prostu powiemy „nie”. Nikogo nie przyjmiemy. Premier Tusk to bardzo jasno zapowiedział i tak będzie. 

Reklama
Reklama

Maciej Duszczyk na polsko-białoruskim przejściu granicznym w Bobrownikach. (fot. Artur Reszko / PAP)

Czyli to układ właściwie na gębę? Dzisiaj UE uznałaby polski sprzeciw, bo pan jest rozpoznawalny w środowisku europejskim, ale jeśli się zmieni rząd, to na przykład grozi nam wstrzymanie dotacji unijnych za nieposłuszeństwo? 

Proszę mnie nie przeceniać, aż takiego wpływu na decyzje unijne to ja nie mam. Jeżeli chodzi o zasady solidarności, to jest sztywny algorytm, którym posługują się unijni urzędnicy i to on decyduje o kierunkach relokacji czy płacenia w ramach instrumentu solidarności. Tylko prawda jest taka, że w praktyce nie ma jak go użyć. Zasada solidarności w obecnym kształcie jest absurdalna, niewykonalna, niezoperacjonalizowana i coraz więcej państw mówi, że to my mamy rację, tak ją oceniając. 

Już dziś mamy cztery państwa, które mają być beneficjentami mechanizmu solidarności: Hiszpanię, Włochy, Cypr i Grecję. O relokacje poprosił tylko Cypr, ale od razu napisał, że jeżeli nie da się tego zrobić, to zgadza się na alternatywne rozwiązania, czyli np. środki finansowe. Prawda jest taka, że w dokumentach można napisać wiele, ale jak żadne państwo nie chce przyjąć na swoje terytorium migrantów z innego państwa, to jak to zrobić?   

Reklama
Reklama

Dlaczego? 

Państwo nie może po prostu powiedzieć innym: „mam do rozdysponowania tysiąc migrantów, więc wsadzimy ich w samolot do Wilna czy Luksemburga”. To tak nie działa. Ktoś musi powiedzieć, że są u mnie migranci, a inny, że może ich przyjąć. Jeżeli nikt nie zadeklarował, że chce przyjąć, to nikt nie może oddać. Na tym polega cały ten mechanizm. Musielibyśmy zadeklarować, że chcemy przyjąć takie osoby i wtedy byśmy uczestniczyli w relokacji. Ale my nie zadeklarujemy. 

Zresztą proszę pomyśleć chwilę nad operacjonalizacją tego paktu. 

To znaczy?  

Reklama
Reklama

Mamy człowieka, który wylądował na plaży na Lampedusie. Włosi mają problem i mówią: chcemy go relokować, po czym relokują do np. Tallina. Ale celem tego człowieka jest dostać się do Niemiec, bo tam ma rodzinę. Myśli pani, że on w tym Tallinie będzie mieszkał, czy spróbuje dostać się do Niemiec? 

Takie automatyczne działania nie rozwiązują żadnego problemu. Jako Polska staramy się pokazać, że ten system nie może zadziałać. Nie możemy traktować ludzi jak pionki, które można przestawiać, gdzie się chce. 

Co z migrantami przewożonymi do Polski z Niemiec? 

A czy można przewozić ich na teren innego państwa i zostawić? 

Reklama
Reklama

Nie. To wywołałoby gigantyczny konflikt pomiędzy państwami. Jak nowy niemiecki rząd zmienił zasady rozpatrywania wniosków azylowych i pojawiła się obawa, że niektórzy z nich mogą trafić do Polski, to natychmiast przywróciliśmy kontrole graniczne na granicy z Niemcami. Dla nich to był trochę szok, że myśmy się na to zdecydowali. 

Czyli zdarzały się przypadki, że Niemcy odesłali do Polski osoby bez wcześniejszego uzgodnienia.

