Nie było go nawet w pierwszej dwudziestce faworytów. Wybór „latynoskiego Jankesa” na papieża zszokował watykanistów i rzucił wyzwanie medialnym spekulacjom. Leon XIV, czyli Robert Prevost, wnosi do Rzymu amerykański optymizm, peruwiańskie doświadczenie walki z terrorem i bezkompromisowe podejście do Rosji. Prześwietlamy życiorys i czarne karty człowieka, który ma zrewolucjonizować Kościół.

Tekst ukazał się w Magazynie Zero # 2.
- Robert Prevost został pierwszym amerykańskim papieżem w historii. Choć nie było go w pierwszej dwudziestce faworytów, Leon XIV okazał się idealnym, kompromisowym pomostem między watykańskimi liberałami a konserwatystami.
- W przeciwieństwie do papieża Franciszka, nowy biskup Rzymu od początku jednoznacznie nazywa Rosję brutalnym agresorem, a wojnę w Ukrainie imperialną inwazją, odcinając się od kontrowersyjnej polityki poprzednika.
- Choć w Peru zasłynął walką z handlarzami ludźmi, a w młodości uciekał przed bombami maoistów, jego życiorys skrywa też cienie – tuż przed konklawe odżyły wobec niego poważne zarzuty o opieszałość w rozliczaniu kościelnej pedofilii.
Francis Prevost? On powiedział „Prevost”? Co on powiedział?
Kilka minut po dziewiętnastej 8 maja 2025 r. nad białymi dachami najczęstsze były kolumnady Berniniego, jakie przydało się Bazylice Świętego Piotra usłyszeć. Tego nazwiska nie wymieniało się na „watykańskiej giełdzie”. Dziennikarze stojący mniej więcej na wysokości papieskiego balkonu mieli utrudnione zadanie, bo z jednej strony nikt nie był pewien, czy dobrze słyszy, a z drugiej – niewielu mogło sprawdzić, kim w zasadzie biskup Robert Prevost jest.
Internet tego dnia, o tej porze i w tym miejscu, to było dobro luksusowe, dostępne raptem kilku osobom. Była też trzecia strona, wynikająca wprost z tej drugiej – niewielu było w stanie wysłać relację do swojej redakcji.
W rezultacie pierwszy w historii papież ze Stanów Zjednoczonych oficjalnie został powitany najpierw w studiach telewizyjnych całego świata, a dopiero potem przez nas – tych, którzy widzieli jego pierwsze wystąpienie na własne oczy.
Nadal uważam się za misjonarza. Moje powołanie, jak każdego chrześcijanina, to być misjonarzem, głosić Ewangelię, gdziekolwiek się jest
Tak mówił o sobie nowy papież w 2023 r., gdy został przewodniczącym Papieskiej Komisji ds. Ameryki Łacińskiej. I to zdanie dzisiaj zjednuje mu wiernych, którzy uznali je za dobrą wróżbę.
Joker w kardynalskiej talii
Będąc jeszcze nastolatkiem, Robert Prevost widział już swoją przyszłość w roli misjonarza. Jednak racjonalnie podchodząc do życia, zadbał też o alternatywną drogę życiową – z wykształcenia jest nie tylko teologiem, ale też matematykiem.
Co przekonało kardynałów, by właśnie jemu przekazać we władanie Watykan i cały rząd katolickich dusz na świecie? Pewnie najprostszą i najbardziej elegancką odpowiedzią byłoby powiedzenie, że to Duch Święty natchnął 133 kardynałów w Kaplicy Sykstyńskiej i w czwartym głosowaniu tak właśnie zadziałał.
Ale bycie papieżem to nie tylko sprawowanie rządu dusz, ale też władza nad watykańskim majątkiem, który jest rozsiany po całym świecie, a w jego skład wchodzi między innymi około 5,5 tys. nieruchomości oraz tysiące absolutnie bezcennych dzieł sztuki.
Papież jest też w końcu głową wpływowego państwa, a nie tylko wspólnoty religijnej, więc i w Kolegium Kardynalskim polityki nie brakuje.
Od kiedy papież Franciszek podupadł na zdrowiu, media przerzucały się spekulacjami dotyczącymi tego, kto byłby najlepszym następcą liberała z Argentyny. Najczęściej padały przypuszczenia, że nowy papież będzie z Azji – bo to tam bije teraz serce katolicyzmu.
Albo z Afryki – powód ten sam, a do tego modna ostatnio poprawność polityczna kazała liberalnym dziennikarzom forsować takie rozwiązanie. Inne gazety i portale twierdziły wręcz przeciwnie – że papież tym razem będzie z Włoch, tak jak dziesiątki razy wcześniej. Najczęściej padało nazwisko: Pietro Parolin.
A spośród innych nacji: Luis Antonio Tagle (Filipiny) czy Robert Sarah (ten czarnoskóry kardynał z Gwinei był paradoksalnie faworytem polskich konserwatystów). Z kolei Pierbattista Pizzaballa to ulubieniec obecnych w Watykanie podczas konklawe dziennikarzy – każdy chciał ogłosić jego zwycięstwo ze względu na niebywale włosko brzmiące imię i nazwisko.
Rekordowe referendum i pusty fotel. Kto powinien rządzić Krakowem?
Robert Prevost? Roberta Prevosta nie było nawet w pierwszej dwudziestce wymienianych kandydatów.
Co więc przechyliło szalę zwycięstwa w tym „konkursie” na stronę „latynoskiego Jankesa”? Po pierwsze chyba to, że wydaje się on być idealnym kompromisem między frakcjami – których podobno oficjalnie w Kościele nie ma – konserwatywną a liberalną.
Jego wybór to kompromis, z którego nikt nie może być zadowolony do końca, ale zarazem wszyscy powinni się z niego cieszyć. Zbyt liberalny dla konserwatystów i zbyt konserwatywny dla liberałów.
Pułapka na Trumpa. Dlaczego Netanjahu nie boi się wściekłości Białego Domu?
Jako „człowiek Franciszka” i jego bliski współpracownik nie powinien bać się zmian, ale jako „uczeń Benedykta” nie będzie tych zmian wprowadzał gwałtownie. Czyli nie będzie chciał wywracać watykańskiego stolika, tylko raczej postawi go na nogi po rządach poprzednika i po prostu umieści w innym miejscu, które zaaranżuje po swojemu.
Tak przynajmniej twierdzili watykaniści, z którymi rozmawiałam zaledwie kilka godzin po tym, jak nad placem Świętego Piotra pojawił się biały dym.
Po drugie, Amerykanin został papieżem być może właśnie dlatego, by… każdy mógł powiedzieć, że to „jego papież”. Robert Francis Prevost ma bowiem dość skomplikowaną linię genealogiczną – jego przodkowie pochodzili z Francji, Hiszpanii, Włoch i Dominikany, a jego dziadek Józef w dawnym spisie ludności zapisany jest nawet jako „mulat”.
Sam Robert Prevost z kolei ma obywatelstwo i amerykańskie, i peruwiańskie. A i my, Polacy, możemy go uznawać za swojego.
Papież prawie-Polak
Jeśli ktoś urodził się i mieszkał w mieście, które zamieszkiwane jest przez większą liczbę Polaków niż Kraków, Gdańsk czy Wrocław, to w zasadzie sam prawie jest Polakiem. Zresztą prezydent Barack Obama podczas swojej wizyty w Warszawie w 2011 r. powiedział: „Pochodzę z Chicago. Każdy, kto pochodzi z Chicago, musi stać się w jakiejś części Polakiem. Albo jest z nim coś nie tak”. Dlatego śmiało można powiedzieć, że kardynał Robert Prevost – zakładając, że wszystko z nim w porządku – też jest trochę Polakiem.
Urodził się w Chicago 14 września 1955 r. Tam się wychowywał, tam studiował teologię i tam też spędził część swojej posługi duszpasterskiej – najpierw jako prowincjał, a później przeor generalny Zakonu Świętego Augustyna. Następnie piął się po szczeblach zakonnej hierarchii, by zostać dyrektorem formacyjnym w konwencie w Chicago.
Tyle oficjalnych danych, ale nowy papież chyba naprawdę ma nasz kraj w sercu, bo pierwsze decyzje o beatyfikacjach podjął bardzo szybko po rozpoczęciu urzędowania i dotyczyły między innymi męczenników z Polski. Konkretnie druga i trzecia beatyfikacja tego pontyfikatu to polscy męczennicy.
Już w nieco ponad dwa tygodnie po objęciu tronu Piotrowego beatyfikował Stanisława Kostkę Streicha – polskiego księdza katolickiego zamordowanego przez komunistycznego zamachowca. Tydzień później, 31 maja, dokonał zbiorowej beatyfikacji piętnastu polskich sióstr zakonnych z warmińsko-mazurskiego Zakonu św. Katarzyny Dziewicy i Męczennicy, które podczas „wyzwalania” Polski w 1945 r. przez Armię Czerwoną były w sposób tak makabryczny okaleczane, gwałcone i mordowane, że czytanie ich historii powoduje, iż człowiek nie może spać przez wiele nocy, a katolickie „wybaczenie nieprzyjaciołom” staje się w zasadzie nieosiągalne.
Ale związków z Polską Leon XIV ma więcej. Wieczorem 8 maja, gdy pytałam zgromadzonych na placu Świętego Piotra pielgrzymów o nowego papieża, najczęściej słyszałam, że jest podobny do Karola Wojtyły – i mieli na uwadze nie tylko wygląd, ale też sposób bycia.
Amerykańscy dziennikarze mówili, że choć Prevosta do godności kardynalskiej podniósł Franciszek, jednak to nauki Jana Pawła II są dla amerykańskiego hierarchy wzorem do naśladowania.