Bywały sytuacje, które budziły nasze zastrzeżenia. Strona niemiecka w kilku przypadkach, ale naprawdę w kilku przypadkach, zbyt późno kontaktowała się z polską Strażą Graniczną przed przekazaniem określonych osób, które wcześniej były w Polsce. Zareagowaliśmy na to jednoznacznie i problem został rozwiązany. Dziś nie znam przypadku, w którym Niemcy przekazaliby komuś odmowę wjazdu lub odesłali go do Polski bez wcześniejszego kontaktu z polską Strażą Graniczną oraz potwierdzenia tożsamości tej osoby i jej związku z Polską. Sprawdzamy to bardzo dokładnie i odmów przyjęcia stronie niemieckiej jest naprawdę sporo.

Czytaj także: Setki tysięcy kontroli i setki odmów wjazdu. Bilans działań na granicy z Niemcami

Reklama
Reklama

Co więcej, liczba przypadków, w których strona niemiecka występuje o przejęcie osób mających związek z Polską, jest dziś o ok. 30 proc. niższa niż wcześniej. Nadal najczęściej są to osoby z Ukrainy. Negatywny bilans liczby osób przyjmowanych przez Polskę z Niemiec i przez Niemcy z Polski jest coraz mniejszy. To przecież działa w obie, a nie tylko w jedną stronę. Naszą współpracę z Niemcami oceniam obecnie bardzo dobrze. Obecnie większe wyzwania z zarządzaniem migracjami mamy na granicy z Litwą, ale i tutaj współpraca rządowa i na poziomie służb jest bardzo dobra.

Jakie problemy?

Liczba osób zawracanych na Litwę wzrosła w ostatnim czasie kilkukrotnie. To dlatego, że dość skutecznie prowadzimy kontrole – nawet jeśli ktoś przekroczy granicę polsko-litewską, funkcjonują jeszcze posterunki i kontrole prowadzone w głębi kraju. Jeżeli służby ustalą, że dana osoba przyjechała z Litwy i istnieją podstawy prawne do jej zawrócenia, jest odsyłana z powrotem.

To pokazuje, że granica polsko-białoruska została uszczelniona, a skala nielegalnej migracji przez Polskę jest dziś dużo mniejsza niż wcześniej. Dlatego jesteśmy bardzo sceptyczni wobec prób przekazywania nam migrantów przez stronę niemiecką. Jeżeli ktoś ma zostać odesłany do Polski, musi być jednoznacznie wykazane, że rzeczywiście przybył przez nasze terytorium. Jednocześnie bardzo ściśle współpracujemy z naszymi przyjaciółmi z Litwy i Łotwy, tak aby ostatecznie zamknąć ten szlak migracyjny.

Reklama
Reklama

„Nie żałuję”. Zdecydowane słowa żołnierza po wyroku ws. strzałów na granicy

Jest pan zwolennikiem Twierdzy Polska?

Nie. Jestem za tym, żeby absolutnie jednoznacznie chronić polską granicę. Ale jednocześnie Polska musi zachować swoją wrażliwość wobec grup szczególnie narażonych.

Jestem za to jednoznacznym zwolennikiem układu z Schengen gwarantującego brak kontroli granicznych. Mówiłem to już dawno, że upadek Schengen byłby pierwszym krokiem do rozpadu Unii Europejskiej. Dlatego jako osoba zajmująca się migracjami chcę przede wszystkim chronić Schengen, a oznacza to restrykcyjną politykę na granicach zewnętrznych UE.  

Reklama
Reklama

Czyli Twierdza Europa.

To też nie jest Twierdza Europa. Nie można przestać widzieć w migrantach ludzi, nie może dojść do sytuacji, w której odpowiedzią Europy będzie przemoc wobec osób próbujących się do niej dostać. Musi zostać wysłany jednoznaczny komunikat. Jeżeli nie masz prawa do wjazdu do UE, to nie wjedziesz. Nie ryzykuj zatem zdrowia i życia. Brak ścisłej kontroli na granicach zewnętrznych ma swoje jednoznacznie negatywne konsekwencje. 