Zełenski to nie jest jedyny problem. Polska przyznawała odznaczenia mordercom. Co z tym zrobimy?
Eksperci już w pierwszych godzinach od ogłoszenia werdyktu Kolegium Kardynalskiego mówili, że właśnie Amerykanin powinien być takim papieżem, który połączy to, co dobre w pontyfikacie swojego poprzednika, z tym, co dobre było w pontyfikacie Benedykta XVI, czyli… będzie kontynuował to, co zapoczątkował papież Polak.
Zwłaszcza że w latach 80. – jako jeszcze młody zakonnik – sam przyjeżdżał do Polski kilkukrotnie. Chciał dowiedzieć się, jak w ciężkich, komunistycznych warunkach pracować i pomagać ludziom mogą duszpasterze.
No i jakbyśmy chcieli jeszcze jakiś dowód na to, że mamy kolejnego papieża prawie-Polaka, to warto powiedzieć, że podczas pierwszej audiencji generalnej, której udzielił 21 maja, zwrócił się właśnie do pielgrzymów z Polski, prosząc, by dokonywali mądrych wyborów w życiu osobistym, rodzinnym i społecznym.
Złośliwi już uznali to za ingerencję obcego państwa w polskie wybory prezydenckie, ale mniej złośliwi uznali za miły gest pokazujący, że papież trzyma rękę na pulsie i że można go traktować jak swojaka.
Czy to wystarczy polskim wiernym, by kupili nowego papieża? Na pewno daje mu to u nich spory kredyt zaufania.
Słońce Peru
Skoro Polacy mogą w zasadzie o Leonie XIV mówić „swój chłop”, to tym bardziej mogą tak mówić Peruwiańczycy. Amerykański duchowny przez dwie dekady mieszkał i pracował w Peru, ma też obywatelstwo tego kraju.
To ten czas jego życia najprawdopodobniej zaważył na werdykcie Kolegium Kardynalskiego. Był tam nie tylko misjonarzem, nie tylko ordynariuszem diecezji Chiclayo, ale nawet wiceprzewodniczącym Konferencji Episkopatu Peru. I to tam zrobił najwięcej.
Jadąc do Peru w 1985 r., nie przewidywał pewnie, że ten południowoamerykański kraj stanie się jego domem, ale też będzie przepustką do papiestwa. Zaledwie trzydziestoletni zakonnik z Chicago trafił nie tylko na skraj pustyni Sechura, ale przede wszystkim w sam środek walk między peruwiańskim rządem a skrajnie lewicową, maoistyczną grupą terrorystyczną Świetlisty Szlak.
Większość kraju była objęta stanem wyjątkowym, a o brutalnych torturach, których doświadczali cywile odmawiający wsparcia terrorystom, mówił wówczas cały świat. Strona rządowa w odpowiedzi wprowadziła swój własny terror i również nie stroniła od karania niewinnych, którzy nie chcieli aktywnie jej popierać.
W efekcie najbiedniejsi i najsłabsi obywatele żyli w ciągłym strachu. W sam środek tego peruwiańskiego piekła trafił właśnie amerykański idealista z Zakonu Augustianów.
Jak mówią ci, którzy mieli z nim wtedy styczność, Robert Prevost od razu zobaczył cel swojej pracy – nieść pokój i pocieszenie tym, którzy są najbardziej poszkodowani. I traktował to bardzo poważnie.
Starał się dotrzeć do najdalszych zakątków prowincji, w której przyszło mu mieszkać. To zazwyczaj oznaczało długie piesze wędrówki lub wyprawy… na grzbiecie osła. Wszędzie starał się nieść nie tylko Dobrą Nowinę i dobre słowo, ale też to, czego akurat w danym miejscu ludziom najbardziej brakowało – jedzenie, ubranie i… nadzieję.
To był pierwszy rok. Do Peru wrócił w 1988 r. i został już na dłużej. Przez dziesięć lat rozwinął to, co zaczął podczas swojego pierwszego pobytu. Tym razem pracował w Trujillo – trzecim co do wielkości mieście Peru.
Pięknie zapowiedziana kronika katastrofy Rafała Trzaskowskiego
Tam kierował augustiańskim seminarium, gdzie szkolił przyszłych księży, uczył prawa kanonicznego w miejscowym seminarium diecezjalnym, pełnił funkcję prefekta studiów i sędziego w regionalnym sądzie kościelnym. Założył też parafię Nuestra Señora de Montserrat i postanowił jeszcze bardziej zaangażować się w życie swoich parafian.
Wojna domowa między terrorystami ze Świetlistego Szlaku a rządem nie tylko wciąż trwała – ona eskalowała. Dość powiedzieć, że w jej trakcie zginęło 70 tys. osób. Sam Robert Prevost mówił, że niejednokrotnie osobiście doświadczył przemocy i zamachów bombowych, przez co jeszcze bardziej chciał się zaangażować w pomoc swoim parafianom.
Dlatego między innymi… zatrudnił na parafii trenera karate. Ale też zorganizował młodym ludziom zajęcia z koszykówki czy pływania. Sam dawał im też czasem lekcje tenisa – bo nie ukrywa, że do dziś jest fanem tego sportu.
Świat bez dzieci to koniec świata
Mówił, że chce, by nie tylko umieli się bronić, ale też by zobaczyli, że poza przestępczością istnieje inny świat. A sam, żeby lepiej zrozumieć swoich wiernych, zaczął bardzo intensywnie uczyć się języka hiszpańskiego i peruwiańskich zwyczajów. To dało mu przydomek „Ojczulek Robert”. Tak minęło dziesięć lat.
Ojczulek Robert ponownie wrócił do Peru w listopadzie 2014 r., po tym, jak papież Franciszek powierzył mu władzę nad diecezją Chiclayo. Święcenia biskupie przyjął miesiąc później i za swoje motto przyjął zawołanie z objaśnień psalmów św. Augustyna: „In Illo uno unum” („W Nim stanowimy jedno”).
I oczywiście odwołanie się do św. Augustyna dla księdza z Zakonu Augustianów wydaje się naturalne, ale… część osób widzi tu też odwołanie do innej maksymy z jednością w treści – „E pluribus unum” („Z wielu jeden”), czyli motta Stanów Zjednoczonych.
Nałóg, który zabija miliony. Historia tytoniu w pigułce
Kolejna dekada w Peru to nowe wyzwania dla biskupa Prevosta. Teraz, gdy walki już się zakończyły, problemem stała się migracja, handel ludźmi, ogromna bieda, a na koniec pandemia koronawirusa, która wywróciła świat do góry nogami. Z tego ostatniego czasu parafianie zapamiętali jeden szczególny obrazek – samotny biskup Prevost idący z monstrancją opuszczonymi ulicami Chiclayo, docierający z nią nawet do okolicznych wiosek.
Zaangażował też wszystkie swoje wpływy i znajomości, by sprowadzić do miasta aparaty tlenowe i pomoc medyczną. A podczas epidemii dengi wziął na siebie zarządzanie kryzysowe w całej prowincji.
Jego biała służbowa furgonetka stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych aut w całej diecezji. Zwłaszcza po tym, jak Robert Prevost rozwoził mieszkańcom najdalej położonych andyjskich wiosek koce i jedzenie, kiedy ulewne deszcze i powodzie w ciągu kilku godzin pozbawiły tych ludzi całego dobytku.
Jednak najbardziej w pamięci Peruwiańczyków pozostała pomoc księdza dla imigrantów. To temat, na który Prevost otwarcie spierał się z prezydentem Donaldem Trumpem, ale do tego jeszcze wrócimy.
W czasie gdy zarządzał diecezją Chiclayo, nasilił się exodus ludzi z pochłoniętej kryzysem Wenezueli i wielu z nich szukało swojego szczęścia nie w Kolumbii czy Brazylii, ale właśnie w Peru. Jednak tak dzisiejszy świat jest poukładany, że tam, gdzie duże migracje, tam pojawiają się natychmiast… handlarze ludźmi.
Ci za przemyt uciekinierów przez peruwiańską granicę nie tylko zgarniali bajońskie sumy, ale też część z tych osób – głównie młode kobiety – po prostu sprzedawali do domów publicznych.
Temat dotarł do uszu biskupa i Prevost postanowił zadziałać. Stworzył diecezjalną komisję ds. migracji i handlu ludźmi, która pomogła znaleźć schronienie ponad pięciu tysiącom osób. Z czasem ci, którzy otrzymali pomoc, pomagali kolejnym. Argentyńska gazeta „La Nación” opublikowała wywiad z kobietą zmuszaną do prostytucji, która dzięki tej komisji nie tylko zdołała wyrwać się od swoich oprawców, ale wiedziała też, jak pomóc innym.
Jej samej udało się uwolnić 30 kobiet zastraszanych przez handlarzy ludźmi – podobnie jak ona – wymordowaniem ich rodzin, jeśli będą próbowały uciekać. O „Ojczulku Robercie” mówiła tak:
W dniu, w którym go spotkałam, powiedział mi coś pięknego. Było to na roboczym spotkaniu. Kiedy się skończyło, podszedł do mnie i swoim ciepłym tonem powiedział: Silvia, rozumiem, że ta działalność może być dla ciebie bardzo trudna z powodu tego, przez co przeszłaś jako młoda kobieta. Jestem ci niezmiernie wdzięczny za wszystko, co robisz dla tych dziewczyn i ci błogosławię. Odczułam wielkie wzruszenie.
I nawet jeśli opowieść jest nieco podkoloryzowana, to diecezjalna komisja ds. migracji i handlu ludźmi jest niewątpliwie faktem, a osób, które zostały dzięki niej uratowane, nikt nie wymyślił.