Duszczyk: Przestrzegam organizacje pozarządowe 

Spada na pana krytyka nawet ze strony własnego środowiska. Jest pan twarzą polityki ostrzejszej, niż proponował pan jako akademik. 

Reklama
Reklama

To, co robimy, nie każdemu musi się podobać. Pragnę jednak przypomnieć, że to ja na podstawie moich wyników badań wprowadziłem termin selektywnej polityki migracyjnej.  

Tomasz Sieniow, prezes Instytutu na rzecz Państwa Prawa w Lublinie, na łamach „Gazety Wyborczej” pyta: „Czy zwolennicy polexitu znaleźli sprzymierzeńca w byłym dyrektorze Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej?”.

Muszę to komentować?

Poproszę.

Reklama
Reklama

Ten pogląd jest kompletnie absurdalny. Uważam, że na Unię Europejską trzeba chuchać i dmuchać. Ale polexit dokona się wtedy, kiedy społeczeństwo uzna, że straciliśmy kontrolę nad migracjami. Konieczność ograniczenia strefy Schengen będzie początkiem końca Unii Europejskiej. 

Setki migrantów w drodze do Europy. Kolejne łodzie zatrzymane

Sieniow zarzuca panu też mówienie nieprawdy. W RMF FM powiedział pan, że polskie organizacje humanitarne współpracują z białoruskim wywiadem. 

Nie powiedziałem tak. Mówiłem, że e-maile, które dostajemy, noszą znamiona jakiejś nieformalnej współpracy między częścią osób, które są przy granicy, a służbami białoruskimi, które mają informacje na temat osób przebywających na ich terytorium. 

Reklama
Reklama

To dość poważny zarzut.

Chce pani usłyszeć cytat z takiego e-maila? Proszę bardzo. Przeczytam pani taką wiadomość. Nie powiem tylko od kogo, to osoba rozpoznawalna publicznie:

Z grupy uchodźców, którzy w dniu dzisiejszym ponownie próbowali złożyć wniosek o ochronę międzynarodową, straż graniczna zawróciła do Białorusi cztery osoby: ofiary tortur i wojny, w tym trzy kobiety. Strona białoruska zezwoliła tym osobom na kolejne podejście do procedury.

Strona białoruska zezwoliła. Skąd autor e-maila wie, że strona białoruska zezwoliła? Strona białoruska to jest białoruskie KGB. Jak się czerpie informacje od strony białoruskiej, to się jest przez nią rozgrywanym. Mamy ileś takich maili, które mówią o tym, że np. o godzinie 14:00 tego i tego dnia służby białoruskie zezwoliły jakimś osobom na pojawienie się na granicy. A to są osoby poszukiwane przez te służby. To przecież sprzeczność. Jak jednocześnie mogą ich poszukiwać i zgadzać się na pojawienie się ich na granicy? To po prostu próba rozgrywania nas. 

Reklama
Reklama

Czytaj także: Zabił polskiego żołnierza przy granicy. Prokuratura ujawnia nowe informacje

Jaką pan ma hipotezę? Że to agenci? 

Nie, w życiu nie mógłbym tak powiedzieć. Natomiast niektóre osoby w ramach własnych poglądów decydują się nawet na jakąś grę z białoruskimi służbami po to, żeby pomagać ludziom, o których domniemują, że są prześladowani na terytorium Białorusi. O to mi chodzi. 

Czyli naiwność?

Reklama
Reklama

To jest pewnego rodzaju postawa, przed którą przestrzegam organizacje pozarządowe i aktywistów. Z tamtymi służbami nie gra się w taki sposób. One zawsze to wykorzystają, ponieważ po naszej stronie są osoby, które są dobrymi ludźmi i chcą pomóc, a z drugiej strony jest bezwzględna machina, jednoznacznie nastawiona na próbę destabilizacji Polski. 

Polska zapora już zgodna z wartościami europejskimi

Czym wasza polityka migracyjna różni się od polityki PiS?