Czarne karty
Brzmi zbyt pięknie, żeby było prawdziwe? Zatem odsłońmy czarne karty i zobaczmy, jakie zarzuty wobec dzisiejszego Leona XIV wysuwają inni świadkowie jego posługi zarówno w Peru, jak i w rodzinnym Chicago.
Nie są to sprawy ani nowe, ani zaskakujące, bo takie oskarżenia padają także pod adresem innych członków Kolegium Kardynalskiego: tuszowanie pedofilii w Kościele lub niedostateczna reakcja na sygnały dotyczące molestowania seksualnego wśród księży będących pod jurysdykcją Prevosta.
Te zarzuty dotyczą dwóch okresów – roku 2000 i 2022 r. Ten pierwszy to czas, kiedy Robert Prevost zarządzał zakonem augustianów w Chicago. Miał wówczas pozwolić na to, by zawieszony kilka lat wcześniej ksiądz James Ray zamieszkał w zakonie sąsiadującym z katolicką szkołą.
Problem w tym, że Ray był już wtedy posądzany o molestowanie seksualne trzynastu nieletnich. Dopiero w 2002 r., po wprowadzeniu przez Episkopat Stanów Zjednoczonych ostrzejszych przepisów dotyczących takich nadużyć, Ray został przeniesiony w inne, bardziej odludne miejsce.
Druga sprawa wydaje się poważniejsza. W 2022 r. trzy kobiety złożyły formalną skargę na dwóch księży, którzy mieli je molestować w Peru od 2007 r., gdy były jeszcze nieletnie. Biskup Prevost miał wysłuchać kobiet oraz obu księży i… nie zareagować odpowiednio.
Kobiety twierdziły, że pomimo iż jeden z księży przyznał się w obecności biskupa do winy, żadne konsekwencje ani jednego z oskarżonych nie spotkały, a dokumentacja, którą Kościół wysłał do rzymskiej Dykasterii Nauki Wiary, była niekompletna specjalnie po to, by szybko sprawę oddalić.
Tymczasem wersja diecezji Chiclayo jest inna. W dokumentach znajdziemy oświadczenie, że Prevost nie tylko wysłuchał kobiet i od razu zaczął działać – jednego z oskarżonych księży zawieszono natychmiast – ale też zachęcał je do złożenia zeznań i pozwu w cywilnych instytucjach.
Lecz władze cywilne po kilku miesiącach sprawę zamknęły z powodu przedawnienia i niedostatecznych dowodów. Watykan wydał oświadczenie, że diecezja zareagowała prawidłowo.
Sprawa jednak odżyła – jak łatwo się domyślić – w maju tego roku, na moment przed konklawe. Aktywiści z grupy SNAP (Survivors Network of those Abused by Priests – czyli Sieć Ocalałych Sfrustrowanych przez Księży) trafili ze swoimi doniesieniami do Rzymu, a gazety takie jak „El País” i „Crux” otwarcie twierdziły, że odgrzewanie tej zakończonej sprawy to kampania oszczerstw ultrakonserwatywnych środowisk, które postawiły sobie za cel zmniejszenie szans Roberta Prevosta na zostanie papieżem.
Całej sprawie kolorytu dodaje – a wiarygodności odbiera – fakt, że kobiety reprezentowane były przez księdza, który w 2024 r. został wydalony ze stanu duchownego za… nadużycia seksualne.
Skoro mówimy już o kobietach i nowym papieżu, to pojawiały się też wobec niego oskarżenia o dyskredytowanie kobiet. Sprzeciwiał się święceniom kapłańskim dla nich, twierdząc, że niekoniecznie rozwiąże to problemy, za to może stworzyć nowe.
Związki (wielo)partnerskie? A dlaczego nie
Co oczywiście spowodowało, że Prevost został okrzyknięty męską szowinistyczną świnią. Jednak na swoją obronę miał argument, że jako bliski współpracownik Franciszka wsparł jego pomysł, by dopuścić kobiety do gremium wybierającego biskupów i ściśle z tymi kobietami współpracował.
W katolickiej prasie mówił, że ich punkt widzenia jest wzbogaceniem procesu decyzyjnego oraz że obecność kobiet znacznie przyczynia się do procesu rozeznawania w poszukiwaniu najlepszych kandydatów do posługi biskupiej. Czyli może nie aż taka szowinistyczna świnia.
„Kontrowersje”
A to rozdział, który uznać można za znak czasów. W liberalnych mediach największe larum podnoszono przez ostatnie lata z powodu tego, że katolicki biskup krytykował… przekonania i praktyki sprzeczne z Ewangelią.
O tempora, o mores! Trudno stwierdzić, jak koledzy z nowoczesnej prasy wyobrażają sobie idealnego papieża. Czy ich zdaniem powinien odrzucić Ewangelię i zastąpić ją prenumeratą „The New York Timesa” i „Vogue’a”?
Ale po kolei. W czym zawinił Leon XIV, zanim stał się papieżem? Ogólnie rzecz biorąc – swoimi absolutnie zaskakującymi wypowiedziami na temat życia w zgodzie z doktryną Kościoła. A tak bardziej szczegółowo – wskazując w 2012 r. między innymi na niewłaściwość homoseksualnego stylu życia oraz alternatywnych modeli rodziny, w których jednopłciowe pary adoptują dzieci.
Wypowiedzi te, zgodne z tradycyjnym nauczaniem Kościoła katolickiego, zostały uznane za zbyt konserwatywne.
Jak trwoga, to do Boga. Ferrari po giełdowej katastrofie sięgnęło po asa w rękawie
Wraz z pontyfikatem papieża Franciszka i wraz z jego otwieraniem się na osoby LGBTQ+, ksiądz Prevost w publicznych wypowiedziach też był coraz bardziej otwarty. W 2023 r. mówił już o potrzebie włączania takich osób do wspólnoty i o tym, że Kościół powinien towarzyszyć im w drodze do wiary bez potępiania ich tożsamości.
Rok później, w czasie Synodu o synodalności, podkreślał potrzebę słuchania i dialogu z osobami LGBTQ+, dodając jednak, że Kościół musi znaleźć sposób na integrację tych osób bez odchodzenia od nauczania moralnego. Twierdził, że miłość i miłosierdzie powinny kierować podejściem Kościoła, co było zresztą zgodne z linią Franciszka. Ale… dla liberałów było to zdecydowanie za mało, a dla konserwatystów – zdecydowanie za dużo.
Chyba jeszcze większe oburzenie wywołała jego wypowiedź z 2017 r., kiedy otwarcie – choć dość kulturalnie – sprzeciwił się nauczaniu w peruwiańskich szkołach ideologii gender. Powiedział wówczas, że jest to tworzenie płci, które nie istnieją, i próba narzucenia światopoglądu sprzecznego z chrześcijańską wizją człowieka.
Argumentował, że ideologia gender odchodzi od biologicznej rzeczywistości płci, które są dwie. Posypały się na niego liberalne gromy!
Niewiele lepiej było w 2023 r., gdy wspomniał głośno o potrzebie dialogu i słuchania w odniesieniu do osób transpłciowych i niebinarnych, ale zaznaczając, że Kościół musi pozostać wierny swojej antropologii opartej na różnicy płciowej między mężczyzną a kobietą.
Dziś znalazłby w tej dyskusji potężnego sojusznika w USA, czyli swojej ojczyźnie, bo jedną z pierwszych decyzji, jakie podjął Donald Trump po reelekcji, było zapisanie w amerykańskim prawie istnienia tylko dwóch płci – męskiej i żeńskiej. Za co 47. prezydent Stanów Zjednoczonych przyjął więcej liberalnych ciosów niż kardynał Prevost.
MAGA
Ale myliłby się każdy, kto uważa, że Robert Prevost jest gorącym zwolennikiem Donalda Trumpa. Przywódca Watykanu, tak jak i przywódca Stanów Zjednoczonych, umieją oraz lubią korzystać z mediów społecznościowych. I to właśnie tam rozgrywali swoje twitterowe bitwy. I choć podejście do ideologii gender na pewno ich łączy, to podejście do migracji zdecydowanie ich dzieli.
Na kilka dni przed wyborem na Stolicę Piotrową kardynał Prevost udostępnił na swoim profilu post katolickiego analityka Rocco Palmo, krytykujący Trumpa i prezydenta Salwadoru za nielegalną deportację ojca trójki dzieci z Maryland. Post brzmiał:
Czy nie widzisz cierpienia? Czy twoje sumienie nie jest poruszone? Jak możesz milczeć?
Ale Donald Trump… zbył to milczeniem.
Zresztą nie pierwszy raz przyszły papież udostępnił na swoim profilu artykuł czy post krytykujący – nawet w ostrych słowach – politykę migracyjną Trumpa. W sumie ta batalia trwa już od dekady, od kiedy Donald Trump ogłosił chęć kandydowania w wyborach. Co na to sam prezydent?
Nie wiadomo, czy czytał tę krytykę, czy nie, ale po tym, jak Amerykanin został papieżem, napisał to, co prezydent Stanów Zjednoczonych napisać powinien:
Gratulacje dla kardynała Roberta Francisa Prevosta, który został wybrany na papieża. To wielki honor, że jest pierwszym amerykańskim papieżem. Jakie emocje i jaki wielki zaszczyt dla naszego kraju. Czekam na spotkanie z Leonem XIV. To będzie bardzo znaczący moment!
Równie entuzjastycznie wybór rodaka przyjął ochrzczony całkiem niedawno katolik, wiceprezydent J.D. Vance:
Jestem pewien, że miliony amerykańskich katolików i innych chrześcijan będą się modlić o jego owocną pracę w przewodzeniu Kościołowi. Niech Bóg go błogosławi!