Po pierwsze – jest skuteczna. Po drugie – szuka balansu między bezpieczeństwem a humanitaryzmem. Po trzecie – uwzględnia wspólnotowość, bo jesteśmy w Unii Europejskiej. Po czwarte – jest polityką wiarygodną.

Białoruski pogranicznik przy zaporze na granicy polsko-białoruskiej w miejscowości Ozierany Małe. (fot. Michał Zieliński / PAP)

Reklama
Reklama

Okej, czyli różni się PR-em. 

Ale jak to PR-em? Kiedy przychodziłem do rządu, mówiłem, że kanał migracyjny przez Białoruś będziemy w stanie zamknąć do dwóch lat. To kompletnie inny pomysł na zabezpieczenie granicy. Nie jest oparty wyłącznie na fizycznej zaporze, ale także na dyplomacji, informacji, współpracy międzynarodowej i zmianach prawnych. I to się udało. 

Ale to PiS zaczął budować zaporę na granicy.

Problem polegał na tym, że zbudowano zaporę, która tak naprawdę nikogo nie zatrzymywała, zrobiono sobie kilka propagandowych filmików i ogłoszono, że sprawa została załatwiona. To ośmieszało Polskę, bo przemytnicy mogli realnie pokazać, że to, co mówią rządzący, nijak ma się do rzeczywistości, a więc to oni byli wiarygodni, a nie ówczesny rząd. Paradoksalnie zachęcało to migrantów do korzystania właśnie z tego kanału migracyjnego. Ja już wtedy pokazywałem, co trzeba zrobić, aby zapora była szczelna. Ochrona granicy nie opiera się jednak wyłącznie na murze. To również system detekcji, monitorowania drugiej strony, przewidywania ruchów migracyjnych czy zdobywania informacji – to wszystko już nasza praca.

Reklama
Reklama

Przed grudniem 2023 powstała też bariera elektroniczna, monitoring, były działania Straży Granicznej i wojska. 

Ale system kamer był skierowany tylko na naszą stronę granicy. Obecnie obserwujemy sytuację także po stronie białoruskiej, to fundamentalnie zmieniło efekty pracy strażników granicznych. Po prostu mają o wiele więcej czasu na reakcję. My szukaliśmy też poparcia dla naszych działań. Dzięki nam w Unii Europejskiej powstało zrozumienie dla sytuacji Polski. Mamy dziś jasny komunikat: tak, Polska ma prawo budować zaporę i cały system zabezpieczeń, a w tym ograniczeń prawnych i jest to zgodne z wartościami europejskimi. Ponadto dostajemy na to środki z budżetu UE. Granica z Białorusią to nie tylko granica Polski, ale także całej UE.

Panie ministrze, ile było pushbacków w tym roku? 

Ani jednego. 

Reklama
Reklama

Ani jednego? 

Jeżeli jakieś się zdarzą, to będą to sytuacje jednostkowe. A to dlatego, że nie dopuszczamy do przekroczenia granicy. Pushback stosujemy wtedy, gdy osoba nielegalnie przekroczy granicę i znajduje się już na terytorium Polski. Mamy do tego podstawę ustawową. Ukształtowała się też linia orzecznicza potwierdzająca takie działania. Ostatnio rację przyznał nam również Wojewódzki Sąd Administracyjny w Rzeszowie. To element szerszej dyskusji o dynamicznej interpretacji konwencji międzynarodowych, bo mamy dziś do czynienia z sytuacją, której twórcy tych konwencji nie przewidywali. 

Trzeba też odróżnić pushback od readmisji. To, co dzieje się na granicy polsko-litewskiej, jest właśnie readmisją, czyli przekazywaniem osób do państwa, z którego przybyły. Gdyby Białoruś nie wypowiedziała umowy readmisyjnej, moglibyśmy odsyłać migrantów w bardziej cywilizowanych warunkach. Ponieważ jednak Mińsk wypowiedział tę umowę, mamy do czynienia z inną sytuacją prawną, którą określa się mianem „zawrócenia”.

Czyli technicznie to takie samo działanie?

Reklama
Reklama

Operacyjnie? Oczywiście. Tylko i wyłącznie dlatego, że Białorusini wypowiedzieli readmisję i traktujemy to jako zawrócenie.

Jak to jest, że działania naszego państwa nie zmieniły się istotnie, ale dzisiaj mówi pan, że zapora jest zgodna z wartościami europejskimi? Wartości europejskie uległy zmianie?

Oczywiście, że nastąpiła zmiana. Ale nie w samych wartościach. Nadal mówimy o prawach człowieka, ochronie osób potrzebujących pomocy czy przestrzeganiu prawa międzynarodowego. Zmieniło się natomiast rozumienie wyzwań i zagrożeń. Coraz więcej państw dostrzega, że prawa człowieka mogą być wykorzystywane przez państwa trzecie jako instrument presji politycznej.

Dlatego nie chodzi o odrzucenie dotychczasowych zasad, ale o ich dostosowanie do nowych realiów. Prawa są uniwersalne, jednak musimy interpretować je w kontekście wyzwań, których twórcy tych konwencji nie mogli przewidzieć, albo nawet przewidzieli, ale przez wiele lat interpretacja się zmieniła. Musimy teraz wrócić niejako do korzeni.

Reklama
Reklama

Co zostało z afery wizowej? 

Chciałabym porozmawiać teraz z akademikiem, nie politykiem. Jakie scenariusze migracji widzi pan dla Polski?

Po pierwsze, restrykcyjna i selektywna polityka migracyjna Polski się nie zmieni. Niezależnie od tego, kto będzie rządził, ten kierunek zostanie utrzymany. Chodzi jednak o to, żeby nie była to polityka populistyczna. Najgorzej jest wtedy, gdy polityka migracyjna nie opiera się na argumentach i danych, tylko na fobiach. Wtedy przestajemy realnie kontrolować sytuację. Żyjemy w pewnym matriksie, wydaje nam się, że wszystko kontrolujemy, a w rzeczywistości dzieje się coś zupełnie innego.

Co to znaczy? Jak odróżnić politykę opartą na danych od polityki opartej na fobii?

Fobia migracyjna polega na tym, że przestajemy zarządzać zjawiskiem. Zakładamy, że migracja jest wyłącznie złem i próbujemy udawać, że jej nie ma. Tylko że migranci i tak będą do nas przyjeżdżać. Już dziś mamy przecież Ukraińców, którzy są częścią naszego społeczeństwa. Nie można po prostu uznać, że migracja nie istnieje albo że jest wyłącznie zagrożeniem. Przypomnę, bo trzeba to robić za każdym razem, że obecność Ukraińców na polskim rynku pracy bardzo pozytywnie wpływa na naszą konkurencyjność, a więc i nasze wynagrodzenia. 

Reklama
Reklama

Czytaj także: Te branże w Polsce nie dadzą rady bez pracowników z zagranicy. Nowy raport

Jeżeli państwo potrafi powiedzieć: migracja jest pod kontrolą, jest bezpieczna dla państwa i służy Polsce, to wszystko jest w porządku. Jednocześnie trzeba być bardzo stanowczym tam, gdzie jest to konieczne. Dotyczy to choćby ochrony granicy, deportacji czy czasowego zawieszania prawa do azylu. Wtedy ludzie mają poczucie, że państwo zarządza tym procesem, a nie udaje, że problemu nie ma.

Zawieszenie prawa do azylu to kolejny punkt, który spotkał się z krytyką. 

Tak, ale jak pokazują wyroki sądów administracyjnych nie uzasadnioną. Państwo ma prawo chronić swoje granice przed wyzwaniami i zagrożeniami. Mówiono o niezgodności z konwencjami i polską konstytucją. Jednak sądy przyznają nam racje, że argumentacja, która znalazła się pod zawieszeniem prawa do azylu, była i jest jak najbardziej właściwa.  

Reklama
Reklama

A poprzedni rząd którą politykę prowadził? 