Co więcej, J.D. Vance spotkał się z Leonem XIV w Watykanie po mszy inaugurującej oficjalnie jego pontyfikat i tym samym spiął klamrą swoje rzymskie wojaże – był ostatnim oficjalnym gościem papieża Franciszka i jednym z pierwszych oficjalnych gości papieża Leona.
Złośliwości dotyczące tego, że Leon XIV, spotykając się z J.D. Vance’em, wykazał się wręcz heroiczną odwagą po tym, co spotkało Franciszka, odpuszczę sobie i wam.
Odwaga i polityka. Dlaczego politycy boją się myśleć
Ale miłe powitanie w gabinecie papieskim nie było wcale tak oczywiste. Robert Prevost jeszcze w lutym tego roku mocno – jak na hierarchę kościelnego – skrytykował wiceprezydenta: „J.D. Vance się myli: Jezus nie prosi nas, byśmy klasyfikowali naszą miłość do innych” – i udostępnił artykuł „National Catholic Reporter” krytykujący Vance’a. I tu znów poszło o migrantów, bo J.D. wykorzystał katolicką doktrynę ordo amoris, by usprawiedliwić priorytetowe traktowanie obywateli amerykańskich nad imigrantami.
Ale jest jeden Prevost, który już odwiedził Gabinet Owalny, został przyjęty ze wszystkimi honorami i czerpał z tej wizyty prawdziwą przyjemność. To starszy brat papieża, Louis. 73-letni weteran Marynarki Wojennej odwiedził Donalda Trumpa i J.D. Vance’a 20 maja 2025 r.
Sam jest znanym członkiem ruchu MAGA i w swoich mediach społecznościowych często publikuje treści chwalące Trumpa i ostro krytykujące Demokratów. Nawet bardzo ostro. Na tyle ostro, że kiedy jego brat został papieżem, Louis przyznał w jednym z wywiadów: „Teraz powinienem chyba trochę stonować swoje wpisy”.
A po Super Bowl chodziliśmy na kremówki
Papież rodak nie tylko przynosi prestiż krajowi, ale rozkręca też niejeden biznes. Przekonali się o tym choćby wadowiccy cukiernicy, przewodnicy turystyczni z Krakowa czy po prostu władze Małopolski. I nie ma nic złego w tym, że Peruwiańczycy chcą iść „kremówkowym szlakiem”. Zwłaszcza że akurat w ich kraju – a już w szczególności w rejonie, w którym diecezją rządził Robert Prevost – specjalnie się nie przelewa.
Dlatego już w kilka dni po ogłoszeniu, że 267. biskupem Rzymu zostanie ich „Ojczulek Robert”, znalazło się wielu przedsiębiorczych mieszkańców Chiclayo, którzy postanowili wytyczyć szlak papieski.
Trasa ma obejmować nie tylko takie oczywiste punkty jak katedra, pałac biskupi czy pobliskie miejscowości, w których nowy papież pomagał najuboższym mieszkańcom, ale ma mieć też różne smaczki. Dosłownie, bo do szlaków ma zostać dołączona miejscowa piekarnia, w której biskup Prevost zajadał się swoim ulubionym deserem – ciastem gruszkowym.
A skoro deser, to od razu pielgrzymi powinni sobie zadać pytanie: no dobrze, a co jadał na obiad? W te pędy przedsiębiorczy parafianie spieszą z odpowiedzią i umieszczają na drodze także kilka lokalnych restauracji, gdzie będzie można przekąsić papieskie przysmaki takie jak arroz con pato (kaczka z ryżem), cabrito con frijoles (koźlina z fasolą) czy narodowe peruwiańskie danie – ceviche.
Projekt szlaku jest realizowany we współpracy z lokalnymi władzami, Kościołem i sektorem turystycznym. Ma nie tylko uhonorować papieża Leona XIV, ale również ożywić gospodarkę regionu Lambayeque, na którym i pandemia, i katastrofy naturalne odcisnęły swoje piętno.
Taka podróż z Europy to spory wydatek, ale nikt w Peru chyba nie ma wątpliwości, że chętnych będą miliony. Szczególnie jeśli Leon XIV w jedną z pierwszych pielgrzymek wybierze się właśnie do swojego drugiego domu, na co wszyscy w Peru liczą.
Trzy procenty, trzy problemy. Dlaczego więcej pieniędzy nie uratuje polskiej nauki
Papież pokoju
Tym, co zdecydowanie odróżnia Leona XIV od Franciszka, jest podejście do wojny za naszą wschodnią granicą. Pamiętamy słynne Franciszkowe „wszyscy jesteśmy winni” i „NATO szczekające pod drzwiami Rosji”. Mało kto – przynajmniej w naszym kraju – uważa te słowa za budujące wspomnienie jego pontyfikatu. Takich problemów z nowym papieżem na pewno nie będzie.
Już w swoim pierwszym przemówieniu, zaraz po tym, jak ulotnił się znad Rzymu biały dym, Leon XIV wyłożył swoje podejście do wojny, apelując do agresorów o zaprzestanie zabijania. Podczas pierwszej modlitwy „Regina Caeli” powiedział:
W mym sercu noszę cierpienia ukochanego ludu ukraińskiego. Niech będzie zrobione wszystko, co możliwe, by jak najszybciej nastąpił prawdziwy, sprawiedliwy i trwały pokój. By uwolnieni zostali wszyscy więźniowie, a dzieci mogły wrócić do swych rodzin”
W postach na platformie X Ukrainę opisuje jako napadnięte i umęczone państwo. Spotkał się już z Wołodymyrem Zełenskim i, gdyby tego było mało, zaoferował swoje mediacje i zaprosił do Watykanu przedstawicieli Ukrainy, Rosji oraz Stanów Zjednoczonych.
Jest to spójne z tym, co mówił wcześniej, bo tuż po wybuchu konfliktu w 2022 r. jasno deklarował, kto jest agresorem, a kto ofiarą. W jednym z wywiadów uznał wojnę rosyjsko-ukraińską za prawdziwą inwazję o charakterze imperialnym, w której Rosja dąży do podboju terytorium w celu zdobycia władzy. Jaśniej się nie da. I trudno o bardziej jaskrawy kontrast do wypowiedzi jego poprzednika.
Ale Leon XIV widzi więcej konfliktów, które powinny zakończyć się natychmiast, bo ten izraelsko-palestyński również został przywołany w pierwszej modlitwie. Papież wezwał wtedy do natychmiastowego zawieszenia broni, udzielenia pomocy humanitarnej wyczerpanej ludności cywilnej oraz uwolnienia wszystkich zakładników.
A podczas mszy inauguracyjnej nazwał wojnę horrorem, który powinien budzić oburzenie. Na tym nie koniec – odniósł się do innych konfliktów, takich jak te na Bliskim Wschodzie, w Libanie, Syrii, Tigraju i na Kaukazie, wszystko podsumowując słowami: „Nigdy więcej wojny”.
Czy którakolwiek ze stron posłucha amerykańskiego papieża? Pewnie nie, ale na pewno jest to zwrot w stronę pontyfikatu pokoju, a tego chyba na świecie teraz potrzeba.
Makdonaldyzacja Watykanu
Nowy papież działa szybko. Z typowym dla Amerykanów optymizmem i wiarą we własne siły. Chce, by wszystkie zainicjowane przez niego już w pierwszych dniach pontyfikatu procesy działały wszędzie tak samo skutecznie.
Na tapet wziął przede wszystkim pokój. Brzmi banalnie, ale banalne wcale nie jest, bo nie tylko mówi o tym, ale już zaczyna coś w tym kierunku robić: ogłasza Watykan przestrzenią do mediacji, w której zwaśnione strony będą mogły porozmawiać i – kto wie – może z Bożą pomocą nawet się dogadać.
Kolejny cel, jaki przed sobą postawił, to wyczyszczenie Kościoła z nadużyć i korupcji, która na całym świecie trawi tę instytucję. Chce zwiększyć przejrzystość finansów watykańskich i zracjonalizować koszty utrzymania całego Kościoła – zwiększyć wpływy, zmniejszyć wypływy z watykańskiej kasy.
Procedury mają być sprawniejsze, walka z korupcją efektywniejsza, a rezultaty tej walki widoczne szybciej.
Trzeci punkt to kontynuowanie dialogu międzyreligijnego i ekumenizm – wznowienie rozmów z prawosławiem i islamem. Od razu i na całym świecie. Kolejny punkt to przyspieszenie polityki „zero tolerancji” dla duchownych, którzy dopuszczają się molestowania. To pewnie pokłosie oskarżeń o to, że nic nie zrobił w dawnych czasach. Ale zrobił czy nie – Robert Prevost chce robić teraz dużo więcej.
Szpitale nie mogą być przechowalnią dla polityków
Chce też zwiększyć otwartość Kościoła na kobiety, ale zarazem utrzymać wszystko w konserwatywnych ryzach. Walczyć o sprawiedliwość społeczną na miarę XXI wieku.
Plany papieża są ambitne, ale – jak mówiła mi reporterka ABC News, z którą rozmawiałam po konklawe – ludzie z Chicago się nie poddają. „Jesteśmy pionierami, przesuwamy granice!”. Konserwatywni duchowni mają tylko nadzieję, że te granice nie zostaną przesunięte za bardzo w lewo.
Liberalni – że nie za bardzo w prawo. A ci, którzy zawiedli się na papieżu Franciszku, mają nadzieję, że oprócz amerykańskiego luzu Leon XIV będzie miał też amerykańską ambicję: sprawić, by Watykan znów stał się wielki.