Słyszeliśmy bardzo antyimigracyjne hasła, a do Polski trafiały setki tysięcy migrantów, często w sposób, nad którym państwo nie miało pełnej kontroli. Dlatego naszą strategię migracyjną nazwaliśmy „Odzyskać kontrolę. Zapewnić bezpieczeństwo”. Dziś migrantów jest mniej, są oni weryfikowani i wiemy o nich znacznie więcej. 

Czy na pewno tak było? Wasz rząd wiele mówił o aferze wizowej. Ale okazało się, że nie dotyczyła ona setek tysięcy, tylko setek wiz. 

Afera wizowa miała dwa aspekty. Korupcyjny rzeczywiście dotyczył kilku tysięcy przypadków. Natomiast dla mnie ważniejszy był inny problem. Państwo straciło kontrolę nad polityką migracyjną.

Reklama
Reklama

Doszło do tego, co w teorii nazywamy „prywatyzacją polityki migracyjnej”. Wspomniał o tym niedawno Przemysław Czarnek. Co prawda szybko starał się z tego wycofać, ale jednak jego wypowiedź pokazała, jaka była ówczesna intencja. Panowało przekonanie, że pracodawcy wiedzą, kogo potrzebują, więc państwo powinno im po prostu umożliwiać sprowadzanie pracowników. Agencje zatrudnienia miały dokonywać selekcji, ludzie przyjeżdżali, pracowali, często w bardzo złych warunkach i za niewielkie pieniądze i na tym kończyło się zainteresowanie państwa. Tylko że to nie ma nic wspólnego z bezpieczeństwem. Państwo nie może oddać kontroli nad procesami migracyjnymi prywatnym podmiotom. To droga donikąd.

Czytaj także: Białoruski trop, indyjska firma i polskie wizy. Sprawdzamy, co zostało z afery po dwóch latach.

Dlaczego?

Bo na końcu tego procesu pracownik przyjeżdża do Polski, odbiera mu się paszport, nie dostaje wynagrodzenia albo staje się całkowicie zależny od pracodawcy. To nie jest dobra sytuacja ani dla polskiego rynku pracy, ani dla polskich pracowników, ani dla samego migranta. Oczywiście ten opis dotyczy tylko niektórych pracodawców.

Reklama
Reklama

To w ogóle ciekawy problem, bo najczęściej o prawach człowieka w migracji mówi się w kontekście granicy polsko-białoruskiej. Tymczasem ogromnym problemem było również wykorzystywanie pracowników. Razem z Państwową Inspekcją Pracy włożyliśmy dużo wysiłku w to, żeby ograniczyć sytuacje przypominające niewolnictwo XXI wieku. 

Ale reportaże o kierowcach czy dostawcach jedzenia pokazują, że ten problem nadal istnieje – pisze o tym choćby Marek Szymaniak w książce „Młócka. Reportaże o pracy przyszłości”. 

Oczywiście. To proces, który nigdy się nie kończy. Nieuczciwe agencje i pracodawcy cały czas wymyślają nowe sposoby obchodzenia przepisów. Czasami dochodzi do absurdalnych sytuacji. Wprowadziliśmy wymóg, że agencja chcąca zatrudniać cudzoziemców musi działać od co najmniej dwóch lat. W odpowiedzi zaczęto handlować gotowymi spółkami spełniającymi ten warunek.

Musieliśmy reagować, doprecyzowywać przepisy i wprowadzać sankcje. Staramy się przewidywać rzeczywistość, ale czasem okazuje się ona bardziej kreatywna niż ustawodawca. Wtedy trzeba szybko nowelizować prawo. Z dostawami jedzenia rzeczywiście jest problem i musimy się nim zająć. To rzeczywiście przypomina czasami „niewolnictwo” w XXI wieku. Nie chodzi o ograniczenie tego typu działalności, ale o godne warunki pracy. 

Czytaj także: „Tutaj jestem nikim”. Tak się pracuje w dostawach jedzenia
 

Źródło: Zero.pl
Reklama
Reklama